Reksio i Mafia
- Kondi
- Lider Podziemia
- Posty: 1013
- Rejestracja: ndz, 16 lip 2006, 19:43
- Lokalizacja: Z Chrzanowa
Nawet bardzo!
Zapraszam do opowiadania "Kretes i dawny wróg"
http://www.przygodyreksia.pl/pliki/kret ... 640#165640

http://www.przygodyreksia.pl/pliki/kret ... 640#165640
- mycha
- Norman
- Posty: 252
- Rejestracja: sob, 22 paź 2005, 17:30
- Lokalizacja: z otchłani...
zapomniełem dać 
ROZDZIAŁ IV: El cazador
Reksio leżał w błocie. Oddychał ciężko. Widział przed sobą kij, który wziął. Bez niego nie dał by rady dojść do budy. Musi iść. Z tym sprzedawcą musi być coś nie tak. Rowery sprzedał im lis – ten błysk w jego oczach, od razu było widać jego zamiary. Reksio musiał zatracić instynkt wyczulający go na typy spod ciemnej gwiazdy. Tak dawno nie przeżywał żadnych przygód, to musiało się tak skończyć. Przeszedł niewiele, a już był strasznie zmęczony. Gdzieś w oddali majaczyły już kurniki. Musi iść. Jeszcze trochę. Nie dawał rady. Potknął się i upadł kolanami w błoto. Nie da rady, po prostu tu się położy. Nie, nie można tak zrobić. Pies czołgał się w błocie, musiał iść dalej. „Flara” – myślał - „mam w plecaku flarę”. Wyjął ją i wystrzelił. Pozostało mu mieć nadzieję, że ktoś ją zauważył.
***
Kornelek wyszedł do sklepu wujka Konstantyna po miód do herbatki. Nie sądził, aby była niezbędna dla Kretesa, ale jego brat po prostu wypchnął go na zewnątrz i zamknął drzwi. Chcąc nie chcąc, musiał iść. Wpatrzył się w niebo – nadciągał deszcz. Westchnął cicho i położył dłoń, na klamce sklepowej. Nagle wstrzymał oddech. Niedaleko lasu, ktoś wystrzelił racę. I ten ktoś, bez wątpienie potrzebował pomocy. Wracał do domu, tak szybko jak mógł.
***
Pośród krzaków, niedaleko miejsca w którym leżał Reksio – przyczaił się inny pies. Ubrany był w nie pasującą do otoczenia marynarkę, a na jego pyszczek rzucało cień szerokie rondo kapelusza. Pogładził czule kolbę swojego pistoletu na siatki, a potem przykucnął. Miał doskonały widok na całą scenę. Na scenę przybiegł zziajany kret. Podbiegł do psa i zaczął go cucić. Po chwili tamten usiadł i stanął chwiejnym krokiem. Rozmawiał z kretem, ale nie to było w tej chwili ważne. Ważny był dobiegający z oddali ryk motoru. Pies wiedział, że pora działać.
***
Kretes przybiegł tak szybko jak mógł, i równie prędko ocucił przyjaciela.
- Reksiu! – krzyknął – Co się stało!
Pies wstał niepewnie i spojrzał na komandora żałosnym wzrokiem.
- Porwali Kari-Matę! – mruknął.
- Molly też Reksiu – powiedział kret – Musimy je ratować!
Dwaj przyjaciele spojrzeli na siebie – rozumieli się doskonale. Ciszę przerwał ryk motoru. Przybliżał się coraz bardziej, gdy z lasu ktoś wybiegł i wyciągną pistolet. Wycelował do nich nacisnął spust. Siatka, podobna do tych wędkarskich, ciasno oplotła Reksia i Kretesa i przygwoździła ich do ziemi małymi ciężarkami.
***
Tajemniczy jegomość stanął na środku drogi i widział nadjeżdżający motocykl. Wycelował w samochód. Podtrzymał prawą rękę lewą, by zapewnić sobie jak najlepszy strzał. Pojazd zbliżył się. Potem ściekał mu ciurkiem po skroni. Nacisnął spust. Z lufy wystrzeliła siatka. Źle wymierzył. Tworzywo spadło na ziemię i wkręciło się w przednie koło. Kierujący pojazdem miał niebagatelne umiejętności – w tak trudnych warunkach wyjął kuszę i strzelił do psa gumową strzało chybiając o parę centymetrów. Motocykl był niedaleko, a on miał tylko ostatnią siatkę – musiał trafić. Wystrzelił i trafił. Siatka uderzyła w klatkę piersiową motocyklisty i zrzuciła go z pojazdu. Tamten przekoziołkował i uderzył w ziemię. Motor zjechał z drogi i uderzył w drzewo, prawie zupełnie rozlatując się na kawałki. Pies podszedł do przypiętego do ziemi faceta. Ściągnął siatkę ciężarkami i zamknął nieprzytomną postać w rodzaj worka z dziurami. Zobaczył że to kret. Zarzucił go sobie na plecy i udał się do Reksia i Kretesa.
***
Kretes widział całe zajście doskonale, więc co zrozumiałe, trochę przestraszył się dziwnego psa. Tamten podszedł do nich i zdjął z nich siatkę.
- El Wariachi – warknął.
- Sam pan jesteś wariaci – odrzekł sarkastycznie kret.
- Ne – A estem El Wariachi, amigos – rzekł przybysz. – Mamyy wspolnego wroga.
- Aha – stęknął kret. – Czyli?
- Ne, ne lubi-e chilli.
- Nie chilli – szczeknął Reksio – tylko czyli! O kogo chodzi.
- A – rzekł nieznajomy – O senioritę Mamma Krestna, amigo
ROZDZIAŁ IV: El cazador
Reksio leżał w błocie. Oddychał ciężko. Widział przed sobą kij, który wziął. Bez niego nie dał by rady dojść do budy. Musi iść. Z tym sprzedawcą musi być coś nie tak. Rowery sprzedał im lis – ten błysk w jego oczach, od razu było widać jego zamiary. Reksio musiał zatracić instynkt wyczulający go na typy spod ciemnej gwiazdy. Tak dawno nie przeżywał żadnych przygód, to musiało się tak skończyć. Przeszedł niewiele, a już był strasznie zmęczony. Gdzieś w oddali majaczyły już kurniki. Musi iść. Jeszcze trochę. Nie dawał rady. Potknął się i upadł kolanami w błoto. Nie da rady, po prostu tu się położy. Nie, nie można tak zrobić. Pies czołgał się w błocie, musiał iść dalej. „Flara” – myślał - „mam w plecaku flarę”. Wyjął ją i wystrzelił. Pozostało mu mieć nadzieję, że ktoś ją zauważył.
***
Kornelek wyszedł do sklepu wujka Konstantyna po miód do herbatki. Nie sądził, aby była niezbędna dla Kretesa, ale jego brat po prostu wypchnął go na zewnątrz i zamknął drzwi. Chcąc nie chcąc, musiał iść. Wpatrzył się w niebo – nadciągał deszcz. Westchnął cicho i położył dłoń, na klamce sklepowej. Nagle wstrzymał oddech. Niedaleko lasu, ktoś wystrzelił racę. I ten ktoś, bez wątpienie potrzebował pomocy. Wracał do domu, tak szybko jak mógł.
***
Pośród krzaków, niedaleko miejsca w którym leżał Reksio – przyczaił się inny pies. Ubrany był w nie pasującą do otoczenia marynarkę, a na jego pyszczek rzucało cień szerokie rondo kapelusza. Pogładził czule kolbę swojego pistoletu na siatki, a potem przykucnął. Miał doskonały widok na całą scenę. Na scenę przybiegł zziajany kret. Podbiegł do psa i zaczął go cucić. Po chwili tamten usiadł i stanął chwiejnym krokiem. Rozmawiał z kretem, ale nie to było w tej chwili ważne. Ważny był dobiegający z oddali ryk motoru. Pies wiedział, że pora działać.
***
Kretes przybiegł tak szybko jak mógł, i równie prędko ocucił przyjaciela.
- Reksiu! – krzyknął – Co się stało!
Pies wstał niepewnie i spojrzał na komandora żałosnym wzrokiem.
- Porwali Kari-Matę! – mruknął.
- Molly też Reksiu – powiedział kret – Musimy je ratować!
Dwaj przyjaciele spojrzeli na siebie – rozumieli się doskonale. Ciszę przerwał ryk motoru. Przybliżał się coraz bardziej, gdy z lasu ktoś wybiegł i wyciągną pistolet. Wycelował do nich nacisnął spust. Siatka, podobna do tych wędkarskich, ciasno oplotła Reksia i Kretesa i przygwoździła ich do ziemi małymi ciężarkami.
***
Tajemniczy jegomość stanął na środku drogi i widział nadjeżdżający motocykl. Wycelował w samochód. Podtrzymał prawą rękę lewą, by zapewnić sobie jak najlepszy strzał. Pojazd zbliżył się. Potem ściekał mu ciurkiem po skroni. Nacisnął spust. Z lufy wystrzeliła siatka. Źle wymierzył. Tworzywo spadło na ziemię i wkręciło się w przednie koło. Kierujący pojazdem miał niebagatelne umiejętności – w tak trudnych warunkach wyjął kuszę i strzelił do psa gumową strzało chybiając o parę centymetrów. Motocykl był niedaleko, a on miał tylko ostatnią siatkę – musiał trafić. Wystrzelił i trafił. Siatka uderzyła w klatkę piersiową motocyklisty i zrzuciła go z pojazdu. Tamten przekoziołkował i uderzył w ziemię. Motor zjechał z drogi i uderzył w drzewo, prawie zupełnie rozlatując się na kawałki. Pies podszedł do przypiętego do ziemi faceta. Ściągnął siatkę ciężarkami i zamknął nieprzytomną postać w rodzaj worka z dziurami. Zobaczył że to kret. Zarzucił go sobie na plecy i udał się do Reksia i Kretesa.
***
Kretes widział całe zajście doskonale, więc co zrozumiałe, trochę przestraszył się dziwnego psa. Tamten podszedł do nich i zdjął z nich siatkę.
- El Wariachi – warknął.
- Sam pan jesteś wariaci – odrzekł sarkastycznie kret.
- Ne – A estem El Wariachi, amigos – rzekł przybysz. – Mamyy wspolnego wroga.
- Aha – stęknął kret. – Czyli?
- Ne, ne lubi-e chilli.
- Nie chilli – szczeknął Reksio – tylko czyli! O kogo chodzi.
- A – rzekł nieznajomy – O senioritę Mamma Krestna, amigo
Amigos, no more tears...
- Kretes245
- Bardzo Stary Norman
- Posty: 572
- Rejestracja: śr, 5 kwie 2006, 11:35
- Lokalizacja: Gdańsk
- Kontakt:
- Kondi
- Lider Podziemia
- Posty: 1013
- Rejestracja: ndz, 16 lip 2006, 19:43
- Lokalizacja: Z Chrzanowa
Czy wy nie umiecie być cierpliwi?Sami zróbcie opowiadanie i zobaczcie jak jest trudno być punktualnym.Ktoś ma życie!Teraz na polu jest ładnie i siedisz cały dzień przed kompem?
Zapraszam do opowiadania "Kretes i dawny wróg"
http://www.przygodyreksia.pl/pliki/kret ... 640#165640

http://www.przygodyreksia.pl/pliki/kret ... 640#165640
- mycha
- Norman
- Posty: 252
- Rejestracja: sob, 22 paź 2005, 17:30
- Lokalizacja: z otchłani...
wczoraj wieczorem miałem awarię internetu, więc daję teraz
ROZDZIAŁ V: A muzyka wciąż gra…
Alphonso Kretelli stracił przytomność, kiedy spadłszy z motoru, uderzył potylicą w ziemię. Ocknął się parę minut później, położony pomiędzy trzema postaciami. El Wariachi chwycił go za kark i uniósł na wysokość swoich oczu.
- Gdie? –warknął.
Kret spojrzał na niego wrogo.
- Gdie si-e chowa?! – szczeknął.
-Kto? – spytał.
- Mamma Krestna! – zacisnął łapę na jego karku jeszcze mocniej.
- Nie powiem! – krzyknął.
El Wariachi zbliżył twarz do kreta.
- Jestes pewi-en? – wycedził.
- Absolutnie.
- Hmm – zamyślił się i niespodziewanie podrzucił kreta w górę.
Tamten przekoziołkował i upadł w kępę trawy.
- Nadal, jestes pewi-en? – warknął pies – C-zy planujesz nastepną Pr-zejażdżkę?
- Dobrze, powiem – wystękał Alphonso – Idźcie przez las na północny-wschód. Pomiędzy wiśnią, a gruszą jest nora. Tam jest nasza siedziba.
***
Kari-Mata usiadła przy ścianie na pryczy. Wszystkie strony celi, były ze stali nierdzewnej. „Zabezpieczenie przed Kretesem” – pomyślała. Na żadnej ze ścian, nie był ani rysy. Żadnego słabego punktu. Prycze również były metalowe. Żadnych wystających elementów, których można by użyć jako broni. Jednym słowem, położenie było fatalne.
***
Alphonso Kretelli myślał, że nie jest tak źle – zdążyłby się przekopać do siedziby i ostrzec mafię. Myślał tak, dopóki nie zawisł głową w dół nad mrowiskiem. I to mrowiskiem nie byle jakim – na kopcu panoszyły się ogromne, wstrętne mrówki. Zdecydowanie nie chciał znaleźć się w takim towarzystwie. Co to, to nie.
El Wariachi podszedł do niego.
- Jesli skałamałes – warknął – Wrocimy.
***
George W. Kurz miał plany. Nie mógł o tym powiedzieć towarzyszkom, gdyż naradzanie od razu wydało by się podejrzane. Musiał zrobić to sam. Spojrzał na drzwi położone tuż obok. Klapka do podawania jedzenia się otworzyła. Nadszedł czas.
***
Lucciano Froggi włożył tacę zupą gdy poczuł ból w dłoni. Gorąca zupa wylała mu się na palce. Zanim zdążył się zorientować, ktoś wciągnął jego rękę do środka.
- Daj mi klucz – mruknął.
- Nie – odpowiedział płaz.
George pociągnął rękę jeszcze mocniej,
. - Nie! – krzyknął.
Już słychać było strzykanie stawów.
- Nie – stęknął – Dobra! Wyciągnij rękę, to ci dam.
Zanim George pomyślał co robi wyciągnął dłoń. Przez jego ciało przeleciał silny impuls elektryczny, a po chwili leżał nieprzytomny na ziemi.
***
2 psy i kret powoli przemierzały gęstwinę z wielkim trudem. Lasu tego prawdopodobnie nikt jeszcze nie przemierzał tą trasą. Kretes się zatrzymał.
- Eee- stęknął. – Panowie, muszę się udać tam, gdzie kret piechotą chodzi.
- A nie chodzi aby wszędzie piechotą? – spytał Reksio.
- Eee – wykrztusił – Nieważne.
Kret oddalił się w gęstwinę, a po chwili krzyknął.
***
Reksio gdy tylko usłyszał krzyk przyjaciela pobiegł z prędkością światła i wpadł na oniemiałego kreta. Gdy ujrzał to sam co on, też zaniemówił. Na polanie leżało KretPe3 Molly, z którego wciąż dochodził głos Piotra Kretanika.
ROZDZIAŁ V: A muzyka wciąż gra…
Alphonso Kretelli stracił przytomność, kiedy spadłszy z motoru, uderzył potylicą w ziemię. Ocknął się parę minut później, położony pomiędzy trzema postaciami. El Wariachi chwycił go za kark i uniósł na wysokość swoich oczu.
- Gdie? –warknął.
Kret spojrzał na niego wrogo.
- Gdie si-e chowa?! – szczeknął.
-Kto? – spytał.
- Mamma Krestna! – zacisnął łapę na jego karku jeszcze mocniej.
- Nie powiem! – krzyknął.
El Wariachi zbliżył twarz do kreta.
- Jestes pewi-en? – wycedził.
- Absolutnie.
- Hmm – zamyślił się i niespodziewanie podrzucił kreta w górę.
Tamten przekoziołkował i upadł w kępę trawy.
- Nadal, jestes pewi-en? – warknął pies – C-zy planujesz nastepną Pr-zejażdżkę?
- Dobrze, powiem – wystękał Alphonso – Idźcie przez las na północny-wschód. Pomiędzy wiśnią, a gruszą jest nora. Tam jest nasza siedziba.
***
Kari-Mata usiadła przy ścianie na pryczy. Wszystkie strony celi, były ze stali nierdzewnej. „Zabezpieczenie przed Kretesem” – pomyślała. Na żadnej ze ścian, nie był ani rysy. Żadnego słabego punktu. Prycze również były metalowe. Żadnych wystających elementów, których można by użyć jako broni. Jednym słowem, położenie było fatalne.
***
Alphonso Kretelli myślał, że nie jest tak źle – zdążyłby się przekopać do siedziby i ostrzec mafię. Myślał tak, dopóki nie zawisł głową w dół nad mrowiskiem. I to mrowiskiem nie byle jakim – na kopcu panoszyły się ogromne, wstrętne mrówki. Zdecydowanie nie chciał znaleźć się w takim towarzystwie. Co to, to nie.
El Wariachi podszedł do niego.
- Jesli skałamałes – warknął – Wrocimy.
***
George W. Kurz miał plany. Nie mógł o tym powiedzieć towarzyszkom, gdyż naradzanie od razu wydało by się podejrzane. Musiał zrobić to sam. Spojrzał na drzwi położone tuż obok. Klapka do podawania jedzenia się otworzyła. Nadszedł czas.
***
Lucciano Froggi włożył tacę zupą gdy poczuł ból w dłoni. Gorąca zupa wylała mu się na palce. Zanim zdążył się zorientować, ktoś wciągnął jego rękę do środka.
- Daj mi klucz – mruknął.
- Nie – odpowiedział płaz.
George pociągnął rękę jeszcze mocniej,
. - Nie! – krzyknął.
Już słychać było strzykanie stawów.
- Nie – stęknął – Dobra! Wyciągnij rękę, to ci dam.
Zanim George pomyślał co robi wyciągnął dłoń. Przez jego ciało przeleciał silny impuls elektryczny, a po chwili leżał nieprzytomny na ziemi.
***
2 psy i kret powoli przemierzały gęstwinę z wielkim trudem. Lasu tego prawdopodobnie nikt jeszcze nie przemierzał tą trasą. Kretes się zatrzymał.
- Eee- stęknął. – Panowie, muszę się udać tam, gdzie kret piechotą chodzi.
- A nie chodzi aby wszędzie piechotą? – spytał Reksio.
- Eee – wykrztusił – Nieważne.
Kret oddalił się w gęstwinę, a po chwili krzyknął.
***
Reksio gdy tylko usłyszał krzyk przyjaciela pobiegł z prędkością światła i wpadł na oniemiałego kreta. Gdy ujrzał to sam co on, też zaniemówił. Na polanie leżało KretPe3 Molly, z którego wciąż dochodził głos Piotra Kretanika.
Amigos, no more tears...
- Dizel
- Doradca Budowlańców
- Posty: 3208
- Rejestracja: śr, 14 lut 2007, 12:07
- Naklejki: 4
- Lokalizacja: Tak
- Kontakt:
- Bartek.98
- Bardzo Stary Norman
- Posty: 600
- Rejestracja: pt, 6 kwie 2007, 18:34
- Naklejki: 1
- Lokalizacja: Polska-PL-Żyrardów
kiedy następny rozdział?
Piractwu mówimy zawsze NIE!
<--- mój ulubiony film. Zachęcam do oglądania serialu "Alarm Fur Cobra 11" na Tvn siedem o godz 18:00. ZAPRASZAM!!!http://www.allegro.pl/show_item.php?item=331004366
<--- mój ulubiony film. Zachęcam do oglądania serialu "Alarm Fur Cobra 11" na Tvn siedem o godz 18:00. ZAPRASZAM!!!http://www.allegro.pl/show_item.php?item=331004366

