Gwiazda Nestardiela przestała właśnie świecić. Lord Psychodelii leżał na ziemi, w kałuży własnej krwi. Co doprowadziło go do śmierci? Powiedziałabym, że głównie jego cecha charakterystyczna - brak ostrożności, rozwagi, tysiąc myśli na sekundę.
Wyrzucił w szczelinę Mroczną Maskę Silence'a i nie przewidział tego, że jej ukryta właściwość, uaktywni się w najbardziej niespodziewanym momencie.
Artefakt ten, jak się okazało, mógł przywracać zmarłych do życia. Wstrzymywał rejs Charona po Styksie i kazał im wracać.
Maska znalazła więc Clarisse i pozwoliła jej powrócić do świata żywych.
Kapłanka Tenebris podeszła niebawem w stronę Nicolette.
- Wygrałyśmy, moja służko - stwierdziła, chwiejąc się na nogach.
- Tak jest, moja pani. - odpowiedziała jej Arcycesarzowa.
Czarny próbował wydostać się z objęć swojej napastniczki, ale nie przyniosło to żadnych, zamierzonych efektów. Willow odebrała mu miecz i popchnęła go przed majestat Kapłanki Tenebris.
- Wszystko mnie boli. Nestardiel był naprawdę solidnym przeciwnikiem. Nie mam sił na dalszą walkę. Willow, mam do Ciebie prośbę.
- Jaką?
- Prostą, szybką i w pewnym sensie też zwięzłą. Widzę, że poradziłaś sobie świetnie z April i tym zboczonym kogutem. Widzę krew, jak mniemam... sporo cierpieli.
Przyszła teraz kolej na tego żałosnego nietoperka. Został przy życiu najdłużej, więc spraw, aby jego śmierć była szybka i bezbolesna.
Ja udam się na krótki odpoczynek.
- Rozumiem, moja pani. - powiedziała z pokorą.
Nicolette podeszła do Czarnoksiężnika. Nietoperz próbował przeróżnych zagrań, niekonwencjonalnych ataków i innych ruchów, które mogłyby kolejny, niezliczony już raz, zagiąć rzeczywistość.
Willow jednak zachowywała się jakby mogła przewidzieć jego myśli. Wciąż była przed nim i z wielką rozwagą, robiła wszystko, by nie dopuścić do choć najmniejszego elementu przewagi swojego rywala.
- Moja pani? - zwróciła się w stronę kroczącej w swoim kierunku Clarisse
- Tak?
- Przepraszam, że spytam... Ale nie mam pomysłu na dokonanie jego żywota. Mogłaby pani coś zaproponować?
Clarisse przetarła oczy ręką.
- Myślę, że najlepszą śmiercią jest solidne dźgnięcie w plecy. Umierający z początku nie widzi wodospadu krwi, więc nie ma powodów do paniki. Towarzyszy mu tylko dziwne uczucie ulatującego życia. Kiedy już jakimś sposobem uda mu się dostrzec czerwony kolor, prawdopodobnie wtedy również odpłynie i przestanie myśleć o wszystkim co doczesne.
- Hmm... Masz rację. Przepraszam, że spytałam.
- Rozumiem, nie przejmuj się tym. Wykonaj szybko wyrok i dołącz do mnie.
To ja zamierzam zostać Nowym Bogiem i aby pokonać Neville'a, muszę zregenerować siły. - powiedziała spokojnym, choć zmęczonym głosem.
- Z chęcią, moja pani. Czarnoksiężnik już wkrótce dokona swojego żywota.
Willow ponownie wypchnęła nietoperza przed siebie i kazała mu się nie ruszać. Trzymała w ręku mój Złoty Łuk i maniakalnie się uśmiechała.
- Czarnoksiężniku, radziłabym się nie ruszać. Jeśli zrobisz coś, czego nie chcemy, nie zginiesz przez jedno dźgnięcie mieczem, ale przez setki przeszywających strzał. Chyba nie muszę tłumaczyć, która ze śmierci będzie bardziej bolesną.
- Mhm...
- Czarnoksiężniku, jakieś ostatnie słowo?
- NIGDY, ALE TO PRZENIGDY SIĘ NIE PODDAM!
- Taaa... - stwierdziła z lekką irytacją. - Ale nie odwracaj się, mniej zaboli. - dodała chwilę później.
Nietoperz nie zamierzał słuchać porad swojej przeciwniczki. Był osobą na tyle odważną, że nie mógł przystać na jej warunki. Był wielkim wojownikiem, który nie ustępował, który w walce o swoje ideały był kimś, kogo nie można było w żaden sposób powstrzymać.
Odwrócił się... i wtedy jedna ze złotych strzał... przeszyła na wylot jego skrzydło. Nietoperz osunął się na ziemię i zaczął krwawić.
Próbował wzbjać się w powietrze za pomocą drugiego, jeszcze działającego, ale nie trwało to zbyt długo. Desperackie próby uratowania swojego żywota, zostały skarcone, jak zwykłe, małe dziecko, ukarane surową ręką swojego rodzica.
Kolejna strzała przebiła skrzydło nietoperza i uniemożliwiła mu już całkowicie sztukę latania.
Czarnoksiężnik czuł na swoich barkach oddech śmierci, coś czego wolał już nigdy nie poczuć. To on pragnął zostać nowym bogiem. To on chciał zrobić wszystko, co było tylko w jego mocy, by zbawić świat od złego i stworzyć jego nową wersję, lepszą, piękniejszą, w której to nawet kowboje używają złotych łańcuchów, zamiast lassa.
Słyszał nieustające kroki Nicolette, które z sekundy na sekundę coraz bardziej przybliżały go do śmierci. Robiły się coraz głośniejsze, rosły niczym dźwięki, zwiększające swoje natężenie, były odwrotnością echa, które nigdy nie zamierzało przepaść. Zamiast zanikać, niemiłosiernie mrocznie, zwiększało swoją artykulacje i próbowało zaznajomić go z fenomenem odejścia z tego świata.
Nietoperz myślał o wszystkich, przeżytych do tej pory przygodach. Wiedział, że zawiódł, lecz nie był w stanie się jeszcze z tym do końca pogodzić. Miał świadomość tego, że cokolwiek teraz się stanie, i tak okaże się złem koniecznym. Żaden zły bohater nie uczyni świata lepszym, nie przywróci wartości moralnych, które powinny w nim nieustannie urzędować i być kamieniem węgielnym.
Nicolette była już na wyciągnięcie ręki. Przeczuwał to. Słyszał jej kroki, mógł porównać ich głośność z rytmem bicia własnego serca, które wydawało się wyrywać z piersi.
Kiedy w końcu dostrzegł, że Willow jest już centralnie za nim, odwrócił się jeszcze raz i w ostatnim akcie desperacji, zadał jej cios krwawiącym skrzydłem. Ona jednak... z uśmiechem na twarzy zablokowała go ręką.
Arcycesarzowa Tenebris poklepała nietoperza po głowie i ruszyła za Clarisse. Czarnoksiężnik oniemiał z wrażenia. Nie zginął, żył dalej, wciąż miał szansę na zmianę wszystkiego na lepsze... A Willow... nie miał pojęcia, co ona właśnie zrobiła i co zamierzała zrobić. Był w stanie osłupienia i mógł tylko przyglądać się dalszemu rozwojowi sytuacji.
Nicolette w jednym momencie odrzuciła fałszywą ceremonię skradania się. Ruszyła biegiem za Clarisse i wbiła jej miecz w plecy.
- Willow Nicolette, Co Ty właśnie...
- Dla Twojego zapchlonego majestatu... Leah Blessar. Żadna Willow Nicolette, żadna Arcycesarzowa! Zwykła dziewczyna, matka kilkorga dzieci, wplątana w twoją chorą grę!
- Ale jak Ty... To niemoż... liwe...
- Byłaś zbyt roztargniona, aby sprawdzić, kogo tak naprawdę ożywiłaś, do ponownego marszu ku ciemności. Zapomniałaś o istnieniu duszy, czegoś, czego przenigdy nie da się opętać. Można opętać ciało, można zniszczyć je w setki tysięcy możliwych sposobów, można kierować nim jako naczyniem i robić naprawdę okrutne rzeczy... Ale dusza... nigdy nie może się podzielić.
Uświadomiła mi to walka z Kapralem Levi'm i Mistrzem Paladynów - Silverblade'm.
Ich słowa i wiara w zmianę losu, pokazały mojej duszy, że wciąż ma jeszcze szanse. Pokazały jej, że choć tłamszona była przez setki tysięcy lat, w różnych alternatywach rzeczywistości, w różnych latach, w przeróżnych miejscach i okolicach, to wciąż... istniała!
Kiedy skonałam, stanęłam do niematerialnego boju z tą, która uprzykrzała mi życie przez ten cały czas i... powiem Ci więcej! Zwyciężyłam!
Dobro... moja droga... Zawsze zwycięża!!! - krzyknęła, a po chwili wykonała kolejny zamach. Tym razem jej celem stała się głowa Clarisse. Nastąpiło uderzenie. Bezwładny korpus Kapłanki Tenebris opadł na ziemię, wytrącając przed siebie górującą wcześniej nad nim część. Maska Silence'a pod wpływem potężnego wypływu krwi, rozprysła się na kilkaset malutkich kawałków i przestała tym samym istnieć.
- Gołompku... Obudź się... - wymamrotałam, ciągnąc Dawida za dziób.
- Ej, ała. Co się stało. Wow.
- Wow, w rzeczy samej. - stwierdził Pieseu, wciąż utrzymujący się przy życiu.
- Will... Znaczy Leah... To było naprawdę... - stwierdził Czarny. - Naprawdę dobre! Nie spodziewałem się tego po Tobie.
- Nie jesteś jedynym. - powiedziała z pokorą. Dziewczyna momentalnie sięgnęła do kieszeni i wyjęła z niej szklaną ampułkę, po czym wsypała sobie jej zawartość do ust.
- EEEEEJ! JAK TO! - oburzył się Dove.
- Miejmy nadzieje, że to witaminki.... - starałam się nie tracić optymizmu. - Too... witaminki, prawda?
- Nie, to trucizna.
- Ejj... Czmu. - nie dowierzał Gołomp.
- Wow... Pieseu taki smutny. Umieranie tak bardzo niemiłe. Wow - stwierdził.
Nicolette, bądź jak kto teraz woli, Leah Blessar, usiadła na ziemi i spoglądała na nas z uśmiechem na twarzy.
- Musiałam to zrobić. W przeciwnym razie, w następnej rundzie, nie mielibyście żadnych szans. - tu się nawet zaśmiała. - Tak, tak. Kolejna runda zakłada obecność maksymalnie trzech żywych istot. Jeśli żyłabym dalej, musiałabym zabić kogoś z was.
A to... nie takie proste. Nie jestem tą samą osobą, która potrafiła zabijać wszystkich z premedytacją, niezależnie od wszelkich okoliczności. Nie jestem morderczynią. Jestem tą samą osobą, którą byłam wcześniej.
- A co czeka nas w kolejnej rundzie? - zapytał Czarny.
- Według Clarisse... Lustrzane odbicia, znacznie silniejsze i znacznie bardziej przypakowane. Nie sądzę, że chcielibyście się mierzyć z moją alternatywną wersją.
- Noo.. masz rację. - stwierdziłam ze smutkiem.
- Mam dla was jeszcze coś. - tu z kieszeni wyciągnęła kolejne trzy ampułki. - To proszki Clarisse, które dawały jej moc witalną i szybką regenerację mocy.
Możecie ich jednak użyć tylko raz i skorzystać z pełni zawartości. Jeśli uchylicie choć najdrobniejszą część, nie zadziałają.
- A... okej. - stwierdził Dove, wciąż nie dowierzając w to, co nie tak dawno się wydarzyło.
Tak... myślę, że sposób budzenia również mu zapadł w pamięć... Mam nadzieję, że kiedyś to zapomni.
- Patrzę tak na was i wiem, że uda wam się zrobić to... czego pragniecie - powiedziała, wciąż tym samym ciepłym głosem, a na jej twarzy wciąż rysował się miły uśmiech.
- Ale... musicie jeszcze o czymś ghy... khmm... wie... dzieć - trucizna ewidentnie zaczęła działać, a Leah zostały ostatnie sekundy życia. Zarówno ona, jak i my... Byliśmy tego świadomi...
- CO CHCESZ NAM POWIEDZIEĆ?! CZY TO COŚ WAŻNEGO?! - próbował dowiedzieć się Czarny.
- Ja... ghy... wcale... nnn.. - tu przerwała. Leah osunęła się na bok, a jej spojrzenie w jednym momencie zgasło.
- .... - oburzył się Czarny, w charakterystyczny dla siebie sposób.
W pewnym sensie jednak, tak jak my, cieszył się na duchu. Wiedział, że Arcycesarzowa Tenebris, przestała już być złą, bezwzględną istotą i wróciła do tej samej osoby, jaką była wcześniej. Zrozumiał, że nawet w najmroczniejszej duszy, kiedyś może zajaśnieć biała gwiazda nowego jutra, która w drobny pył zmaże całą ciemność i wyrządzone przez tą osobę zło.
Wiedział, że Leah zakończyła swoje niewolnicze cierpienie i wróciła tam, gdzie znajdowały się jej dzieci... wróciła do gwiazd, do wspomnień, to kosmicznego pyłu, zwanego niebytem, który oczekiwał na ponowne wskrzeszenie wszechświata.
- Mwa... Mwaha ha ha... - Dobre sobie. Udało wam się ukończyć 10 rundę Deus Ex Machina.
- WOOOT?! ALE JAK TO MOŻLIWE?! - oburzył się Czarny.
- To Clarisse nie była głosem Deus Ex Machina?
- Nie. - stwierdził głos. - Czarnoksiężniku, Dawidzie i April... przed wami jeszcze sporo niespodzianek, z którymi dane będzie wam się zmierzyć. Czy im sprostacie... zobaczymy. Teraz, proszę o dobranie przedmiotów, które zdobyliście w tej planszy.
Po kilku protestach i niezliczonych bluzgach, właściwie od nas wszystkich, w końcu zdecydowaliśmy się na podział łupów.
Wyglądał on tak w zasadzie inaczej, w końcu Clarisse już nie żyła i nie było potrzeby na bawienie się w zasady jej chorego konkursu.
Potwierdził to wkrótce głos. Zebraliśmy rzeczy, które należały do naszych poległych przyjaciół i podzieliliśmy je na nas troje. Wyszliśmy oczywiście z założenia, że ich baza i dobór będzie zawsze do naszej dyspozycji i zawsze zaistnieje okazja do wymienienia się jakąś bronią, wzięcia innej, nowej, czy czegoś w tym stylu.
Jeśli chodzi o przeciwników z tej planszy: Czarnoksiężnik zdobył niszczycielski bicz, należący wcześniej do Clarisse, a także odebrał jej skrzydła.
Dove pochwycił zbroję Arcycesarzowej i jej potężny miecz. Ja zaś, najbardziej skromnie, choć w sumie... nie do końca... Zapakowałam do swojej wodnej strzelby łuski Crowleya, pozwalające na zianie antymaterią.
Juuuż nie mogę się doczekać nowegooo polowaaankaa!!!! 1 2 3 4 5 6... Okej, przepraszam. Już mi lepiej.
Po zaaplikowaniu pigułek, które poleciła nam Doktor Leah, wróciliśmy do wcześniejszego stanu zdrowia. Było lepiej... Znacznie lepiej.
- Panowie, przed nami kolejna misja. Weźmiemy się w garść i damy radę, prawda? - chciałam się upewnić.
- Pewnie! - ucieszył się Dawid, wciąż szczerząc się na mój widok
- Musimy... - odburknął ponuro Czarny.
- Za Doktora i Nesta? - wyciągnęłam dłoń do przodu
- Za przyjaciół - odpowiedzieli niemal równocześnie dwaj panowie, dokładając swe kończyny do mojej.
W końcu przeszliśmy przez drzwi do następnej rundy.
I... faktycznie. Było cholernie dziwnie...
- DIZEL JA CIĘ ZABIJE! - stwierdził Czarny
- DIZEL JA CIĘ ZABIJE! - zawtórował mu Dawid
- Nie wiem kim jest Dizel... Ale chyba też go zabiję... Ja... Mam brodę!!!![/spoiler]