O losach pozostałych bohaterów:
Michelle Fang opuściła Closed Sacrament i za namową Artura Jeremy'ego Blizzarda dołączyła do The Rex Tales. Jej walka nie była łatwa. Wodna czarodziejka musiała przedrzeć się przez skorumpowane środowisko pracowników Elvenlight, którzy jednak... w głębi serca - sami mieli wielkie problemy. Mentor dziewczyny, Olivierre Der Atlantis zaginął w tajemniczych okolicznościach po ostrej konfrontacji słownej z Luciusem.
Olexo nie zwiększył swojego poziomu. Przez cały ten czas zastępował Bobby'ego Grapesa na stanowisku szefa winnicy.
Drużyna Santino dopięła celu i powróciła do Angelheim z odpowiednią ilością złota. Jeśli wierzyć plotkom, w podziemiach antycznego miasta znaleźli również coś potwornego, o czym już wkrótce miało przekonać się The Rex Tales.
Samson Theodore Johnson odbył wyprawę do Texarii. Znalazł tam wielkiego alchemika, który nie tylko wyleczył jego rudyzm, ale także wyuczył zaklęć zupełnie nowej, użytecznej magii.
Losy Adama Van Slotha zostaną wyjaśnione w poniższych rozrywkach.
Casius Team Jak najprościej zdefiniować słowo „wizja”? Zapewne jako obraz pojawiający się w czyjejś wyobraźni pod wpływem natchnienia, szaleństwa, wysokiej gorączki, a może nawet i środków odurzających. Ciężko stwierdzić jakie z konsekwencji wyżej wymienionych punktów dręczyły w tej chwili Casiusa. Słowa, jakie usłyszał od swojego rozmówcy, wprawiły go w niemałą konsternację. Wszelkie próby zlokalizowania tajemniczego pokoju w czasie i przestrzeni swojego życia kończyły się niemałym bólem głowy. Pomieszczenie wyglądało mu na bardzo znajome, jednak nie był w stanie powiedzieć o nim czegokolwiek więcej. Tajemniczy rozmówca również odnosił się do niego jak ktoś bliski. To również dziwiło…. To również niepokoiło. Casius począł więc zadawać pytania.
-Zaniki pamięci?... Miewam zaniki pamięci? Dlaczego? Kim jesteś, poza tym, że moim bratem, jak mniemam? – spytał Nathaniel Silver. Biały lis nie zamierzał jednak odnosić się do zadanych mu pytań. Milczał i jedynie przyglądał się swojej jakby młodszej wersji leżącej obecnie na łóżku. W jego oczach zdawało się dostrzec jakiegoś rodzaju niepokój, a może i nawet strach przed tym, co już wkrótce miało nadejść.
- Posłuchaj… Sam nie do końca rozumiem. Gdzie my jesteśmy? Czego chcesz i dlaczego nawiedzasz mnie w prawie każdej kryzysowej sytuacji? – nie ustępował.
- Musisz wiedzieć, Casiusie, że świat, w którym żyjemy jest… cholernie niesprawiedliwy. – tu załkał.
- Też mi odkrycie.
- Niezależnie od tego co robimy, jak bardzo chcemy, jak bardzo kochamy, zawsze dostajemy pstryczka w nos od tego, co tutejsi nazywają przeznaczeniem. Nie mamy własnej woli. Wszystko toczy się na warunkach nędznych istot, zawieszonych między czasem, a przestrzenią, którym wydaje się, że mogą rozsądzać, kto powinien żyć, a kto nie.
- Robi się poważnie…
- Nie będę ukrywał. Jesteś chory. Bardzo chory. – mówił wyraźnie przejęty. Silver spojrzał na oczy swojego rozmówcy. Szkliły się, ledwo co powstrzymując łzy. – Sam nie wiem ile z nami jeszcze pobędziesz...
- Tak ze mną źle? – spytał Silver. Kolejny raz jednak nie otrzymał odpowiedzi od swojego rozmówcy. Tajemniczy lis siedział już obecnie na krześle znajdującym się przy łóżku. Widać było, że uciekł z niego ten cały, przejawiany wcześniej sztuczny optymizm.. Próbował się uśmiechać, wykrzesać na swojej twarzy choć jedną, ostatnią iskrę nadziei, ale nie potrafił. Wszelkie tego próby kończyły się niepowodzeniem. W końcu nie wytrzymał. Skrył twarz w dłoniach i zaczął płakać.
- Hmm, posłuchaj, to naprawdę miłe, że tak się mną przejmujesz, bracie… Chyba mogę tak do Ciebie mówić, gdyż jesteś moim bratem, prawda? – zadał kolejne pytanie.
- zawsze nim będę, Cas… niezależnie od tego jak potoczy się nasz los… Zawsze… będę Twoim bratem. Jednego dnia jesteśmy tu… drugiego tam… z tego wszystkiego zapominamy, że czasami warto żyć tu i teraz… Chciałem. Wziąłem Cię na kolejny trening, ale przez jakiś czas powinniśmy się jednak wstrzymać… - odparł z mniej smutnym nastawieniem. Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale w decydującym momencie wytrącił go z równowagi dźwięk pukania do drzwi.
- To mama – stwierdził szeptem. Szybko przetarł oczy i zamrugał kilkukrotnie, chcąc pozbyć się pozostałości łez. – Nie mów od rzeczy, nie chcę żeby się martwiła. – dodał chwilę później. Casius nie wiedział za bardzo co robić, więc poczynił to, co było najprostsze. Postanowił, że nie będzie mówił zbyt wiele. Założył również, że jego wizja prędzej czy później się skończy. Uznał, że jakoś ją przeczeka, próbując tym samym wyłapać z niej jak najwięcej ciekawych informacji. Lis z długimi czarnymi włosami w końcu wstał na równe nogi i zbliżył się do drzwi wejściowych. Po kilku chwilach po ich drugiej stronie można było już dostrzec piękną kobietę w średnim wieku. W obu rękach trzymała koszyki wypełnione jednokolorowymi owocami.
- Cały cholerny dzień na zbieraniu jedzenia… Padam z sił. Zef, zaniesiesz to do kuchni? – spytała, chwilowo odciążając przy tym ręce.
- Pewnie, nie ma problemu. – na twarzy lisa ponownie zarysował się troskliwy uśmiech. Młodzieniec pochwycił z łatwością dwa pokaźne koszyki i udał się z nimi pewnym krokiem do sąsiedniego pokoju.
- A Ty, młody, jak się trzymasz? – zagadała kobieta.
- Całkiem nieźle. Dzięki mamo. – odparł zachowawczo Casius.
- Na pewno? – spytała z lekka nieufnie.
- Taak, na pewno.
- Jadłeś coś?
- Taak. Brat skołował pyszny obiad…
- Kochany Zefrain, jak bardzo on o Ciebie dba… Czasami zdaje mi się, że nawet bardziej ode mnie. – odparła ze smutkiem. Serce Casiusa zabiło kilka razy szybciej – usłyszał bowiem coś, co wydawało mu się nieprawdopodobnym stekiem bzdur. Kobieta, którą wizja przedstawiła jako jego matkę, sugerowała, że jego bratem był najpotężniejszy mroczny mag świata. Powiedzieć w tej sytuacji, że Nathaniel Silver był zdenerwowany… to nie powiedzieć w zasadzie nic. Zamierzał już nawtykać swojej rzekomej rodzicielce, ale w porę się opanował. Sztuczna rzeczywistość była zbyt realistyczna, zbyt silna i po jakimś czasie zaczęła mieszać się z tą, z którą miał dotąd do czynienia.
- Przepraszam, że tak bardzo was zaniedbuję… - kontynuowała rodzicielka.
- Nie mów tak, mamo. Robisz dla nas wszystko. Oboje to doceniamy…
- Oj, kochany jesteś… - odparła i pocałowała Casiusa w czoło. Chwilę później do pokoju powrócił Zefrain. Miał w ręku jabłko i sporadycznie nim podrzucał.
- Powiem Ci, mamo, że Casius ma naprawdę dobrą pamięć! – zaczął chwalić swojego brata.
- Naprawdę? – odparła, głaszcząc Silvera po bujnej czuprynie.
- Każdego dnia mnie zaskakuje. Wie więcej niż inni w jego wieku. Kiedyś wyrośnie na wielkiego maga! – odparł z przekonaniem.
Wizja zaczęła stopniowo zanikać. Jedynie idiota mógł powiedzieć, że Casius poczuł się przez nią lepiej. W praktyce było wręcz przeciwnie. Nie była żadnym wytchnieniem, momentem wyciągnięcia życiowych prawd, ale raczej kluczem do jeszcze większego niż do tej pory mętliku w głowie. Nie wiedział, co o niej myśleć. Wszystko wydawało się wręcz dziwne i groteskowe. W pierwszym momencie Casius chciał uznać imaginację za kolejny chory wymysł jego umysłu i kompletnie odrzucić jej prawdopodobność. Piął się po coraz kolejnych szczeblach drabiny logiki i zamierzał uznać słuszność swoich wyjaśnień, ale niestety – w decydującym momencie wejścia na wyższy poziom zawahał się, a wszystko przez niepokojącą myśl o klimacie miejsca w którym się znalazł. Pokój, w którym miała miejsce wizja, wyglądał dziwnie znajomo. Silver, tkwiąc teraz w ciemnej pustce zaczął wojnę ze swoimi myślami. Czuł, że jakieś przebrzydłe bóstwo zatrzymało czas i zamknęło przestrzeń, pozostawiając go tym samym w wielkim odosobnieniu. Zaczął czekać na wybawienie, na jakiegoś dobrego anioła, który chciałby przyjść z lampą, albo czymś podobnie świecącym i rozjaśnić mroki jego szaleńczych teorii. Niestety, nikt taki nie przychodził.
Ogrom niepokoju zaczął przeobrażać się w wielkiego potwora, zdającego się być uosobieniem wszelkich demonów przeszłości Silvera. Potężna kreatura zdawała się razem z nim zaginać w tym momencie czas i przestrzeń. Szydziła z niego niemiłosiernie podle, przekazując mu jasną wiadomość. Casius wiedział, że czeka go ciężka przeprawa z wydarzeniami swojego życia i naprawdę sporo czasu minie, gdy dane będzie mu ponownie się odnaleźć. Wiedział też jednak, że w tej walce nie będzie sam i że zawsze będzie miał przy sobie przyjaciół, gotowych zatroszczyć się o jego los.
Lis odzyskał przytomność. Znajdował się na skraju leczniczej kopuły. Elisa stanęła już na równe nogi, a z jej miny dało się wyczytać, że była gotowa na kolejny bój o nieśmiertelność swojego imienia. W podobnym stanie była Ei – i u niej wróciła już większość sił witalnych. Xix wciąż leżał na ziemi, a na jego głowie, konkretniej w okolicach lewego oka, dało się dostrzec kilka solidnych siniaków.
- Nie patrz tak na mnie, Cas. – odparła Ei. – Nie wytrzymałam tego bełkotu o rurach.
Znacznie gorzej było jednak z Virginią, która z każdą kolejną chwilą traciła resztki swoich sił. Wiele wskazywało na to, że dalsze próby utrzymywania bariery będą mogły okazać się niebezpiecznymi dla jej stanu zdrowia. Wcielono w życie kolejny plan – tym razem – znacznie prostszy. Miała być to ucieczka. Zdecydowano, że The Rex Tales pomoże nowe astralne widmo Ei, zwane roboczo Błękitną Królewną Przestworzy, możliwe do przywołania jedynie w miejscach z olbrzymim nagromadzeniem magicznej energii. Uznano, że warto zaryzykować jej przyzwanie, nawet w sytuacji, gdyby cały plan miał się nie powieść. Była to już ostatnia deska ratunku.
Bariera w końcu runęła. Gniewny bóg ruszył w jej kierunku, pragnąc dokończyć dzieło swojej destrukcji, ale uprzedził go rozbłysk trojga par śnieżnobiałych, jakby archanielskich skrzydeł. Ich światła przedarły się z nieprawdopodobną prędkością w górę. Latająca ostoja okazała się być majestatycznym, srebrnym łabędziem. Jej lot był cichy, spokojny, wręcz niezauważalny. Amenine mknęła po nocnym rozżarzonym niebie, a grupa magów z The Rex Tales mogła teraz tylko obserwować to, co właśnie działo się z pięknymi lasami Ascadii. Większość z nich wyglądała już teraz jak po starciu z dziesiątką smoków, ziejących przeróżnymi żywiołami natury. Wszystko wydawało się jakieś puste, smutne, bez celu. Grupa Casiusa nie odchodziła jednak jako pokonani. Ich walkę można było opisać raczej w mocniejszych, heroicznych wręcz porównaniach i metaforach. W pojedynku z Devil Scythe wykazali się nie tylko męstwem i odwagą, ale również i sercem – mocą przyjaźni, która pozwoliła im pokonać wielkiego prześladowcę gildii – Eusebina Razorwinda.
The Rex Tales dotarło w końcu do Lastwind. Powitano tam ich jak… bohaterów. Owacjom i oklaskom nie było końca, lecz cieszyć się potrafił z nich tylko Vudix. Koń w mgnieniu oka stał się lokalnym celebrytą, a jego fankom bardzo imponowały jego przypieczone, czarne powieki i pokaźna blizna na twarzy. Virginia przez kilka kolejnych dni odzyskiwała przytomność w szpitalu. Zapadła na ciężką chorobę spowodowaną przemęczeniem i niezbyt korzystnymi magicznymi warunkami. Magia lecznicza, którą przelała na członków drużyny, po pewnym czasie okazała się trucizną, wysysającą z jej ciała większość sił życiowych. Lekarze stolicy jednogłośnie uznali jej przypadek za cud, twierdząc tym samym, że żaden normalny mag nie przeżyłby tak wielkiego bólu. Widziano w tym sporą pomoc boga słońca – Dailyona.
Elisa i Ei towarzyszyły koleżance w ciężkich chwilach, lecz nie wiedziały jeszcze, że były one niczym, w porównaniu do tego, co miało właśnie nadejść. Wiadomość o śmierci Keitha doszła do nich dopiero po tygodniu od śpiączki panny Light. Wspólnie zdecydowały, że zatają ten fakt przed Virginią aż do momentu, gdy będą pewne, że będzie gotowa na tę wiadomość.
Casius nie spał już od dwóch dni. Był wycieńczony, ale czuł się z tym w pewnym sensie dobrze. Nie skorzystał z pomocy wdzięcznych mieszkańców, oferujących nocleg w prawie królewskich warunkach. Był smutny, przygnębiony. Wciąż przeżywał swoją wizję. Czuł się za nią winny. Przeklinał siebie za wszelkie zło, jakie na świat sprowadził jego rzekomy brat, lecz jednocześnie – wciąż nie widział w tym wszystkim jakiejkolwiek logiki.
Drugą noc, od powrotu do Lastwind, spędzał na przyszpitalnej ławce. Razem z Francisem obserwowali gwiazdy.
- Chyba widzę wielką niedźwiedzicę. – odparł kociak. Casius jednak nie był w stanie ocenić jego tezy. Powoli przestawał kontaktować. Był niesamowicie zmęczony i przybity. – A nie, to jednak wielki wóz, coś mi się… - tu przerwał swoje wywody. – Cas? Co z Tobą? – Francis zaciekawił się zachowaniem swojego pana.
- Nic, jest okej. Wszystko w najlepszym porządku… - odparł dość smętnym, prostym do odczytania tonem. Żółty sierściuch jednak nie ustępował i w końcu zmusił Silvera do powiedzenia o wszystkim, co go gnębiło. Obaj panowie rozmawiali o tym przez dobrą godzinę… a wszystko to przy nocnej panoramie tego, co w jednej chwili zdawało się być przeszłością, teraźniejszością i przyszłością.
- A ten Zefrain, on przypadkiem nie…?
- Tak, historia gildii mówi, że to on zabił Esterię.
- A Skelion w zemście roztrzaskał jego ciało o Archikatedrę Nieskończoności… a potem… odleciał na zawsze. Myślisz, że wróci?
- Gorzej, jeśli poprzysiągł zemstę na jego rodzinie i to właśnie mnie przez ten cały czas szuka… - odparł z tym samym od kilku godzin wyrazem twarzy.
- Ale to nie ma sensu, Cas. To wszystko zdarzyło się prawie setkę lat temu… a może nawet i jeszcze wcześniej. Jak to w ogóle możliwe, żebyś Ty i on… no wiesz?
- Wyjaśniałaby to wcześniejsza wizja. Widziałem go w naszej świątyni. Odprawiał jakieś złowieszcze obrzędy i chciał wskrzesić brata. A co jeśli… A co jeśli…? – w tym momencie przerwał. Zmęczenie wzięło górę. Casius osunął się na ławkę i zaczął chrapać. Gwiazdy zdawały się świecić w tym momencie w jego kierunku. Uważny obserwator dostrzegłby, że nawet cicho ze sobą szeptały. Kto wie, o czym mówiły… Może o przyszłości ognistego pogromcy smoków? A może… o tym, co go spotkało? To wiedziały tylko one.
Silver obudził się kilka godzin później. Wszystko go bolało, ale czuł się jednak znacznie pewniej niż wcześniej. Miał jakieś, choć nieznaczne siły do życia. Zapytacie pewnie, dlaczego się obudził? Otóż… było kilka przyczyn. Pierwszą na pewno był Francis, który zasnął mu na brzuchu, dzięki czemu Casius nie czuł się jedynie przygnieciony mentalnie, ale i fizycznie. Był też drugi powód, ale zanim go zdradzę, chciałbym odwołać się do waszych życiowych doświadczeń. Zapewne… każdy z was miał kiedyś dziwne uczucie bycia obserwowanym… Prawda? Ciężko to wyjaśnić, ale jednak… zdarza się. Mamy świadomość, że ktoś na nas patrzy, choć w pokoju, ani w jakimkolwiek innym miejscu, w jakim się znajdujemy, nie ma tak naprawdę nikogo. Smoczy mag właśnie czuł na sobie takie spojrzenia. Podświadomość postanowiła więc kolejny raz wymierzyć mu pstryczka w nos, krzycząc, jakby za użyciem stadionowej tuby, żeby wreszcie stanął na nogi, gdyż znajdował się obecnie w niebezpieczeństwie.
Casius otworzył jedno oko. Drugie musiał w pierwszej kolejności oswobodzić od leżącej nań łapki Francisa.
- Franek, cholero jedna, nie masz jak leżeć? – odburknął, jakby nie pojmując sytuacji, w jakiej się znajdował. Kociak jednak był w samym centrum swojego snu. Ani myślał o reakcji na słowa Casiusa i wciąż niemiłosiernie głośno przy tym chrapał. Silver miał już użyć środków siłowych, ale w ostatniej chwili się powstrzymał. Przesunął tylko niżej kończynę swojego kociaka, czym wprawił go tylko w lekki grymas. Pogłaskał go następnie po głowie, dziękując mu za to, że przy nim przez ten cały czas był. Zwrócił się do niego szeptem, że następnego dnia załatwi mu za to odpowiednią porcję rybek.
Leżących na ławce odwiedziła Maya, która postanowiła zagadać do Casiusa, widząc, że ten nie śpi.
- Jak się trzymasz? – spytała uśmiechając się nieznacznie.
- Tak jak widać. – odparł ponuro, czym wywołał ciepły śmiech u swojej rozmówczyni.
- Nie o to pytam, Cas. Słyszałam, że sprostaliście Devil Scythe.
- My? A w życiu. Biały prawie emo lis i jego żółty sierściuch w własnej, małej krucjacie przeciwko złu tego świata? To nawet nie brzmi… - wciąż nie zmieniał swojego tonu. Brzmiał dość komicznie, więc kolejny raz udało mu się rozbawić dziewczynę.
- Skromność w współczesnym świecie to naprawdę wielkie wyrzeczenie. Bardzo Cię za to cenię, Cas. Pewnie myślisz, że wszyscy wokół mają Cię tutaj w nosie, pozwalają spać w odosobnieniu, na zewnątrz, w czasie, gdy zbliżają się zimne deszcze…
- ZIMNE DESZCZE?! – rozbudził się niespodziewanie Francis, czego efekty w krótkim tempie odczuł na brzuchu jego właściciel. Tym razem nie było już taryfy ulgowej. Kociak przekoziołkował przez kilka dobrych metrów, aż w końcu dzięki użyciu skrzydeł uratował się przed upadkiem. Francis nie miał zamiaru się mścić. Powiedział jednak, że słyszał, co Casius mówił o rybkach i odparł, że już się z tego nie wykręci.
- Cholera… Szlag… … … …
- Świry z was…
- No chyba z niego…
- No chyba z niego…
- Oj, komplement to był…
- Tak właściwie, Maya, co tu robisz? – spytał Francis.
- Ech… To skomplikowane…
- Nie ma takiego ignorowania Franka. Odpowiadaj. Też jestem ciekawy… - dodał chwilę później Casius.
- To już druga noc, od czasu, gdy armia Everarda i Szkarłatnej Czarodziejki wyruszyła w stronę lasu. Strasznie się niepokoję o niego…
- W końcu Twój ojciec… słabo… - stwierdził Francis ze współczuciem. – Cas również przeżywa podobne problemy, też związane jakby z rodziną… Ale powiem Ci tak… na pewno wygra. Ci dobrzy zawsze wygrywają. Możesz być o niego spokojna… Na pewno mu się uda! – pocieszał dalej.
- Ps: To prawda. – odparł Casius. – Czy ja dobrze usłyszałem, Szkarłatna Czarodziejka?
- Krąży o niej wiele mitów i legend. Podobno swoją mocą ustępuje tylko Magnusowi Leoline.
- Temu cziterowi, uhm? Ona też należy do Apostołów.
- Owszem, ma bodajże numer 2, ale oficjalnie nikt nie zna jej imienia i nazwiska. Właśnie określenie „Szkarłatna Czarodziejka” przylgnęło do niej bardziej od rzeczywistych danych. Ciężko stwierdzić dlaczego, może się kryje, może ma ku temu jakieś powody, ale jednak… to właśnie ona uratowała Alphatown w czasie, gdy nad jego murami pociemniało od skrzydeł tysięcy smoków.
- Wow, to jaki ona może mieć lvl? – spytał Francis.
- Podejrzewam, że spory… Może nawet czterocyfrowy?
- WTF…
- Franek, słodziak z Ciebie… - odparła, po czym przytuliła do siebie żółtego kocura.
- Przytulaj ile możesz, i tak się zemszczę…mój brzuch pamięta, będę miał siniaki… Będę miał zadrapania. A może po prostu je sobie wypalę?
- Eheheh… I będziesz wyglądał jak Vudix. – odparł szyderczo Francis, czym zerwał Casiusa na równe nogi. Śnieżny lis wyglądał na wściekłego. Po raz kolejny w swojej karierze zagroził kociakowi, że zrobi sobie z niego pieczeń.
- Ale serio, co on z siebie teraz zrobił, to ciężko nawet wyrazić słowami… - stwierdziła Maya.
- Co masz na myśli?
- Straszny z niego pozer. Robi wszystko pod publikę. Szkoda słów…
- Żadna nowość. – odparł Casius, próbując ustawić się w dogodnej pozycji do przechwycenia Francisa.
- Najbardziej boli to, że właśnie takie osoby zyskują fanów i publikę.
- Niesprawiedliwości tego świata… co zrobisz… nic nie zrobisz…
- Dzisiaj powiedział wszystkim na rynku, że to on… uwaga, bo zabrzmi ciekawie… Własnoręcznie pokonał Eusebina… Jak myślicie, z użyciem czego?
- Rur? – odparli niemal równocześnie Francis i Casius, wciąż bojowo, lecz jakby z lekka mniej energicznie do siebie nastawieni.
- Owszem… Żeby tego było mało, to właśnie was uważa za głównych winowajców wypuszczenia tego boskiego zwyrola…
- I co, uwierzyłaś w to? – spytał podejrzliwie Casius.
- Oczywiście, że nie! Miasto uważa mojego ojca za zbawcę, za bohatera, cały czas mam styczność z jego żołnierzami. Potrafię wyczuć, kto jaki ma potencjał i kto jest silny jedynie w przechwalaniu się. To Wy jesteście prawdziwymi bohaterami. Miasto jest naprawdę wdzięczne i gwarantuję, że długo was nie zapomni. Zapoczątkowaliście tutaj małą rewolucję.
- Czy ja wiem, czy taką małą…?
- Heheh… - zaśmiała się jeszcze raz. – Nie zapomnę Was, Panowie. Może to zabrzmi śmiesznie, ale… Pokazaliście mi zupełnie inne oblicze bohaterstwa. Nie jesteście pozerami, jak Vudix i po części… co muszę niestety przyznać – jak mój ojciec… Jesteście prostymi osobami, które całą swoją moc czerpią z tego, co w życiu jest najpiękniejsze… z przyjaźni. Właśnie dlatego jesteście tacy uroczy.
- Maya, na pewno wszystko w porządku? – spytał Casius, lekko nie rozumiejąc sensu komplementów swojej rozmówczyni.
- On zapytał, ale ja też jestem ciekawy… Właściwie to podsunąłem mu to telepatycznie. – odparł Francis.
- Heheh… Serio, aż tak to widać?
- Serio – odpowiedzieli niemal równocześnie.
- Trochę wam tego zazdroszczę. Od 12 lat męczę się w jednym i tym samym miejscu. Nawet nie wyobrażacie sobie jakie to nudzące. Wszyscy zawsze czegoś wymagają. Wszyscy mają potrzeby… Wszelkie spisy, instytucje, ogarnianie paniki… Chciałabym wreszcie wypłynąć na wody życiowego oceanu… wreszcie stać się wolna... wreszcie…
- Nie kończ, zrozumiałem. – odparł Casius.
- Naprawdę?
- Pewnie. Potrzebujesz przyjaciół, potrzebujesz kogoś, do kogo będziesz mogła się zawsze odezwać, kogoś, kto nie będzie tylko wymagał, ale i…
- Innymi słowy, potrzebujesz The Rex Tales!!!! – przerwał wywód Casiusa Francis.
- Myślicie, że to dobry wybór?
- Najlepszy. – odparli niemal równocześnie.
- Znaczy wiesz, pełno tu narkomanów, erotomanów… włochatych zwyroli…Na przykład taki jeden gołomp… wyobraź sobie, że rozbiera się bez powodu.
- Nie jestem pewna, czy to zachęta…
- Casius zaczął może troszkę w zły sposób… - próbował wyjaśnić Francis.
- Wcale nie! Po prostu nie dokończyłem tego, co chciałem powiedzieć. Cichaj sierściuchu, bo nie będzie rybki.
- A ok…
- Ale mimo tego wszystkiego, mimo różności poglądów, zainteresowań, mimo różnorakiej magii… wszyscy jesteśmy wielką rodziną. Kochamy się i jesteśmy w stanie oddać za siebie życie. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Takie właśnie jest The Rex Tales. – stwierdził.
Rozmowa trójki już nowych przyjaciół toczyła się przez resztę nocy. Maya załatwiła wszystkim znacznie wygodniejsze koce do spania. Ci, którzy nie usnęli w kilka kolejnych chwil po przyłożeniu głów do magicznych tkanin, oglądali razem gwiazdy… próbując zrozumieć, jak wielkie i tajemnicze zagrożenie przyniesie przyszłość, która miała nadejść już niebawem.
Od tego wydarzenia minęły już dwa tygodnie. Everard i Szkarłatna Czarodziejka powrócili do Lastwind. Angersans, zwany mrocznym bogiem zemsty, poniósł opłakaną klęskę. Został wymazany z historii Endlessness, a wszystko – jeśli wierzyć plotkom, za sprawą tajemniczej znajomej Bloodblade’a. Sam Apostoł porzucił karierę w Alphatown i osiadł w stolicy Ascadii, chcąc właśnie w tym, rodzimym mu miejscu bronić mieszkańców Lastwind aż do swojej śmierci. Dał wolną rękę Mayi i pozwolił jej wreszcie wyfrunąć z domowego gniazdka. Elisa, gdy dowiedziała się o jej pragnieniach, wybuchła niekontrolowanym atakiem płaczu, a następnie, już przecierając łzy ze wzruszenia – przyjęła ją do gildii. Przyjęła do niej także cichą bohaterkę rewolucji – Echo. Nieszczęsny los postanowił uczynić z niej sierotę. Choć nie mówiła o tym otwarcie, niektórzy członkowie grupy pamiętali o jej rodzicach, a także o ostatnim z nimi spotkaniu, tego słynnego dnia, kiedy magom z The Rex Tales po raz pierwszy było dane zobaczyć Eusebina.
Vudix zaczął publicznie mówić o tym, że gardzi swoją gildią i pragnie zostać w Lastwind. Twierdził, że tylko tutaj go rozumieją… i w rzeczy samej… było tak… a przynajmniej przez jakiś czas. Wkrótce moda się zmieniła, a on sam stracił powszechne poważanie. Wojskom Everarda udało się zlokalizować miejsce ukrycia Sandlera. Niestety, było już za późno. Razorwind wyeliminował go prawdopodobnie wtedy, gdy dowiedział się o porażce swojej gildii. Rudolphowi wyrządzono pamiętny pogrzeb w stolicy wiecznego deszczu. Lokalni poeci zaczęli opiewać jego historię, uznając go za wybrańca, który sprowadził do ich krainy prawdziwych bogów. Prawdziwych – gdyż wypędzili oni prastare, złowrogie kreatury, które cieszyły się jedynie wyzyskiem i karaniem innych; pokazali ich lokalnemu światu znacznie lepsze jutro. Z Lastwind odeszło sporo niewinnych istnień, było dużo smutku, jeszcze więcej płaczu; ogłoszono także roczną żałobę. Multum przykrych i demotywujących wydarzeń przykrywało jednak ciche światło nadziei i niekwestionowalny fakt, że pamięć poległych bohaterów trwać będzie tu przez wieczność.
The Rex Tales nie pobyło zbyt długo w stolicy wiecznych lasów. Bardzo szybko nadeszło kolejne, bardzo niepokojące zagrożenie. Guilermo Clarence skorzystał z magii Guild Call i poinformował wszystkich, by czym prędzej wracali do miasta. Według jego słów… Closed Sacrament wypowiedziało wojnę gildii.
- Nie, serio. To nie żart. Cholera, ludzie….eeee.. raczej lisy, krety, no nie wiem…. Koty! Weźcie się w garść.
- Kłamiesz. – twierdził Vudix.
- Grabarze nie kłamią. Zapamiętaj to sobie.
- Czyli… Izzy powrócił? – spytał Casius.
- I to jak… mistrzu… I to jak…. Podejrzewamy, że to on lata nad naszym miastem.
- Ma skrzydła? – spytał Francis.
- Nawet nie wiesz… jak wielkie…
Wild Psycho Dove Team Nie tylko świat widzialny zatrząsnął się na wieść o samobójczej misji Coldiana. Sprawą ożywienia Deadriela zainteresowały się również inne istoty, od wielu lat stojące już po drugiej, teoretycznie niewidzialnej stronie wszechprzestrzeni. Demon Zefraina rozpadł się na tysiące małych części. Nie przypominał już tego, czym przerażał niegdyś. Był marną kupą gruzu, w której z dawnego kształtu zachowało się jedynie dwoje przebrzydłych łap, zakończonych diabelnie długimi pazurami. Roztopienie kryształu wiązało się z pewnymi efektami ubocznymi. Spór przyrodnich braci postanowiła załagodzić ich mistrzyni, a zarazem wielka czarodziejka lodu – Grace Alpenwinds.
- Byliście niegrzeczni. Znowu. Co macie na swoje usprawiedliwienie?! - spytała mocniejszym tonem.
- Yyy... Tego... Bo ten tu jełop, Coldian, podgrzewał atmosferę cały czas... I w ogóle nie nadaje się na ojca, bo strasznie rozpuścił tego Dawidriela... Natomiast mnie chciał zniżyć do swojego ówczesnego (teraz już mu lepiej) poziomu lodowym mieczem... A ten demon to jakiś słaby, chyba na pchlim targu kupiony, bo ledwo po słownej gwarancji sprzedawcy, a już się rozpadł... – odparł Dove, po czym wymierzył w stronę Saberhaila kolejną serie teoretycznie mniej bolesnych ciosów.
- Coldian, czy to prawda?
- Kh… - próbował wykrztusić z siebie kilka obronnych słów. Niestety, nie bardzo był w stanie. Czuł się słaby, skołowany, wciąż przytłoczony porażką misji swojego życia.
- Nie musisz nic mówić. Widzę to. – odparła Grace, po czym przytuliła do siebie roztrzęsionego alchemika. – Zachowałeś się jak szaleniec, jak ktoś zupełnie nieodpowiedzialny, ale… zrobiłeś to wszystko z tęsknoty.
- Ja na przykład też tęskniłem, ale nigdy nie zrobiłbym czegoś takiego jak on! Ten jełop to mógł nawet zniszczyć świat!
- Dove, zaufaj mi. Świat ma znacznie więcej uczuć, niż Ci się wydaje. Właśnie one sprowadzają nas często na krawędź swojego życia, pokazują, że nic nie ma sensu, podcinają skrzydła…Coldian jest zagubiony. Myślę, że Ty również.
- Ja… mam przyjaciół…
- Ta, jasne… - odparł szyderczo Theon.
- Tak naprawdę wszyscy jesteśmy samotni. Niezależnie czy stoimy po jednej, czy drugiej stronie mocy. W pewnym sensie to ja naraziłam was na ten dyskomfort, ale wszystko dlatego, by ratować wam życie…Moi kochani chłopcy… - odparła, po czym również przytuliła do siebie Golly’ego.
- Przepraszam, że nie odczujecie za bardzo tej czułości, ale tak w zasadzie to nie żyję. Duchy nie potrafią przytulać. Co najwyżej mogą straszyć, rzucać meblami, albo co najgorsze i najbardziej monotonne, zakłócać ciszę nocną brzęczeniem łańcuchów.
- Chłopcy, musicie mi coś obiecać. – odparła tym razem znacznie poważniej.
- Co takiego? – zaciekawił się Golly.
- Koniec walki między sobą. To raz. Nie tego was uczyłam. Macie być zimni, po to były treningi bez większości ubrań, ale… nie zimni do przesady. Swoich najbliższych, w tym samych siebie musicie traktować z należnym im szacunkiem! Odwzajemniać uczucia, mówić o nich!
- Mam wątpliwości, czy to wizyta ducha, czy wizyta u psychologa. – odparł Theta.
- Taak jest… - odparli niemal równocześnie Coldian i Dove, czym ponownie wywołali uśmiech na twarzy Grace. Jej działania doprowadziły również do aktu zgody, wyrażonego szczerym podaniem sobie kończyn.
- Coldi, na przyszłość… Dobieraj sobie lepsze towarzystwo. – dodała chwilę później mroźna czarodziejka. Zdezorientowany kogut rozejrzał się po pomieszczeniu. Spojrzał w stronę Cynthii i Sticka, wyraźnie zatroskanych jego losem.
- Nie, nie o nich mowa. Ci, na których patrzysz to przyjaciele. To oni są od tego, by poprawiać każdy Twój dzień… A ty jesteś od tego, by poprawiać każdy ICH dzień. Przyjaźń to naprawdę piękne…
- Zatem kogo miałaś na myśli? – spytał, przerywając wywód Grace. Alpenwinds przewróciła oczami i wskazała ręką na leżący na zmrożonej ziemi strój. – Chyba wiesz o czym mówię. – dodała moment później.
- Ach tak, Pan Mayflower. – odparł Coldian, czym jednocześnie wzbudził ciekawość większości zgromadzonych osób w pomieszczeniu.
- Jak to się w ogóle stało? – spytał Dove.
- On nie należy do naszej gildii…
- A nie ona? – zaprotestowała Cynthia.
- W zasadzie to… - zaczął kolejną wypowiedź Coldian.
- No, ciekawe co tam jeszcze wymyślił. – odparł Theon.
- Sam byłem w szoku, gdy okazało się kim Mayflower jest naprawdę…
- Spiskowałeś z fajną laską i nawet o tym nie miałeś pojęcia? Cold, ale z ciebie totalny przegryw… - nie wytrzymał Dove.
- Mayflower obudził… obudziła mnie pewnej nocy. Stała w przebraniu nad moim łóżkiem i wyszeptała mi jakby telepatycznie cały swój misterny plan. Twierdziła, że osiągnąłem już maksimum swojej magii i… jestem już w stanie pomścić Twoje imię, Grace…
- Bezczelny bachor… - nie wytrzymała Alpenwinds.
- Kolejna tajemnica tego świata wyjawiona… - odparła szyderczo Emma. – Duchy również bluzgają…
- I to jak, śnieżynko… i to jak… - podsumowała lodowa czarodziejka.
- I co było dalej, Cold? – spytał Stick.
- Rozpocząłem przygotowania. Poczyniłem spore działania, jeszcze większe wydatki, ale koniec końców udało mi się zdobyć informacje o miejscu ukrycia Deadriela. W gruncie rzeczy nie było to nie wiadomo jak trudne, gdyż… Ci z CCS to kompletne beztalencia i można im wcisnąć praktycznie wszystko… Trudniej było z zaaranżowaniem pułapki. Musiałem zdobyć runę iluzji i przeobrazić ją w tak groteskowych wymiarach i kształtach, by stworzyła żywą imaginację portalu, zasysającego całe miasto.
- A, czyli to był fejk? – spytał Luke.
- Sam żeś fejk. – stwierdził Theon.
- Tak.. i nie… Portal był naprawdę otwarty, a że prowadził do odleglejszej krainy, to miał też swoją moc. Mam wrażenie, że z lekka mógł uszkodzić miasto… ale na pewno nie tak bardzo, jak to widzieliście.
- To co, pasuje dać im jakieś wynagrodzenie, co? – spytała Ava.
- Owszem… będę zobowiązany pokryć wszelkie koszty zniszczeń w Alphadorei.
- Chłopcy, chyba musicie jeszcze o czymś wiedzieć…
- O czym konkretnie? – spytał Dove.
- Pamiętacie, gdy byliście jeszcze mali i… pytaliście, czy mam jakieś dzieci?
- O to musiał pytać Dove. Ja nie jestem aż tak bezpośredni. – stwierdził Coldian.
- W zasadzie to oboje tacy są… To zdejmowanie ubrań jest trochę niepokojące… - wyszeptała Sapphire do Emmy.
- Tak naprawdę… kłamałam. Wydałam na świat jeden piękny, lecz jak się okazało… bardzo podły owoc. Była śliczną dziewczynką. W zasadzie wszyscy wróżyli jej wielką przyszłość…
- Haaa! Wiedziałem! – odparł Theta.
- Grace, miałaś córkę? – nie dowierzał Dove.
- Nazwałam ją Naomi.
- Piękne imię… - odparła Ava.
- I nawet trochę znajome… - stwierdziła Patricia.
- Jej narodzinom towarzyszyła seria nieprawdopodobnych wydarzeń. Miał miejsce wybuch Gor’Santan, największego lodowego wulkanu na kontynencie. Plaga szarańczy zdziesiątkowała Blastię, a potężny, stuletni władca Nefarii, Ulisses, abdykował.
- Który to był rok? – zaciekawił się Theta.
- 9 Września 996 roku. Dokładnie 3 lata przed sądnym dniem dla The Rex Tales. Z biegiem lat rozumiem, że i to mogło być zwiastunem tego całego nieszczęścia.
- Czyli… Naomi to Mayflower? – wydusił z siebie Coldian.
- Tak… podejrzewam. – odparł Theta.
- To raczej to, czym stała się teraz… - załkała Grace.
- Co właściwie sprawiło, że przeszła na ciemną stronę mocy? – zadała pytanie Sapphire.
- Pewnie ja sama… ciężko to wyjaśnić, ale… ja nigdy nie rozumiałam jej potrzeb. Nie potrafiłam zapewnić jej uśmiechu na twarzy, nie potrafiłam dać jej szczęścia… ja… - płacz kolejny raz przerwał jej wypowiedź. Wszyscy dookoła milczeli. Grace wydawała się dobrą osobą i nikt nawet nie myślał o nazwaniu jej wyrodną matką. Oczekiwano na dalszy ciąg historii.
- Pewnego dnia powrócił jej ojciec… i to on pogrążył ją w całkowitym mroku. Naomi przestała się do mnie odzywać, stwierdziła, że woli być z tatusiem. Protestowałam, a kiedy to nic nie dało, zaczęłam błagać i płakać… I to niestety nie przynosiło efektów. Nie mogłam dowieść swoich racji, byłam wówczas nikim, a on… dowodził potężną gildią, początkowo pełniącą rolę królewskiej straży w Ilyon Serin… Byłam bezradna…
- Początkowo? Więc co się stało? – próbował zrozumieć Stick.
- Nameless Knights się stało. Nazwa współcześnie dość popularna…
- Jedna z czarnych gildii, stojąca obecnie na czele The Dominators… - dedukował Coldian. – Czyli ich szef jest ojcem Naomi?
- Wciąż żyje, wciąż knuje… Całkowicie zatracił się w magii śmierci. Cały świat zna jego okrucieństwo, a ja… nie mogę niczego z tym zrobić.
- Ale my możemy. – odparł troskliwie Dove.
- Golly ma rację. – potwierdził Coldian. – Nieważne jak jest potężny, zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by stawić mu czoła!
- Z tym, że chyba nie wiecie, z kim macie do czynienia, jełopy. – stwierdził Theon. – Bezimiennymi Rycerzami dowodzi chędożony Sirius Van Midnight, cholerny mistrz magii wampirycznej. Coraz częściej słyszy się o jego ofiarach, które nadziewa na pal. Portkami trzęsie przed nim nawet całe CCS, a Wy myślicie, że…
- Zgromadzę armię. – stwierdził Coldian.
- Niejeden próbował, a potem kończył swój żywot w wielkiej suchocie przez kilka dobrych dni.
- Skąd Ty tak w zasadzie to wszystko wiesz? – zaciekawił się Luke.
- Holy jest formalną przywódczynią gildii i cały czas słyszy o tym, co dzieje się w Emisaris i Lecrei. Potworne mordy na niewinnych mieszkańcach… Oba kraje pogrążone są totalnie niesprawiedliwą wojną, w którą cholera wie czemu – nie miesza się CCS i Elysium. Zawsze uważałem, że Drake coś knuje. Rada i Apostołowie są strasznie skorumpowani. Pomyślcie sami, ostatnia sytuacja z Creswellem. Dobrze, że Artur pogonił tego dziada i musiał zmiatać z Eldshire z podkulonym ogonem.
- Nie wszyscy są tacy. – zapewniała Cynthia.
- Nnno właśnie! Eneash to równy gość. – stwierdził Stick.
- a jaki przystojny… - dodała dziewczyna.
- Drugi z Apostołów, który podobnie jak nasz mistrz należy do publicznej gildii. No tak, słynny wojownik z Delicate Saints, Eneash Baldash. Nie twierdzę, że wszyscy są tacy, ale niektórym to stanowisko daje osobistą nietykalność podczas spiskowania. Cholera wie, czego Ethan szukał w podziemiach naszej biblioteki. Nikt tak naprawdę nie dał mu na to pozwolenia.
- Podziemia biblioteki? Hm… brzmi całkiem znajomo. – odparł Theta, spoglądając z lekką nieufnością w stronę Patricii.
- Mam wrażenie, że Naomi chciała was skłócić, ale nie mogę pojąć dla czego. – stwierdziła Grace. – To ona się mnie wyparła, nie ja jej… ja naprawdę chciałam, żeby wszystko potoczyło się inaczej. Może się na mnie odgrywa, a może jest na rozkazach swojego ojca… Może szykuje coś większego…może… - tu przerwała. Olbrzymi huk przeszedł rozbrzmiewając po całej jaskini. Łatwo można było wywnioskować, że sprawy potoczyły się lekko nie po myśli naszych bohaterów. Wszelkie zmrożone fragmenty skalne rozpoczęły ze sobą nieprawdopodobną kłótnię. Lodowe kondygnacje przestawały radzić sobie z ogromnym rozbłyskiem magii, egzystującym w pomieszczeniu od czasów stopienia demonicznego kryształu. Jaskinia nieuchronnie zmierzała ku zawaleniu się.
- Chłopcy…i… dziewczęta… Moje dzieci… Wygląda na to, że pora się pożegnać. – odparła Grace ze smutkiem. Dove i Coldian byli w znacznie gorszym stanie, gdyż kolejny raz przeżywali to, co miało miejsce podczas ostatniego rozstania ze swoją mistrzynią. Oboje milczeli, Patrzyli na niszczejącą jaskinię z jednoznacznym wzrokiem. Byli rozbici, a z ich oczu można było nawet wyczytać, że pragnęli tu zostać razem z Grace.
- SABERHAIL I GOLLY, DO CHOLERY. – krzyknęła kilka razy głośniej. – Weźcie się w garść. Nie myślcie tylko przeszłością! Przed wami naprawdę wymagająca przyszłość i wspólnymi siłami będziecie musieli zrobić wszystko, co w waszej mocy… BY MNIE NIE ZAWIEŚĆ! – kontynuowała swoją wypowiedź.
Ciężko opisać, co działo się obecnie w sercach przyrodnich braci. Powiedzenie, że byli smutni, byłoby zdecydowanie za mało konkretne. Czuli wiele negatywnych emocji, bardzo przeżywali swoją ostatnią przygodę, ale jednak… widzieli w tym wszystkim jakieś promyki nadziei. Ich świat nie skończył się jeszcze. Mieli w nim do odegrania swoje pięć minut, tym razem zjednoczeni, zgodni i pełni bojowej werwy.
- Wierzę, że kiedyś uda Wam się przywrócić Naomi uczucia. Wierzę, że sprostacie Siriusowi. Musicie po prostu mieć więcej nadziei. Jeśli weźmiecie się w garść będziecie w stanie poczynić naprawdę wielkie rzeczy! Kocham was, chłopcy! Kocham Was, wielcy magowie z Delicate Saints i The Rex Tales! Zawsze… będę w waszych sercach! – zapewniała.
- Proszę Pani… Wie pani jak wyjść z tej jaskini? ..Albo przynajmniej przeteleportować się?......Albo przenieść się w czasie? – zadał szybką serie pytań Theta. Niestety, było już zbyt późno na uzyskanie odpowiedzi.
Grace po kilku chwilach rozpłynęła się w powietrzu. Theon przemienił się w skalnego golema i pochwycił swoimi łapskami wszystkich magów. Prawdopodobnie w jednym z ostatnich możliwych momentów udało mu się wydostać na zewnątrz. Czekały już tam niezbyt zadowolone Arktoidy. Saberhail obiecał im odszkodowanie za wszelkie zniszczenia, wynikłe z jego szaleńczych działań. Golly podchodził jednak dość sceptycznie do jego słów. Przeczuwał kolejny przekręt i manipulacje związane z alchemią.
Czy myślenie Coldiana uległo całkowitej zmianie? Czy jego życiowe priorytety zostały przewartościowane w pozytywnym znaczeniu tego słowa? Ciężko stwierdzić jak było naprawdę. Coś było jednak pewne – okazywał teraz znacznie większą pokorę. Nie był już tym samym narcyzem, stojącym w opozycji do wszelkich realiów tego świata. Był kimś więcej, kimś kto zaczął dostrzegać swoje prawdziwe wady i zalety.
Minęły trzy tygodnie. Odbudowa Alphadorei trwała jeszcze przez jakiś czas. Do gildii doszła wiadomość o tajemniczym zniknięciu Hanka Chestershire. Wszyscy byli zdołowani. Nikt nie wiedział, co myśleć. Niektórzy dopatrywali się w tym działania sił boskich, a Sigma wyciągnął nawet wniosek, że arcymag destrukcji zaginął w jakiejś poważnej akcji. Myślano, że nadejdą teraz dni spokoju, które choć trochę unormują przykrą atmosferę w The Rex Tales. Niestety… i to mijało się z prawdą. Wkrótce nadeszły kolejne przykre wieści – o śmierci Keitha Drake’a i Sorrowinda Tree. Zaczęto przewidywać, że gildię czeka długotrwała żałoba.
Plotki donosiły o listopadowej rewolucji w Ascadii, na której czele miał stanąć podobno Casius Nathaniel Silver. Dove miał łzy w oczach, gdyż wiedział, że wszelkie hasła swojego przyjaciela o obalaniu Diesela zaczynały powoli przybierać na znaczeniu. Nie okazywał tego, ale w głębi serca również był szczęśliwy. Zaakceptował rozstanie z Grace.
Golly i Saberhail pogodzili się. Choć początkowo nie mogli się przemóc, to jednak po jakimś czasie wrócili do braterskich stosunków sprzed lat. Nadeszły dla nich piękne dni, w których paradowali praktycznie rozebrani po wszystkim, co swoim zimnem paraliżowało całą żywą okolicę. Cieszyli się, że wreszcie ich walka przyniosła sens. Wiedzieli, że mogą na siebie liczyć.
Okazało się, że Grace nie zostawiła ich tylko z pustymi, choć pięknymi słowami. Wszystkich, obecnych tego pamiętnego dnia w lodowej jaskini, obdarzyła błogosławieństwem zza światów, które w sposób wystarczający zrekompensowało czas, związany z walką obu gildii.
Ogłoszono sojusz między Delicate Saints i The Rex Tales. Od teraz obie gildie miały pomagać sobie z każdym nadciągającym zagrożeniem. Królowa Alphadorei, a zarazem mistrzyni pierwszej z organizacji, zwana potocznie Babcią, zaprosiła magów Van Slotha na urlop w swoim mieście. Theon przyjął do gildii Sapphire i Emmę, śmiejąc się przy tym w myślach z Casiusa i Francisa, których upatrywał w roli potencjalnych kandydatów do ręki dwóch nowych i co najważniejsze – wolnych członkiń gildii.
Zasłużony odpoczynek, piękna, prawie sielankowa atmosfera i wreszcie – dość niecodzienny czas braku wyrzeczeń… nie trwały jednak w nieskończoność.
Tego dnia Golly i White grali w magiczne szachy. Dove początkowo proponował, że będą to szachy rozbierane, ale w jednym momencie zaprzestał niemoralnych propozycji, gdy uświadomił sobie, że skierował je ku osobie, która nie ma zbyt wiele wspólnego z wszystkim co lodowe i mroźne.
- Przegrywasz, jełopie. – mówił Cheeses. W zasadzie… ciężko było zaprzeczyć. Theon masakrował Golly’ego w grę, którą zresztą ten sam zaproponował. Wizja zapłaty swojemu przeciwnikowi 1000$ stawała się powoli coraz bardziej rzeczywista. Kogut nerwowo przeżuwał ślinę i począł się zastanawiać nad swoim kolejnym ruchem. Iście detektywistyczna dedukcja miała jednak zostać wkrótce przerwana. Ktoś bowiem postanowił użyć magii Guild Call.
Fakt, nie wspominałem jeszcze na jakich zasadach opierało się używanie tejże magii. Przede wszystkim – były dwie strony. Jedna znacznie mniejsza, bo dzwoniąca i druga… odbierająca. Los chciał, że Guild Call odzywał się w zupełnie niespodziewanych momentach, więc niczym dziwnym nie było poczucie jego używania będąc w toalecie, podczas jedzenia frytek, albo walczenia z przeróżnymi kreaturami Endlessness. Stroną dzwoniącą prawie zawsze był Guilermo Clarence, grabarz, a zarazem gildyjny łącznik. Osobami, które mu towarzyszyły, były zazwyczaj osoby, które chciały nadać jakiś komunikat. Poczucie gildyjnego połączenia nie należało jednak do najłatwiejszych przeżyć. Było dość bolesne i wiązało się z lekkim, zupełnie niespodziewanym bólem głowy. Co ciekawe, zależało również od magicznego zasięgu i czasami trzeba było dzwonić kilkukrotnie, ażeby dostarczyć wiadomość do wszystkich. Głośność magicznego komunikatu regulowano z pomocą zaklęciowego mikrofonu, którego zadaniem było rozbrzmiewanie w myślach członków gildii. Jeśli rozmowa się kleiła, a słyszące jej osoby dołączały – tym razem słownie do konwersacji, zawsze mogły być słyszalne przez innych. Zapewne, dałoby się opracować mniej bolesną formę zaklęcia, ale chyba nikt nie miał na to głowy. Clarence i Danceny nie przepadali za sobą, więc właśnie dlatego realizacja czaru wyglądała tak, a nie inaczej. Komunikaty były przeróżne, często bardzo dziwne i będące formą żartu. Nierzadko dało się słyszeć rozbawionego Fausta, który na forum całej gildii zarzekał się, że Theonowi śmierdzą stopy, albo że Ryana prześladują P O T Ę Ż N I homoseksualiści, choć jasnym było, że nie do końca pojmował jeszcze znaczenie większości słów z ostatniego przykładu.
Nowa wiadomość okazała się zgoła odmienną. W myślach członków gildii rozbrzmiał słodki jak zawsze, lecz tym razem lekko zniechęcony głos Holy White. Łatwo dało się wywnioskować, że dziewczyna płacze.
- Co się stało, Holy? – spytał Theon.
- Nie mogłam się wcześniej z wami skontaktować. Znowu zaburzenia zasięgu. Nieistotne. Wracajcie do miasta, to chyba wojna… - załkała.
- Co, czekaj, jak to?! – nie mógł zrozumieć Cheeses.
- Izzy Van Sloth i jego Closed Sacrament wkroczyli zbrojnie do miasta.
- A to przebrzydłe dziady! – zauważył Dove.
- To nie wszystko. Zostaliśmy zdradzeni. Adam Van Sloth i Thunder Gods dołączyli do oddziałów wroga.
- Ożesz Ty w mord… - nie dowierzał Dove.
- Nad miastem krąży smok. Podejrzewamy, że to Izzy. Alphatown odmówiło pomocy ze względu na śmierć Keitha. Wygląda na to, że jesteśmy w tej wojnie sami. Nie jestem pewna, ale być może to moje ostatnie słowa. Sama nie wiem, ile jeszcze wytrzyma Lyonhall. Błagam… - tu przerwała. Połączenie zakończyło się niespodziewanie pod wpływem nieprawdopodobnego huku.
Pokój zabaw w krótkim czasie wypełnił się pozostałymi członkami gildii przebywającymi obecnie w Alphadorei. Wszyscy odczuwali wielki ból wewnętrzny.
Ciężko jednak stwierdzić, co najbardziej podcinało wszystkim skrzydła – czy smutne słowa Holy, wieść o zdradzie Adama, czy też samolubna decyzja CCS. Mało kto patrzył teraz pozytywnie w przyszłość. Wszystko zdawało się wielką, przykrą niewiadomą.
- Zaufaliśmy im, a oni…
- Chyba się na nas wypięli. Świat jest niewdzięczny, moi drodzy. – stwierdził ponuro Luke.
- Żebyś wiedział, panie Sharp… żebyś wiedział… - potwierdził jego słowa Theon.
- Sapphire, nie martw się. Jesteśmy teraz silniejsze. – zapewniała Emma. – Ten dewiant… Izzy odpowie za wszystko co nam zrobił. Jeśli będzie trzeba… to własnoręcznie wydrapię mu oczy.
- To kochane, Em… - odparła ze smutkiem smocza czarodziejka światła.
- A ja myślę, że powinniśmy najpierw przekalkulować jakie mamy szanse. Oni mają smoka, mają Wnuczka, mają… - zastanawiał się Theta.
- Słyszałam że w ich gildii jest jakiś ciemny oblech z wąsem. – stwierdziła Ava.
- Całkiem przyjemnie… - stwierdził Dove.
Przez kolejne kilka minut zastanawiano się nad planem odsieczy. Rozmowy były skomplikowane i burzliwe. Nie obeszło się również bez niecenzuralnych słów i określeń w stylu „kurczę pieczone”. Obrady postanowiło jednak przerwać pojawienie się zupełnie niespodziewanego gościa. W drzwiach pokoju stanął Coldian Saberhail.
- Babcia odebrała list z Eldshire. Zapewne już wiecie, co? – spytał. Nikt jednak nie był w stanie mu odpowiedzieć.
- Przykro mi, Kochani. To naprawdę… - próbował przejść do sedna swojej wypowiedzi, jednak nie mógł za bardzo się wysłowić.
- Delicate Saints wspomoże The Rex Tales w walce. Golly, szykuj się. Trzeba skopać kilka ciemnych tyłków.
- A oddasz mi miśka…?
- Heheh… Pomyślę… - zaśmiał się po przyjacielsku Coldian.
Hank Team Mroczne niebo wydało z siebie piorunujący ryk, który runął na ziemię, niczym boski, olimpijski piorun samego Zeusa. Rozpętała się burza. Ponurą, cmentarną panoramę rozjaśniło pojawienie się nieprawdopodobnie szybkiej fioletowej smugi, zdającej się zaginać czas i przestrzeń... trwać w kilku miejscach jednocześnie.
Tajemniczy wybawiciel pochwycił osłabione ciała trójki magów z The Rex Tales i przeniósł je w miarę bezpieczne miejsce. Hank otworzył oczy. Ujrzał dziwnie wyglądającego osobnika w fioletowym garniturze. Miał długie, błękitne włosy, przykryte z góry czerwonym kapeluszem.
Twarz niecodziennego gościa zasłaniała biała, jakby karnawałowa maska z wymuszonym uśmiechem.
Jego głos rozbrzmiewał jedynie w myślach trójki Bohaterów. Był ciepły, łagodny, lecz przejawiający równocześnie gotowość do rywalizacji.
- Patryk, dziadu. Nie możesz się teraz poddawać. Całe życie przed Tobą. Tyle zbanowań Arta, tyle germanizacji... tyle... P O T Ę Ż N E G O STUDIOWANIA...
- Co?! Czekaj... nic nie rozumiem... mówisz tak samo jak ten... Hurricane, to Ty?!
- Bonsoir! Pora wziąć się w garść. Przed nami naprawdę wymagająca rywalizacja. Kości... zostały rzucone!
Skonfundowany Hank początkowo myślał, że trafił do tego "lepszego" świata, o którym tak często opowiadali jego kompani z karczmy, do której niegdyś ochoczo chodził. Opowiadano w niej o pierwszej napotkanej istocie w kapeluszu. Jednakże wszystko wydawało się zbyt realne, aby to mogło być zwykłym przejściem na "lepszą" stronę. Hank czuł w kościach jeszcze niedawną potyczkę z Persefoną i mając w zanadrzu kilka pytań, bez wahania zadał je Hurricane'owi.
- Co mamy zrobić? - spytał zdziwiony całą sytuacją Arcymag Destrukcji, mający wg prawideł The Rex Tales poziom 131. – Czy jest szansa na to, że udałoby się jakoś wskrzesić Sorrowinda Tree? Był to jeden z najlepszych przyjaciół jakie dane było mi poznać. Tyle wspólnych chwil, tyle opowiadań... - Hank nie wytrzymał, zaczęły płynąć mu łzy z oczu, które wszystkich (prawie) wprawiły w osłupienie.
- To nie czas na takie rozmowy… - odparł ponuro Hurricane.
- A Właśnie, że to ten czas! – zaprotestował Hank, czując się przy tym jak małe dziecko, chcące udowodnić rodzicom swoje racje. Nie ma się co jednak dziwić. Chestershire był zniszczony – zarówno psychicznie jak i fizycznie. Wszystko było mu już obojętne. Nie obchodziła go reakcja jego wybawiciela. Miał ją w nosie. W tym momencie interesowali go tylko jego polegli przyjaciele i Sorrow, który był ponad nimi wszystkimi.
- Hurricane, my… Ja, Hank i Zei… naprawdę chcemy Ci zaufać – zaczęła Julia. – ale… wciąż nie wiemy, po jakiej jesteś stronie, po co robisz to wszystko…
- To nieistotne.
- Masz coś do ukrycia, rozumiemy to, ale nie możesz przez całe życie stać w ciemności. – odparła Zei. – Czujesz się wybawcą, czekasz na oklaski, ale my… mamy mnóstwo pytań. Dlaczego przybyłeś akurat w tym momencie? Dlaczego nie uratowałeś matki z dzieckiem, błagającej o litość? Ty również jesteś odpowiedzialny za śmierć Sorrowa, Keitha i Freyi! – kontynuował Hank.
- Meh, a chciałem po dobroci… - stwierdził Hurricane lekko zniecierpliwiony. Miał już wyraźnie dość pretensji magów ze swojej gildii. Kolejny raz przybrał formę iskrzących się fioletowych ogni i pomknął w znanym sobie tylko kierunku. Powrócił po kilku sekundach, nim ktokolwiek zdążył spostrzec jego zniknięcie. Bez ani chwili zawahania wpakował wszystkim do ust butelki na kształt tych, w których zazwyczaj mieściły się mikstury życia i regeneracji many. Znajdujący się w nich napój nie był jednak ani czerwony, ani niebieski. Miał złotą barwę, z której na zewnątrz wszelkimi możliwymi sposobami próbowała wybijać się elektryczność.
- To boski napój, dający pełną regenerację, roboczo nazwany Jabko-mintą Frankensteina. Najlepsze w nim jest to, że jeśli zaczniecie go pić, to nie będziecie w stanie przestać. – tłumaczył tajemniczy przybysz. – Heheh, no tak, wiem jak to brzmi, ale zaufajcie mi. To mikstura przywrócenia, a nie coś, co może uzależniać. Nie może zwrócić życia, ale może uratować tych, którzy rychło pragną zakończyć swoją ziemską egzystencję.– mówił dalej.
W rzeczy samej, w jakiś niewytłumaczalny, magiczny sposób, cała trójka nie mogła oderwać ust od butelek. Ich ciała regenerowały się, a widoczna w ich oczach wola walki dowodziła przywracanie magicznych sił.
- Umówmy się tak. Nie będę więcej nikogo alkoholizował, a gdy sprostamy Persephone… postaram się odpowiedzieć na wszystkie wasze pytania, a przynajmniej w taki sposób, w jaki będzie to póki co możliwe. Teraz liczy się współpraca. Więcej teraźniejszości i przyszłości, mniej przeszłości. – zaproponował. Hank, Julia i Zei spojrzeli nieufnie na siebie, po czym wypiwszy niecodzienny napój do dna, wyrzucili przed siebie magiczne butelki.
- Na pewno otrzymamy wszystkie odpowiedzi? – upewniał się Hank. Jego rozmówca nie zareagował jednak jakoś szczególnie na te słowa. Pytanie uznał za retoryczne i przemilczał czas dany mu na odpowiedź. Od kilku wyraźnych chwil jego wzrok tkwił w jednym konkretnym punkcie. Wiele wskazywało na to, że czemuś się przyglądał. Chestershire, Julia i Zei szybko doskoczyli do osobnika w fioletowym garniturze. Deszcz przemoczył już wszystkie ich ubrania, ale nie zamierzali rozpaczać nad brakiem komfortu. Potworna burza bombardowała piorunami wszystko to, co przez spory okres czasu było cmentarzem. Przyrównać ją można było do płaczu umarłych, którym jakaś przebrzydła piekielna siła zniszczyła to, co było ostatnią pamiątką tego, że kiedyś sami chodzili po tym świecie, tego że sami kochali i sami walczyli o swoje ideały. Hurricane spoglądał na czarną panią, kroczącą w ciemnych zawistnych mrokach, coraz częściej rozjaśnianych przez majestatyczne światło błyskawic. Spoglądał w jej oczy. Ciężko stwierdzić, co naprawdę w nich widział, ale stracił przez to znaczną część pewności siebie. Ślepia demonicy miały w sobie to coś.
Hank dostrzegał w nich wszelkie koszmary i lęki swojego życia. Czuł, że egzystują w obrębie jego pola widzenia i niemal jednogłośnie przeklinają wszelkie jego nadzieje na lepsze jutro. Chestershire na pierwszy rzut oka nie wydawał się kimś łatwym do złamania, ale jednak – Persephone udało się wymierzyć mu kilka bolesnych ciosów, które zadały mu ból ciężki nawet do opisania. Cóż takiego mógł widzieć więc w oczach Pierwszej sam Hurricane?
Może były to przyczyny jego ziemskiej wędrówki? Wyjaśnienie dlaczego musiał ukrywać się pod maską? A może widział wszystkie osoby, których nie udało mu się uratować? To wiedział już chyba tylko on.
- Julka, musimy jeszcze raz otworzyć Bramę. – westchnął tajemniczy arcymag.
- Jaki ma to sens? – próbowała zrozumieć dziewczyna. – Kamień filozoficzny rozpadł się wraz z przybyciem Persephone!
- Dusze nie znikają tak po prostu. Ich żywot nie zakończył się wraz z powrotem Pierwszej. One wciąż tu są. Wciąż czekają, ażeby ponownie ruszyć do boju.
- Nieśmiertelni wikingowie! O tak! – lekko uśmiechnęła się Zei.
- Persephone zamknięto przed laty w całkiem podobny sposób. Możecie nie wierzyć, ale byłem przy tym. – odparł Hurricane.
- Znałeś Esterię i Magnusa? – spytał Hank.
- Może tak, może nie. To nieistotne.
- W takim razie do rzeczy.
- Wzrok Persephone jest niczym w porównaniu do tego, co już wkrótce nadejdzie. Niedługo cała okolica zostanie nim napromieniowana do tego stopnia, że wszelkie nasze bóle życiowe zyskają własne istnienie. Staną się całkowicie realne i zniszczą nas od wewnątrz. Persephone dokona tego, czego pragnie najbardziej – sprowadzi ze sobą na piekło na ziemię i każe wszystkim do końca swojego wiekuistego istnienia przeżywać swoje najgorsze koszmary.
- To dlatego nas nie atakuje?
- Niepokoi się. Nie wie o eliksirach. Nie rozumie tego, co właśnie ma miejsce. Nie wie też do końca o mnie. To… skomplikowane... Przypomina bardziej małą, rozkapryszoną dziewczynkę, która ma szlaban, nienawidzi wszystkiego i wszystkich i poprzysięga zemstę na całym świecie.
- Tak więc… co musimy zrobić?
- Posłuchajcie uważnie. Realizacja planu graniczy z cudem, ale nie jest niewykonalna. Po prostu wymaga wybuchu nieprawdopodobnie potężnej ilości energii, która na chwilę załamie czas i przestrzeń. Przy dobrym układzie nie zginiemy, a Persephone będzie musiała stawić czoła swojej wersji sprzed lat, patrzącej na świat tym samym, przenikliwie mrocznym wzrokiem. Musimy stworzyć Lustro Paradoksu, w które spojrzy Pierwsza. Spojrzenie w swoje własne oczy złamie ją na zawsze.
- A co później?
- Później… razem z Julią zrobimy kolejną niewykonalną rzecz. Zniszczymy istotę nieśmiertelną. – zapewnił. Dziewczyna spojrzała na niego z niemałym zdziwieniem i nerwowo przełknęła ślinę.
- Ale że co? Że my? Że jak? A może to lepiej z kimś no… nie wiem… innym?
- W zasadzie tylko częściowo rozumiem… - wymamrotał Hank.
- Nie skończyłem jeszcze omawiać planu. Prosiłbym o zachowanie spokoju. Persephone spojrzy w Lustro Paradoksu, co ją złamie, ale nie w taki sposób, w jaki wam się wydaje. Wtedy naprawdę czeka nas ostra jazda bez trzymanki. Będą mieć miejsce rzeczy, o których nawet nie śniliście. Być może zobaczycie samo piekło, a może najpotężniejsze demony, nawiedzające ten świat od zarania dziejów… Zanim odbudujemy czas i przestrzeń, będziemy jeszcze przez jakiś moment… w stanie podwójnie otworzyć portal. Ważne, żeby obie bramy otwarły się w podobnej odległości. Jedna przed Persephone, a druga…
- Za nią.. - stwierdziła milcząca do tej pory Zei.
- Dwie armie nieumarłych, które stworzył kamień filozoficzny, ruszą bezpośrednio na nią i jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem – rozszarpią ją na części.
- Wow, Hurricane, Ty również potrafisz otwierać Bramy?
- Tak, ale potrzebuję w tym Twojej mocy. Efekt Paradoksu zadziała tylko wtedy, gdy Ty jako pierwsza otworzysz współczesną Bramę.
- A gdyby rzucić to wszystko w cholerę i… - nie wytrzymywał Hank.
- Lustra paradoksu, bramy paradoksu… Spojrzenia w lustro… Hurricane, Ty mnie chłopie chyba upiłeś tym Frankensteinem… - dodał chwilę później.
Persephone wciąż kroczyła w kierunku czwórki naszych bohaterów. Za jej plecami unosiła się niebotycznej wielkości fala cienistych wyładowań. Przenikała znaczną część widzialnego nieba, pożerając na swojej drodze wszelkie rozpaczliwe błyskawice, którymi sklepienie niebieskie wciąż próbowało się bronić. Ten, kto bliżej przyjrzałby się nieprawdopodobnemu magicznemu zjawisku, byłby nawet w stanie dostrzec z nim swojego rodzaju trąbę powietrzną, wirujące czaszki, kości, miednice i jeszcze większą warstwę prochu. Czarna pani spoglądała już na magów z The Rex Tales. Jej złowieszczy uśmiech zapraszał do podjęcia się walki.
- Cholera, nie mamy czasu. – odparł z lekka wybity z rytmu Hurricane. – Będziemy robić wszystko na bieżąco. Będę mówił, co mamy robić!
- Ok… - stwierdził Chestershire.
- Hank, lubisz bombardować, miażdżyć i niszczyć, prawda?
- Niektórzy tak sądzą.
- Świetnie. Wszystkimi możliwymi sposobami będziesz musiał próbować zniszczyć, to co już wkrótce zaiskrzy w powietrzu. Wyrzuć z siebie cały gniew.
- Z czym przyjdzie mi się mierzyć?
- Nic wielkiego. Rozpędzę się do granic swojej możliwości i spróbuję w sensie praktycznym zagiąć czas i przestrzeń. Stworzymy Lustro Paradoksu. Najlepiej, gdybyś wypełniał wszystkie wolne luki, w których nie będzie błyskawic, ale nie musisz się przejmować. Możesz walić jak leci, Twoje zaklęcia i tak wiele mi nie wyrządzą.
- Brzmi interesująco.
- Gdyby jednak były silniejsze niż myślę, tutaj przyda się Księżniczka Lorelei. Będzie mnie na bieżąco leczyć.
- Ma się rozumieć… - odparła Zei.
- Hurricane, jesteś szalony, wiesz o tym? – nie pojmowała Julia.
- Ciągle to słyszę. Właśnie tacy muszą być Posłańcy. – stwierdził znacznie cieplejszym tonem.
Persephone przeczuwała już nadciągające zagrożenie. Pierwsze, rozpoznawcze kule cienistej energii runęły w stronę The Rex Tales, ale zablokował je rozbłysk fioletowych, skrzących się błyskawic, które uznały ten ruch za sygnał do rozpoczęcia swojego szalonego tańca po przestrzeni.
- Patryk, bracie! Dawaj! Wierzę w Ciebie. – odparł Hurricane, po czym zamilkł na dłuższy moment. Rozpoczął się szaleńczy bieg podróżnika w czerwonym kapeluszu. Mgliste powietrze, niepochłonięte jeszcze przez wieczną ciemność zaczęła zapełniać nieprawdopodobna figura geometryczna, przypominająca chyba największe lustro, jakie kiedykolwiek widział świat. Hank otrząsnął się dopiero po kilku chwilach, kiedy międzywymiarowe nożyce robiły wszystko, by przerwać w odpowiednim momencie całą czasoprzestrzeń. Chestershire wiedział co robić, więc począł używać swoich najpotężniejszych zaklęć. Wszelkimi znanymi sobie czarami bombardował prawdopodobnie jedyny jaśniejący już teraz obiekt w okolicy.
- Hank… ostrożnie… - polecała Zei. Chestershire nie chciał jednak słyszeć jej słów. W swoich myślach wciąż miał zdanie zuchwałego arcymaga, który zapewniał, że jego ataki nie przyniosą mu zbyt wielkich szkód. Był wściekły. Krzesał nieprawdopodobnie silne pociski destrukcji i jak oszalały ciskał nimi w ruchomy cel. Zaczął powoli tracić zmysły. Chciał, żeby Sorrow, Freya i Keith wrócili. Znowu całą winą za ich zniknięcie obarczał Hurricane'a. Przekonywał sam siebie, że to on, a nie Persephone, był tak naprawdę sprawcą tak wielkiego cierpienia.
- HANK!!! – nie wyrabiam z leczeniem. – próbowała przemówić mu do rozsądku Lorelei. Hank i tym razem nie ustępował. Kontynuował serię zabójczych uderzeń, a z jego ust, pogrążonych w szaleńczym grymasie dało się wyczytać powtarzalną słowną sekwencję… - „To Twoja wina”. Skrząca się smuga zaczynała powoli tracić na prędkości i nikt, nawet narrator nie miał zielonego pojęcia co mogło stać się już wkrótce.
Przykro mi, czytelniku, że musisz to wszystko czytać. Dzisiaj rozpisałem się chyba najbardziej ze wszystkich czasów. Zapytasz pewnie, jak się z tym czuję, więc odpowiem, że nijak. Kończę kolejny rozdział opowieści o wielkich bohaterach, którzy w swoim życiu wyznawali idee, jakich naprawdę brakuje w tym świecie.
Pomyślisz pewnie, że moja proza nie ma żadnego odzwierciedlenia w rzeczywistości, że siła przyjaźni jest oklepana i pewnie nie ma prawa zaistnieć gdzieś więcej jak w książkowym, czy filmowym świecie…. Pozwól więc, że Cię zaskoczę. Twoja teoria będzie słuszna jedynie wtedy, gdy sam nie spróbujesz. To właśnie tacy pesymiści poddają się najłatwiej, są bierni, uważają się za nic wobec rozpędzonej kolei życia, a tak naprawdę mają wielkie możliwości. Uwierz mi, wspólnymi siłami jesteśmy w stanie robić naprawdę wielkie rzeczy. Nasze sny i marzenia nie muszą być jedynie imaginacją. W bardzo łatwy sposób możemy je zrealizować. Pomyślisz, że to trudne, skomplikowane, a może nawet niewykonalne, ale tak naprawdę - wystarczy jedna, zupełnie niezobowiązująca rzecz… Wystarczy uwierzyć, że Twoja misja ma sens i właśnie w takim nastawieniu kroczyć przez kolejne dni swojego życia.
Przerywkowy fragment w stylu „Jesteś Zwycięzcą” uważam za zakończony. Wróćmy więc do ciężkiej i traumatycznej opowieści o Hanku Chestershire, P O T Ę Ż N Y M gościu w fioletowym garniturze i dwóch pięknych paniach, które… wbrew pozorom miały uczucia.
Tak jak wspominałem, fioletowa smuga zaczęła zwalniać. Persephone obserwowała ją z tym samym od kilku minut złowrogim uśmiechem. Pierwsza najwyraźniej, podobnie jak Ty, czytelniku, zwątpiła w poczynania czwórki naszych bohaterów. Bo tak logicznie patrząc, kto normalny byłby w stanie przeciąć czasoprzestrzeń z użyciem biegających nożyczek i serii ładnych wybuchów? Fakt, może wystarczyłoby to na zrównanie z ziemią większego miasta, ale wciąż byłoby raczej niczym w porównaniu do górnolotnych, wyższych spraw i kwestii.
Pamiętasz jak poruszaliśmy temat o życiowej nieobliczalności? Taak, cały czas o tym smęcę. Musisz jednak wiedzieć, mój czytelniku, że we współczesnym pędzie życia naprawdę ciężko… zaplanować cokolwiek. Praktycznie zawsze zdarzy się coś, co zaburzy Twój doskonały, mistrzowski plan. Może być to zła pogoda, może być to wkurzający kolega, i możesz być to również Ty sam. Nasze myśli są strasznie ulotne i dość często ulegają zmianom. Jeśli możesz z tym walczyć, jesteś silny, ale zapewniam, nie wszyscy są w stanie. Czasem dajemy się ponieść emocjom, czasem ulegamy życiowym refleksjom i zapominamy o swoim życiowym planie i powołaniu. Czy to dobrze, czy źle? Chyba raczej dobrze. Na pewno zanudziłbyś się na śmierć, gdyby dane było Ci ciągle odnosić sukcesy. Życie nie jest bajką, ale w pewnym sensie też dba o Ciebie. Nie chce, żebyś się zanudził i robi wszystko, by każdy dzień był inny.
Życiowa nieobliczalność dopadła również naszych bohaterów, ale… spokojnie! Nie było aż tak źle, jak można było to odbierać. Zapewne pamiętasz, jak wspominałem o tym, że Hank się zapędził. W rzeczy samej – dokonał tego. Przeciętny czytelnik past niejakiego Doktora mógłby z łatwością stwierdzić, że coś w nim wybuchło. Miałby w tym przypadku rację. Odwieczne teorie filozofów podchodzą do sprawy jednak w sposób raczej uzdrawiający. Ich ponadczasowe myśli, w miarę wspólnie, choć z sporadycznie z lekkimi odstępstwami, głoszą równoważenie się obu płci. Odwołajmy się więc do przykładu przeciętnego, stereotypowego małżeństwa, w którym to mężczyzna jest głową rodziny. Feministki muszą mi wybaczyć. Użyłbym innego modelu kochających się społeczeństw, ale najzwyczajniej w świecie mi się nie chce. Cóż poradzę, leń ze mnie cholerny i chyba nic z tym nie zrobię. Wracając jednak do rozpoczętego wywodu: mężczyzna w imię tej teorii zdaje się być kimś silnym, często porywczym, w głębi serca czującym, ale na zewnątrz tego nie okazującym. <tududu tududu> Kobieta natomiast ma go równoważyć i powstrzymywać przed najgorszymi decyzjami w życiu, które swoją droga przychodzą mu całkiem łatwo przez ciężkie do opanowania emocje. Przełóżmy sytuację więc na grunt mniej teoretyczny, a bardziej praktyczny i posłuchajmy o tym, co miało miejsce później.
Hurricane zaczął słabnąć, wszelkie pretensje i krzyki Zei nie pomagały, a Persephone wciąż szczerzyła swoje przebrzydłe, jakby antyczne kły, czekając, aż jej ofiary same się pozabijają. No i cóż, przyszła kolej na słynne zdarzenie z kategorii – „którego nikt się nie spodziewał”. Kogo podejrzewacie? Noo? Kogo? Kto do tej pory nic nie robił i milczał, czekając na dalsze elementy planu gościa w kapeluszu? Ach… Dokładnie.
Hank dostał solidną kosę w żebro, a wszystko za sprawą córki dzielnego psa Reksia i Kari Maty Hari, posiadającej dwoje imion – Julia i Aurelia. Chestershire osunął się na ziemię ze znacznym grymasem na twarzy, anulując kolejne, niebezpieczne już dla zdrowia sprintera zaklęcie. Dostał chirurgicznie precyzyjny cios, który niczym piorun pokazał jego miejsce w szeregu, pokazał, ze przyjdzie jeszcze czas na osobiste rozrachunki.
- Przepraszam Julio. – odparł Hank, po czym z zakłopotaniem spojrzał w stronę zaniepokojonej dziewczyny. Dziwiło go, że była w stanie znokautować go jednym, właściwie nic nie znaczącym uderzeniem, ale w pewnym sensie również mu to zaimponowało. Był wdzięczny, że pozwoliła mu w porę się powstrzymać. Bladą twarz Julii już niemal całkowicie pokryły łzy. Jej włosy, rozwiane, jakby po przejściu kilku trąb powietrznych, wciąż w niewytłumaczalny sposób tworzyły piękną, trwającą kompozycję. Wyrażały jej heroizm i ciągłą gotowość do walki. Majestatycznie wyróżniały się spośród mroku i zabójczego ognia, wyrywającego właśnie bramy czasoprzestrzeni.
- Cholera, Patras… - Masz Ty uderzenie… - odparł Hurricane, po czym zaprzestał swojego szaleńczego tańca po przestworzach. Wiele wskazywało na to, że jego portal był już gotowy.
- To nic w porównaniu do niektórych osób…
- Heheh, dziękuję za leczenie Zei, bez Ciebie ten wariat pociąłby mnie na drobny mak.
- Cała przyjemność po mo.. naszej… stronie.
- Co teraz? – spytała Julia.
- Teraz zacznie się prawdziwe przedstawienie. – zachichotał, odzyskawszy pewność siebie. Rozżarzony wyłom czasu i przestrzeni zdawał się czekać na realizację kolejnych punktów nieprawdopodobnego planu. Osoby, patrzące szerzej na świat, byłyby w stanie przyrównać go do małego pieska, który ledwo co przyszedł na świat, a teraz stał przed Tobą, czytelniku i patrzył na Ciebie swoimi pięknymi ślepiami z dołu. Jeśli więc założymy, że w tym przypadku kundel miałby czekać na jedzenie, to na co mogłaby czekać nowo powstała wyrwa…? Odpowiedź była znacznie prostsza niż mogłoby się to wydawać. Zarówno przedmiot z historii, jak i hipotetyczny zwierzak z zaprezentowanej metafory, czekały na jedną rzecz – na coś, co w jakimś stopniu pobudzi ich życie, zachęci do dalszego funkcjonowania.
Hurricane wykonał kilka obrotów wzdłuż osi nowo powstałego wyłomu, po czym rozżarzony na tysiące, albo nawet miliony cholernych i przerażających świateł, runął w samo centrum swojego wynalazku. Serca Hanka, Julii i Zei zabiły kilka razy szybciej, w przeciwieństwie to tego Persephone, martwego już od dobrych kilku stuleci. Stało się coś, na co wszyscy czekali. Posłaniec Zmierzchu zrealizował kluczową część swojego planu i wytworzył mistyczną kreację, zwaną roboczo Lustrem Paradoksu. Czasoprzestrzenny wyłom ukazywał walkę niecałej dziesiątki magów. Dało się w nim dostrzec wielkiego, zarówno rozmiarami jak i zasługami – ówczesnego króla Dark Vikings – Roderyka. Mężczyźnie towarzyszyło kilkoro zaufanych wojowników, a także trójka zupełnie inaczej wyglądających osób. Jedną z nich był kret o beżowym kolorze skóry. Odziany był w długi, brązowy płaszcz, średnio komponujący się z jego dość wątłą sylwetką. Z bohaterską odwagą zabezpieczał tyły armii i w nie robił w zasadzie niczego konkretnego w celu pokonania swojej rywalki. Bardziej żywą, maszerującą ramię w ramię z Roderykiem, częścią drużyny była dwójka, na pierwszy rzut oka zakochanych w sobie nastolatków. Oboje ubierali się zupełnie nieodpowiednio jak na swój wiek. On nosił szarawy frak i białe, krótkie spodenki do kolan, a ona, długą, sięgającą do ziemi srebrzystą suknię. Nie wiedzieć czemu, nie miała na sobie butów. Być może je gdzieś zgubiła, być może przysłużyły się one w walce o nieśmiertelność jej idei, albo najzwyczajniej w świecie – takie wyjście było dla niej po prostu wygodniejsze. Nie nam oceniać. Wizja to wizja, Prawda, Pszemku? Dziewczyna miała długie, złote włosy splecione w siedmioro pięknych warkoczy. Jego włosy były znacznie krótsze, lecz równie bujne i skłaniające do opisania ich w wielu, nieszablonowych metaforach. Trójka młodych była najpewniej Malcolmem Drake, Magnusem Leoline i legendarną założycielką gildii The Rex Tales – Esterią Lyonhall.
Piękna, towarzysząca ich marszowi panorama, już wkrótce została zmieniona w makabryczną, demotywującą czerń. Na horyzoncie dało się dostrzec niewyraźną, wynędzniałą istotę z długimi czarnymi włosami. Nosiła tę samą suknie, co obecnie Persephone i… jeśli wierzyć pierwszym odczuciom, najwidoczniej była wersją demonicy sprzed lat. Jej oczy zdawały się być swoistą puszką Pandory. Wraz z ich otwarciem na świat zaczęły wypełzać same przykre, tragiczne wręcz rzeczy. To jej ślepia zdawały być się źródłem zła na tym padole, czymś, co krzyżowało piękne idee nawet największych optymistów.
Rozżarzona smuga ponownie zatoczyła koło na międzywymiarowym lustrze i przybliżyła wszystkim obserwującym sylwetkę przedstawianej postaci. Nadszedł moment, w którym czarnej pani dane było skonfrontować się ze swoją wersją sprzed lat. Jeśli uważnie śledziłeś do tej pory rozgrywkę, wiedziałeś już pewnie, że miały temu towarzyszyć rzeczy wręcz potworne. Twarz obecnej wersji Persephone zmieniła się nie do poznania. Z jej oczu, niczym z małego górskiego źródła zaczęły sączyć się krwawe łzy. Na ustach demonicy rysował się grymas nieprawdopodobnego bólu i cierpienia.
- Cholera, co teraz? – spytał Hank. Fioletowa smuga opuściła szalejący okrąg i przybierając bardziej znajomą postać, stanęła ponownie przed trójką naszych bohaterów. Mężczyzna w garniturze był bardzo zmarniały. Jego postrzępiony ubiór w zasadzie mało przypominał ten, do którego wszyscy zdążyli już przywyknąć. Gdyby nie nienaruszony czerwony kapelusz i wciąż skutecznie zasłaniająca jego twarz maska, ciężko w zasadzie byłoby rozpoznać w mężczyźnie tego słynnego Posłańca Zmierzchu. Nie ma się co dziwić. Wszyscy już sporo przeszli, a walka, w jakiej brali udział, była prawdopodobnie jedną z najpoważniejszych w ich karierze.
- Dla własnego dobra… - zaczął Hurricane. – proponowałbym, abyście zamknęli oczy. – stwierdził.
- W jakim celu? – spytała zachowawczo Zei. Odpowiedź miała nadejść już niebawem. Przez pole bitwy przeszedł szaleńczy ryk Persephone, jakby zachęcający do przybycia wszystkiego co złe i demoniczne. Śmiercionośna ruchoma przestrzeń, krocząca za Persephone, zaczęła przeobrażać się w multum nieprawdopodobnych kształtów. Każdy widział w nich coś innego. Było tam to, co przerażało, to co wywoływało cierpienie, co było szablonowym elementem wszelkich wyśnionych koszmarów. Hank i Julia dostrzegali w nich osoby, których nie mogli w stanie uratować, uosobienia swoich życiowych nienawiści, utraconych szans, ale i tak wszystko było niczym w porównaniu do majestatycznie wielkich, czarnych skrzydeł, które wszelkimi możliwymi sposobami usiłowały przebić się przez mroczną, cienistą przestrzeń.
- Czy to Eclipse? – nie wytrzymywała Julia.
- To te same przebrzydłe skrzydła… - potwierdził Hank.
Persephona oszalała. Od kilku dobrych chwil jęczała już wniebogłosy. Jej oczy nie były już tym samym co wcześniej. Były przerażającą, krwawą mazią, która uniemożliwiała jej już zobaczenie czegokolwiek. Jej świat się kończył. Stawał się piekłem, które stanowiło znaczna część jej nieśmiertelnego bytowania. Jej mrok dawał życie nowym, przeokropnym tworom. Wszystkie z nich stawały przy swojej pani, jakby czekając, aż ta rozkaże im ruszyć do boju ze swoimi rywalami. Ciemność, która zdawała się wiekuistą, przebijał już horrendalny szpon wielkiej smoczej łapy.
- Powinniśmy się pośpieszyć. – Odparł ponuro Hurricane, po czym kolejny raz zagiął swoim pędem czas i przestrzeń. Zrobił kilka szaleńczych okrążeń wokół międzywymiarowego lustra, a jego prędkość ponownie zaczęła sprawiać wrażenie, że przebywał w kilku miejscach na raz. Widoczny w wyrwie obraz zaczął ulegać zmianie. Ponownie dało się dostrzec nieliczną grupę wybrańców, którzy rozpoczynali właśnie bój o los tego świata. Król Roderyk wydał sygnał do ataku, a chwilę później zza jego pleców rozbrzmiała salwa nieprawdopodobnych magicznych uderzeń. Twierdził, że losy Persephone są już skończone. Całe widowisko przypominało trochę wcześniejszą walkę Hanka z Pierwszą. Ataki były efektowne, na pierwszy rzut oka bardzo destrukcyjne, ale w gruncie rzeczy, nie przynosiły żadnych konkretnych efektów. Wtedy do gry wkroczył Malcolm. Podchodzący do tej pory zachowawczo do sprawy Kret przetarł ręką powietrze, czym jednocześnie zagiął całą otaczającą go przestrzeń. Drake władał potężną magią, która jakimś niemożliwym sposobem pozwoliła mu zatrzymać czas. Jego przeciwniczka i wszyscy towarzysze broni zastygli nagle w miejscu, jakby nie mogąc dokończyć zaplanowanych przez siebie ruchów. Malcom zbliżył się do tkwiącej w tej samej pozycji Persephone i cisnął w nią potężnej wielkości cienistą włócznią. Myślał prawdopodobnie, że rozwiąże to cały problem. Atak uważał za pewny, a szanse na jego przerwanie wręcz za zerowe, a przynajmniej… tak dało się wyczytać z jego wyrazu twarzy emanującego przekonaniem.
Masz rację czytelniku, moja narracja znowu zmierza do udowodnienia tego, że opisywany bohater się mylił… a nawet przeliczył się jak ostatni jełop. Bo w rzeczy samej – właśnie tak się stało. Pierwsza dobrze przygotowała się do obrony i jak się okazało, ona również, podobnie jak Drake, miała sobie za nic wszelkie fizyczne i metafizyczne prawdy o tym świecie. W decydującym momencie zatrzymała w powietrzu włócznie i z szaleńczą złością cisnęła nią w stronę agresora. Malcolm cudem się wybronił, ale nie był już w stanie przetrzymać kolejnego ciosu. Persephone uniosła go swoją magią w górę i chichocząc niezmiernie podle, wyrwała mu nos. Drake zawył z bólu. Jego beżową twarz oblała mieszanina ciepłej krwi i ropy. Sprawy wymknęły by się spod kontroli, gdyby nie pomoc osoby, która zorientowała się co jest grane i w mgnieniu oka pozbyła się potwornego defektu, który zatrzymał walkę w czasie i miejscu. Tą osobą był nie kto inny, jak Magnus Leoline.
Zanim zarzucisz mi, że już całkiem odpłynąłem i znalazłem się zupełnie w innych klimatach, odpowiem, że walka naszych współczesnych bohaterów odbywała się w zasadzie na całkiem podobnych warunkach. W dodatku – zdawała się równomiernie trwać razem z tą, przedstawianą przez Lustro Paradoksu. Przestańmy więc na moment myśleć jedynie o przeszłości i przyglądnijmy się temu, co miało miejsce obecnie.
Powiedzenie, że Hurricane oszalał po raz kolejny, byłoby niczym w porównaniu do tego, co właśnie zrobił. Sprinter w czerwonym kapeluszu znowu rozpędził się do granic swoich możliwości i runął jak długi w stronę fabryki cienistych tworów Persephone. Przebił się przez dziwną formację i w krótkim czasie znajdował się już za plecami Pierwszej. Dał znak Julii Aurelii Hari, by ta kolejny raz, jak za dawnych czasów, otworzyła portal do świata nieumarłych. Poprzednio wynikło z tego naprawdę wiele przykrych konsekwencji, toteż dziewczyna lekko się wahała. Pamiętała bowiem ile zeszło, aż całkowicie doszła do siebie po ostatnim razie. Pamiętała te wszystkie podłe żarty Golly’go o mackach, jakimi męczył ją przez wiele kolejnych tygodni. Wiedziała jednak, że nie mogła tym razem zawieść swojej gildii. Wykorzystała więc resztki swojej magicznej mocy i zrealizowała kolejną część planu tajemniczego przybysza. Brama do świata umarłych stanęła otworem.
Widoczny na jakby żywej wizji, Magnus Leoline uśmiechnął się na widok swojej rywalki. Pierwsza właśnie kończyła swoje bestialskie ataki wymierzane w stronę Malcolma. Kret leżał już obecnie na ziemi i przeżywał kolejne serie uderzeń. Złudnie błagał ją o litość. Wiedział, że prawdopodobnie i tak nie przyniesie to żadnych efektów, ale jednak – próbował jakoś zmieniać swój los. W pewnym momencie nie był w stanie już wytrzymywać piorunującego bólu. Stracił przytomność.
Pierwszy z Apostołów stanął twarzą twarz z Persephone. Demonica nie robiła sobie kompletnie nic z przybycia nowego rywala. Zanim stanęła z nim do walki, zdołała jeszcze pożonglować zmierzającymi w jej stronę wikingami Roderyka. Samego króla skrępowała solidnym czarnym łańcuchem i zawiesiła kilkanaście metrów nad ziemią. Planowała już zadać kolejny cios, wyprowadzić go tym razem w stronę Magnusa, ale ten zatrzymał nadciągające zagrożenie. Palce jego lewej dłoni, pokryte białą, elegancką rękawiczką, zaczęły wibrować. W mgnieniu oka udało im się wytworzyć niewymownie wielką ilość światła. To właśnie nim potężny mag zablokował cieniste uderzenie swojej rywalki. Był to niemały szok dla Persephone, która kompletnie nie rozumiała tego, co właśnie miało miejsce. Najwyraźniej przyzwyczaiła się już do swojej mocy i niezniszczalności… dlatego się zawahała. Wtedy do gry wkroczyła ówczesna przywódczyni The Rex Tales. Widząc pomyślne działania Magnusa, zerwała z szyi swój niecodzienny szmaragdowy naszyjnik i z całej siły przycisnęła go dłonią. Zamknęła oczy i cichym głosem wypowiedziała następującą sekwencję słów:
- Potężny Władco Nieumarłych, Dostojny Królu Nocy, Srebrzysty Paladynie Końca Tego Świata, Oprawco Niesprawiedliwych, Majestatyczny smoku… Skelionie… Proszę… Użycz mi swoich skrzydeł, ażebym mogła kolejny raz wznieść się ponad ciernistość bólu swoich dni… Bym mogła uratować tych, których cenię w swoim życiu… najbardziej. Niechaj nieśmiertelna pieśń przyjaciół trwa dalej! – zaakcentowała szczególnie ostatnią część swojej wypowiedzi.
Magnus nie tylko z dziecięcą łatwością odbijał ciosy swojej rywalki, ale był w stanie jeszcze przejść do kontrofensywy. Ciskał w Persephone łamiącymi zaklęciami tajemniczego światła. Paliły ją one potwornie niczym najgorętszy ogień z odmętów piekielnych. Ryczała niemiłosiernie głośno. Wtedy walka na moment ustała. Miał miejsce ten moment, który spotkał już bohaterów z naszych obecnych czasów. Pierwsza stworzyła cienistą aurę imaginacji, która na bieżąco stwarzała coraz to potężniejsze kreatury, będące uosobieniem wszelkich strachów i koszmarów walczących osób. Stojący po lepszej stronie mocy stracili większość pewności siebie, byli nękani przez to, co dręczyło ich podczas najgorszych snów. Persephone przeznaczyła ten czas na regenerację swoich sił. Dopiero, gdy odzyskała ich część, wróciła do wymierzania kolejnych uderzeń. Wszystko mogłoby się skończyć naprawdę źle, gdyby nie przenikający ryk potężnej kreatury, majestatycznie jaśniejącej nad nocnym niebem. Przyzwany przez Esterię smoczy anioł stróż rozpoczął swój transcendentalny rajd ku ciemnym siłom mroku. Z niewymowną łatwością przebił łańcuch krępujący dotąd Roderyka i pozwolił liderowi Dark Vikings wskoczyć na swój grzbiet. Trzepot skrzydeł bestii rozdarł na pół potworną panoramę ciemności, stworzoną przez Pierwszą.
- Wikingowie i smoki! Znowu razem! Mwahahah! Szykuj się, podła gadzino! Nastał Twój kres! – krzyknął.
Skelion ruszył w stronę Persephone. Ku przerażeniu demonicy rozdziawił potwornie swoją paszczę i wydobył z siebie ryk o nieprawdopodobnej mocy, zdający się przewiercać wszystkie istniejące w tym wszechświecie wymiary. Leoline przemienił się w jaśniejącą smugą światła i widząc nadciągający kres historii swojej przeciwniczki, odstawił wszystkich walczących i rannych w miarę bezpieczne miejsce, po czym wspólnie z Esterią wskoczył na latającą bestię.
- Kościany Archaniele, rozsądź tę marną, zawistną duszę! Oswobodź świat z jej terroru! – rozkazała złotowłosa dziewczyna.
Wyrok Dostojnego Króla Nocy zapadł. Jego paszcza rozdarła się ponownie, otwierając drogę boskim, paraliżującym ogniom. Moc ich rażenia była nieprawdopodobnie silna. Wspominałem już, że była w stanie przewiercać na wylot wszelkie wymiary, ale nie wspomniałem jak bardzo przysłużyła się do zamknięcia demonicy. Otóż – egzystowanie drgającej częstotliwości zostało wykorzystane przez Magnusa, który kolejnym, równie arcyciekawym zaklęciem – zlokalizował odpowiednie miejsce w piekle i przeobraził wibrujące cząsteczki czasu i przestrzeni w portal do innego świata. Persephone robiła wszystko, co w jej mocy, by przerwać lot szaleńczej bestii, jednak… nie była w stanie dokonać niczego konkretnego. Król Roderyk w geście triumfu wskoczył na głowę Skeliona i mając przed sobą złowrogą demonicę, rzucił jeden z ukrywanych dotąd czarów, który umożliwiał mu przenikać przez astralne, bądź wpół astralne ciała. Mocarny Wiking pochwycił jedną ręką Persephone i rzucił nią do otwartej właśnie cienistej, rozżarzonej otchłani. Skelion w ostatnim momencie wleciał w górę, po czym zaryczał kolejny raz, aby zamknąć za sobą przerażający portal.
- Wprawdzie nie mamy smoka, ale jesteśmy równie potężni… - pomyślał Hank, obserwując starania dwójki arcymagów The Rex Tales. Obie bramy do zaświatów były już otwarte. Wszystko zdawało się zmierzać ku końcowi. Krzyk czarnej pani i tworzone przez nią cieniste kreacje były niczym w porównaniu do tego, co zaczęło wyłaniać się z obu – przeszłych i teraźniejszych bram.
- Dwie niebotyczne armie stanęły po dwóch przeciwnych stronach czarnej pani. Mężni wikingowie na koniach i równie dzielne walkirie odziane z skrzydlate zbroje... byli gotowi o swój bój o nieśmiertelność. Obie z nich dowodzone były przez Cravenwingów. Rozkazy w pierwszej wydawała Freya Cravenwing, a drugą dzielnie zarządzał ten sam, król Roderyk.
- Ahahah! A więc to ten moment, w którym Valhalla przybyła z wizytą na Ziemię! Te śmierdzące i pijane brzydale czekały na to przez dobre setki lat! – roześmiał się grubawy wiking, po czym wydał rozkaz do ataku.
Fioletowa smuga uniosła się z trójką magów z The Rex Tales na najwyższe sklepienie skalne w okolicy, by móc obserwować, jak zakończy się wielki i chwalebny pojedynek Cravenwingów. Nieśmiertelna armia ruszyła w bój, miażdżąc wszystkie, demoniczne kreacje Persephone. Nic nie było już w stanie jej pomóc. Nie pomagały złowieszcze zaklęcia, ciernie i czarne łańcuchy stawały się niczym. Nic nie poczyniła nawet wielka, jakby smocza łapa koszmarnego smoka, która wydawała się ostatnim ratunkiem Pierwszej. Czar imaginacji został starty w pył, jak niegdyś za sprawą legendarnego, kościanego archanioła. Wojska zwycięzców nie miały ze sobą latającego króla przestworzy, ale mieli jedną, łączącą myśl i ideę, która znaczyła znacznie więcej. Mroczne miecze wikingów nie pozostawiły nic z ożywionych, koszmarnych bytów. Bitwa została zakończona. Uczestnicząca w niej, prawdopodobnie najdzielniejsza wojowniczka, wiedząc o przesądzonych losach Persephone, postanowiła zeskoczyć z konia. Pierwsza opadła z sił. Klęczała na ziemi. Przodek czarodziejki feniksów wstrzymał obie armie i kazał im zaprzestać ataku. Freya nieuchronnie zbliżała się w stronę Persephone.
- Obawiam się, że teraz jesteśmy całkiem do siebie podobne. – odparła cichym, łamiącym się głosem.
- Nigdy nie będziemy podobne. Zawsze będę Twoim najgorszym koszmarem.
- Jakie szczęście, że umarli nie śnią, tylko świętują przez całe swoje cholerne pośmiertne życie. Naprawdę, nie chciałabym Cię ponownie oglądać, bezduszna i żałosna kreaturo.
- Możesz cieszyć się ze swojego triumfu, ale w gruncie rzeczy nie będzie to mieć jakiegokolwiek sensu. To ja wygrałam. Zrealizowałam swoją misję i tak naprawdę mogę odejść.
- Bzdury!!! – odparł potężnym głosem Roderyk. – Odniosłaś porażkę i nie będziesz już nikogo gnębić. Twoja historia zakończy się w tym momencie. Jedyną łaską, jaką nasz ród może Ci okazać jest chyba to, że nie będziesz tkwić w piekle przez wieczność. Po prostu – rozpadniesz się tu i teraz! I to na dziesiątki małych kawałków! - kontynuował król wikingów.
Hurricane obserwował całą sytuację z triumfem. Czuł wielką pewność siebie i wiedział, że kolejna misja w jego karierze zakończyła się sukcesem. I..... Tkwiłby w takim stanie najpewniej przez kilka kolejnych dni, ale w odpowiednim momencie zaniepokoiły go słowa Persephone. W szybkim tempie znalazł się na dole i pochwycił demonicę za przysłowiowe fraki. Uniósł ją jedną ręką w górę i obdarzył przenikliwym, wciąż skrywanym w masce spojrzeniem.
- Co miałaś na myśli, mówiąc, że zrealizowałaś swój plan?
- Spójrz na siebie. Spójrz na wszystko dookoła… Spójrz na was wszystkich. To ja wygrałam! Moje pragnienia zostały spełnione! Pamięć o mnie nie zagaśnie razem z moim odejściem! Moje imię! Mwahahah! Będzie trwać wiecz… - tu przerwała. Cztery cięcia astralnego miecza Freyi przebiły w niszczycielski sposób dyszące jeszcze pozostałości demonicy. Persephone szczerząc się w ten sam podły sposób zastygła w miejscu, a jej ciało w kilka sekund stało się nic nie znaczącym prochem.
- Nie martw się, kolego. – odparł Roderyk, klepiąc Hurricane’ a po plecach. – Wiem, że chciałeś pomóc, ale… Jej życie mogła zakończyć tylko jedna osoba. – stwierdził. Mimo to jednak, Posłaniec Zmierzchu zdawał się być czymś… przybity. Nie był łatwym przypadkiem do opisania, a w jego myślach musiało dziać się właśnie coś przerażającego.
- Szlag… - odparł ze zniechęceniem, po czym ponownie przybrał formę fioletowej smugi i niczym błyskawica pomknął w znanym tylko sobie kierunku. Wszyscy oczekiwali, że Hurricane pojawi się już wkrótce ponownie, niosąc światło swoich nowych, szaleńczych, może nawet przerażających idei. Liczono że przybędzie za kilka chwil i z tym samym, kpiącym ze świata głosem, wyjaśni wszystkim, dlaczego zniknął, ale… nic takiego się nie stało.
- On chyba sobie… żartuje…. – nie mogła zrozumieć Julia.
Od tego zdarzenia minął już dobry tydzień. Wszystko zaczęło powoli zmierzać ku niezbyt oczywistej przyszłości. Przybysze z Valhalli nie pobyli zbyt długo po przysłowiowej drugiej stronie lustra. Chcieli tu zostać, ale niestety – nie mieli takiej możliwości. Prawa zaświatów nawet i w tej sytuacji pozostawały nieugięte. Setki poległych, wszak nieśmiertelnych bohaterów otrzymały rozkaz powrotu do swojego wiekuistego domu.
Pannie Hari udało się zamknąć dwie Bramy prowadzące do świata umarłych, ale już znacznie gorzej było z trzecią wyrwą w czasie i przestrzeni. Próbowano wszystkiego, ściągano nawet największych magicznych filozofów, mających naprawdę wiele nie przeciętnych teorii i pomysłów, ale koniec końców – nic nie przynosiło zamierzonych efektów. Lustro Paradoksu przez kolejne długie dni egzystowało wśród zniszczonej panoramy cmentarzyska.
Miał miejsce uroczysty pogrzeb wszystkich poległych magów i wojowników. Pożegnano ich z wszelkimi zasługami. Na święte jezioro Montal’Drak wypuszczono 36 drewnianych łódek z ciałami umarłych, a następnie wystrzelono w ich stronę adekwatną ilość ognistych strzał. To właśnie ten przedziwny obrzęd, według tutejszych zwyczajów, był gwarantem nieśmiertelnego życia po śmierci i… kluczem do bram Valhalli. Niektórzy dostrzegali w tym jednak jakieś niepokojące zjawisko. Plotkowano, że z jedną z łodzi stało się coś dziwnego. Jeśli wierzyć pogłoskom, miała ona zniknąć z pola widzenia strzelca, w momencie, gdy w jej stronie zmierzał płonący wystrzał.
Drużyna Hanka rozpadła się wraz z odejściem Sorrowa. Zei Lorelei poróżniła się z ojcem nieślubnych dzieci. Postanowiła, że osiądzie w Fayadwood na stałe, spełniając tym samym prośbę Freyi o zaopiekowanie się Selimem.
Okoliczni magowie prędkości wykazali się solidarnością wobec zniszczeń w Fayadwood. Uprzątnięto cmentarz, wybudowano wiele upamiętniających nagrobków i przywrócono do dawnego blasku piękne, lecz ponure aleje. Nie było mowy o identyfikacji niezliczonej ilości kości, popiołu i czaszek, więc usypano za to wielką, zbiorową mogiłę, przerastającą wzrostem nawet kilkukrotnie cmentarne bramy.
Magicznym wyłomem zainteresowało się Alphatown i wysłało do Zeasiss jedną ze swoich największych czarodziejek kreacji, zasiadającej również w radzie Apostołów. Amanine Lovecraft, jeśli wierzyć pogłoskom - twórczyni wielu astralnych widm – zdołała po wielkich trudach zaszyć wielką wyrwę w czasie i przestrzeni.
Hank chodził smutny i przybity. Zastanawiał się, dlaczego Sorrow i Keith nie uczestniczyli w pośmiertnej walce z Persephone. Był wściekły na Hurricane’a. Uważał już go teraz za żałosnego narcyza, który więcej napsuł...niż uczynił lepszym. Chestershire’a pocieszała Julia. Dziewczyna również przeżywała rozstanie ze swoimi przyjaciółmi. Dni mijały wolno, były ciemne i ponure i nijak nie dało się dostrzec w nich choć najmniejszego ziarnka nadziei.
Do drużyny Hanka doszła wkrótce wiadomość o zdradzie Adama i napaści Closed Sacrament na Eldshire. Chestershire i Julia zamierzali podjąć stanowcze środki i czym prędzej stawić się w stolicy gildii The Rex Tales.
Kończył się właśnie kolejny słoneczny, lecz bardzo przykry dzień. Dwójka arcymagów zmierzała właśnie na umówione spotkanie z lokalnym czarodziejem teleportacji. Krążyło o nim naprawdę wiele niepokojących plotek, ale w obecnym momencie wydawał się w zasadzie ostatnią deską ratunku. Postanowili, że przymkną oko na jego dziwactwa i zapłacą mu odpowiednią sumę pieniędzy za stworzenie portalu do domu. Droga była zawiła i pełna niebezpieczeństw, ale naszym bohaterom udało się koniec końców dotrzeć do wyznaczonego miejsca. Pałac Greenpeace’a (bo tak nazywał się ów poszukiwany osobnik) miał być ukryty na końcu magicznej polany otoczonej wielkimi, stuletnimi świerkami.
- To naprawdę tu? – nie rozumiał Hank.
- Na to wygląda. – odparła Julia.
- Niewidzialne pałace… mają to do siebie, że ich… nie widać, prawda?
- Brawo, Szerloku.
- Pewnie dziad śpi i nawet się nas nie spodziewa. Gdyby tak nie było, ktoś by po nas wyszedł… Na pewno niczego nie widzisz?
- Powinnam widzieć, ale nie widzę. Są więc dwie opcje… Albo ktoś raczył zabawić się naszym kosztem, albo kamuflaż czarodzieja teleportacji ma jakiś niebotyczny poziom, którego nie jestem w stanie dostrzec.
- Swoją drogą… To trochę nieżyciowe. Polana to niezłe miejsce na pojedynki magiczne. Wyobraź sobie walkę takiego Golly’ego i Casiusa. Przecież nie tylko drzewa by w kilka chwil poszły tu z dymem, ale i ten cały niewidzialny dom, którego zresztą nikt nie widzi.
- Casius i Dove… Oj tak… Mam czasem wrażenie, że w niszczeniu i demolowaniu bywają lepsi od Ciebie, Hanku Chestershire… heheheh – zaśmiała się dziewczyna.
- Możesz mieć rację. – odparł Chestershire.
- Nawet nie wiesz jak wielką… - rozbrzmiał niespodziewanie trzeci głos. Hank i Julia obejrzeli się nerwowo za siebie. Ich oczy w jednym momencie dostrzegły męską sylwetkę postaci, ubranej w fioletowy garnitur. Tajemniczy osobnik stał jednak odwrócony plecami do dwójki naszych bohaterów.
- To znowu Ty?! – nie mógł pojąć Hank?
- Twój głos nie rozbrzmiewa już w naszych myślach?
- Lepiej powiedz co jest grane, albo w przeciwnym razie znowu będziesz musiał stąd uciekać. – oburzył się Chestershire.
Hurricane wzruszył ramionami, wciąż tkwiąc w tej samej pozycji. Prawa ręka arcymaga powędrowała w okolice jego czerwonego kapelusza. Nie ściągnął go jednak, ale i tak zrobił coś, czego nikt nie mógł przewidzieć. W dłoni tajemniczego przybysza w krótkim czasie pojawiła się karnawałowa maska, chroniąca do tej pory jego prawdziwą tożsamość.
- Musimy sobie zaufać... – odparł i odwrócił się w stronę Hanka i Julii.
- WTF… - nie dowierzał Chestershire.
- To… Ty?! Czekaj, jak to w ogóle możliwe?! - podobne zdziwienie okazywała Julia.
Dobrze Cię rozumiem, mój czytelniku. W tej chwili i Ty chciałbyś poznać prawdziwą tożsamość Hurricane’a… W sumie… Kto by nie chciał! Obecnie nie mogę Ci jednak jej zdradzić. To nieodpowiedni moment. Będzie lepszy. Będą lepsze. Gwarantuję.
Jedyne co mogę, to Cię pocieszyć i powiedzieć, że kiedyś się dowiesz i… stanie się to jeszcze szybciej niż Ci się wydaje.
- Hmm… - to ma jakiś sens. – stwierdził Hank. – To wiele wyjaśnia… ale… coo masz na myśli, mówiąc, że ten świat nie jest właściwym światem?
- Rozumiem, że mówisz o świecie z którego pochodzimy ja i Artur?
- Jesteś z innego świata? WTF?!
- Hmm… Interesujące. Jak wiele z tego pamiętasz, Julio?
- Niedużo. Wszystko spowija mgła… Nie rozmawiałam o tym z Arturem, to bolesny temat… Dotyczy śmierci naszych rodziców…
- Dowiem się o czym mówisz, Hurricane? – niecierpliwił się Hank.
- Cóż, to skomplikowane, ale wszyscy jesteście z tego samego świata, który nie jest tak naprawdę tym światem. Inni Posłańcy doprowadzili do międzywymiarowego karambolu… Tacy jak ja nazywają to kryzysem multiwersum.
- Brzmi poważnie… - odparła arcymag zaświatów.
- Chyba po części pojmuję, ale… wciąż nie jestem przekonany… To wszystko jest jakieś dziwne.
- Co, nie spodziewałeś się, że to ja?
- Tego też… ale… Co tak właściwie stało się po bitwie wikingów?
- Właśnie, dlaczego uciekłeś?
- Ucieczka to zbyt mocne słowo. Po prostu stało się coś, czego nie przewidziały moje zapiski. Przyszłość kolejny raz uległa zmianie.
- Co takiego się stało?
- Persephone zginęła zbyt wcześnie. Obawiam się, że wpłynie to w znaczny sposób na losy Selima.
- To znaczy?
- Hmm, Omen, Dziecko Rosemary? Coś w ten deseń? – zadał serię dziwnych pytających wyliczeń.
- On chyba nam grozi… - nie rozumiał Hank.
- Tak… Jeszcze bardziej poplątaliśmy naszą historię i możliwość powrotu do miejsca, w którym do tej pory byliśmy… ale nie martwcie się. Ja zrobiłem to tak w zasadzie w przed wami…
- Zrównanie z ziemią Angelheim? – spytała Julia.
- Cholera, a więc słyszeliście.
- Yy.. no tak, tak! Pamiętam! – próbował odnaleźć się Hank.
- Miałem jedynie nastraszyć Izzy’ego, ale przypadkiem udało mi się zbanować Arta, który i tak na mnie później doniósł… To skomplikowane i dziwne, ale co zrobisz, nic nie zrobisz… Ja tego nie wymyśliłem… Tak było…
- Dlaczego wróciłeś dopiero teraz? Ta wiadomość o czarodzieju teleportacji to fejk, prawda?
- Odkryłem coś, co złamało nawet i... mnie. To znaczy… Od dłuższego czasu to podejrzewałem, ale teraz mam już 100% pewności…Uhm… Muszę się tym z wami podzielić, tyle, że… - tu przerwał.
Ku zdziwieniu wszystkich na skraju polany zmaterializował się piękny zamek stworzony z kryształu. Szaleńczym tempem wybiegł z niego niezbyt urodziwy kot w białej średnio czystej podkoszulce. Był wyraźnie zdenerwowany i miał widły.
- Kurczę, moje pole! – zaczął krzyczeć. Hurricane uśmiechnął się nieznacznie na widok przybywającego osobnika, a chwilę później odparł:
- Julio, to mag teleportacji, którego szukasz. List, który do niego wysłaliście z Hankiem… cóż… tak naprawdę nie doszedł. Jak myślisz czemu?
- Hmm….
- Zamek jest niewidzialny, toteż gołębie mają pewne problemy… w każdym razie… wyszedłem naprzeciw waszym staraniom i sam dostarczyłem list. Greenpeace jest jaki jest… i cóż… Powiedziałem, że będę w masce, a nie mam maski… i… chyba jest zestresowany… także tego…
- O nie… jesteśmy zgubieni. – stwierdził Hank.
- Nie. Zaraz to załatwię. – odparł Hurricane, po czym ruszył w stronę biegnącego kocura wywijającego grabiami. Odbył z nim krótką rozmowę, jak się okazało – dość skuteczną. Czarodziej prędko zmienił nastawienie, a nawet puścił oczko w stronę Julii.
- Czy ja wiem… - zawahała się dziewczyna.
Posłaniec Zmierzchu wrócił do Hanka i Aurelii Hari i wtajemniczył ich w treść rozmowy.
- Julio, musisz z nim iść. – stwierdził ze smutkiem.
- Jak to? Akurat w tym momencie?!
- Przydasz się w Eldshire i to bardziej niż my.
- Czekaj, my? – oburzył się Hank. – Masz na myśli mnie i Ciebie?
- Owszem.
- Ja… protestuję! – broniła się Julia. – To wasza magia jest silniejsza…
- Może w niektórych sytuacjach, ale nie tym razem. Closed Sacrament ma po swojej stronie jednego z Czterech Jeźdźców, który zna mój sekret i wie w jaki sposób można mnie zniszczyć.
- Jasne!
- A Magia Hanka jest zupełnie nieprzydatna w przypadku, gdy walka toczy się o poszczególne miejsca i osoby. Gość sieje zbyt wielką destrukcję.
- Mi każecie iść z tym oblechem, a sami wybieracie się sama nie wiem gdzie… Może na jakąś randkę?! Haloo! Miasto upada! Niedługo może nadejść dla nas kolejny sądny dzień! Nad Elshire lata chędożony smok… a Wy?
- Julio…
- Nie Juliuj mi tu, Hurricane! Wojna z Closed Sacrament jest Twoją sprawką! To Ty przed chwilą powiedziałeś, że zmieniłeś przyszłość!
- Ej, właśnie. – wtrącił się do kłótni Hank.
- Ja nie wytrzymam… - wciąż protestowała.
- Nie wykręcę się z tego. To moja wina, ale musisz mi zaufać. To ciężkie do zrozumienia, ale nasza nowa misja… jest ważniejsza od tego, co obecnie ma miejsce w Eldshire. – zarzekał się.
- To jakiś żart…
- Julio, musisz mi uwierzyć… Znałem Reksia i Kretesa. Znałem też Molly i Kari Matę. Problem naprawdę jest znacznie poważniejszy niż Ci się wydaje. Przed nami naprawdę potężne zagrożenie i tym razem musimy się rozdzielić. – tłumaczył.
Julia spojrzała na Hurricane’a. Próbowała zrozumieć jego zachowanie, ale nie wychodziło jej to za bardzo. Doceniała, że wyjawił przed nią i Hankiem swoją prawdziwą tożsamość, jednak bolało ją, że Posłaniec Zmierzchu nie może wziąć odpowiedzialności za swoje czyny. Wiedziała, że Eldshire jest obecnie w naprawdę kryzysowej sytuacji, a najlepszym sposobem na rozwiązanie tego problemu było dla niej przybycie do stolicy The Rex Tales właśnie we trójkę. Kątem oka zerknęła jeszcze w stronę Greenpeace’a. Dziwnie wyglądający kot podziwiał ze zdumieniem swoje wielkie grabie.
- Panie, a na cholerę panu tak wielkie grabie? – krzyknęła w kierunku kociego czarodzieja.
- A już tłumaczę, moje śliczności… - stwierdził. Julia odwróciła się ponownie w stronę Hanka i Hurricane’a. Jej wzrok mówił wszystko. W bardzo prosty sposób wyjaśniał obu mężczyznom, jak bardzo mają u niej przechlapane. Greenpeace kontynuował swój wywód.
- Te grabie to tak właściwie są na intruzów i nędznych śmieszków. Jestem kotem z zasadami. Rozmawiam jedynie z dostojnymi panami i paniami. Nie lubię żartownisiów.
- Uhm… - zastanawiała się.
- Portal do Eldshire na mnie czeka, prawda?
- I to z pocałowaniem dłoni.
- Obejdzie się…
- Rozumiem…
- A… tak w ogóle to opłaciłem całą przeprawę. – stwierdził Hurricane.
- Tak, ten pan, swoją drogą… bardzo przystojny pan... wpłacił całą kaucję. Wystarczy, że panienka wejdzie do środka i przejdzie przez czekający na panienkę portal.
- Zadziwiająco proste… 1000 sposobów na to jak pozbyć się Julii… Meh… Wiecie, że i tak Was nie cierpię, prawda? – uśmiechnęła się.
Hurricane odwzajemnił to nieco przyjemniejszym niż zwykle wyrazem na twarzy. Hank natomiast… wciąż łączył wątki, próbując pojąć, co właśnie miało miejsce.
Julia po większych protestach odeszła w końcu z Greenpeacem. Kot zaprzestał dziwnych komplementów na jej temat. Dziewczyna zagroziła mu bowiem, że jeśli przesadzi, to zamknie go w ciemnym pomieszczeniu bez drzwi i okien, gdzie w krótkim czasie zbałamucą go piekielne mary.
Hank i Hurricane zbliżyli się do portalu, który stworzył ten drugi.
- Mam nadzieję, że to nie zaświaty...
- Nic z tych rzeczy. Patryku, Hanku, jakkolwiek wolisz, zmierzamy do miejsca, w którym to wszystko się zaczęło.
- Uhmm… Naprawdę? Chcesz pokazać mi wielki wybuch?
- Coś innego.
- Chyba się boję…
- Nie powinieneś. To w zasadzie ładne, ciepłe miejsce. Przed tym wszystkim… Sam często tam bywałem. – powiedział bardziej pewnie.
Słowa Hurricane’a przekonały Hanka. Chestershire przeszedł z nim wkrótce przez portal. Otaczające polanę zielone świerki zaczęły zanikać, a ich niewzruszona postawa zdawała się ironizować z poczynań dwójki bohaterów. Drzewa wiedziały już, jaki los czeka naszych herosów. Być może chciały ich przed czymś ostrzec, a może… specjalnie nic nie mówiły, ciesząc się z ich zguby? Kto wie…
Tak naprawdę wiem, że drzewa zwykle nie mówią, ale właściwie… każdy ze środków poetyckich – jeśli je lepiej przeanalizujemy – w gruncie rzeczy okazuje się nietypowy i mało logiczny…. Tak więc… nie wnikajmy.
Hurricane nie kłamał. Druga strona portalu miała w rzeczy samej – malowniczą, sielankową wręcz kolorystykę. Arcymagowie uczestniczyli w wizji, która przedstawiała… cóż… całkiem normalne podwórko. Miało warsztat, miało też budę, a w okolicy, wśród zielonych pagórków wygrzewały się błękitne fale sztucznego zbiornika wodnego. Między jednym, a drugim budynkiem dało się dostrzec trójkę facetów... w tym – z lekka zniechęconego kreta i dwójkę nieco bardziej szalonych kogutów.
- Potrzebujemy jeszcze koko… portek. – stwierdził jeden z kogutów.
- Ale że czyich?! – oburzył się kret.
- Tych, które wiszą na płocie… ko… - odparł drugi, dość tajemniczy kurak, odziany w niebieskawy kostium.
- Ciekawe kto w nich chodził…
- To kokooo nieistotne. Bez nich nie wyciągniemy Reksia z Magixu.
- O matku…