The Celestial War
: sob, 21 mar 2015, 18:28
Lily patrzyła na nas z lekkim zdezorientowaniem. Mieliśmy setki pytań, a ona wraz z Evangelagenem i innym aniołem, mogła się poczuć niczym ktoś sławny na konferencji prasowej.
- Dzień dobry... Bardzo mi przykro, Api Apicka. - przywitała się Api z nieznajomym.
- Aideen. Miło mi Cię poznać Api - powiedział z uśmiechem na twarzy.
- Lilyness, czy to oznacza, że wszyscy już nie żyjemy, a multiversum nie istnieje? - zapytała.
- Zostaliście wniebowzięci! emm... domyślam się, że z tego powodu nie jesteście wniebowzięci... - załkała. - Ale... żyjecie i to najważniejsze. Pytacie o sprawy... cóż, bardzo się pokomplikowały. Lazarius jest na wolności, Tenebris rozlało się na cały wszechświat a my musimy sobie jakoś poradzić z tą powodzią.
- Eeeee, ponoć ja też jestem w niebie. Przynajmniej taki jeden czerwony kot tak twierdzi... - zdziwił się Dawid. Miaul spojrzał na niego ze zdziwieniem.
- JA TAK TWIERDZĘ?! JA TAK TWIERDZĘ?! - nie wytrzymał. - To kłamstwo! Ty tam, Lily... on grzeszy w niebie! zrób mu coś! -nie krył zdenerwowania. Evangelagen zbliżył się do Dawida i popatrzył na niego groźnie. Ten nie zamierzał długo się rozwodzić nad niezręcznym tematem. Postanowił go zmienić.
- Macie jakiś plan, anioły? Jak wygląda sytuacja? Można tu gdzieś coś zjeść? No bo od początku Cyrku nie miałem nic w ustach... No i takie różne pytania dla przykładu.
- Tak, mamy pewien plan. - powiedział chłodnym tonem. - Uważamy jednak, że nie jesteście jeszcze zgraną ekipą i potrzebujecie integracji. Jeśli osiągniecie jej maksymalny poziom, wszystko stanie się jasne.
Art nie przejął się zbytnio sytuacją, która właśnie przed nim stanęła. Zostawił przerażoną zaistniałą sytuacją Cellie i oddalił się w nieznanym kierunku.
Wrócił po jakiejś godzinie, nucąc sobie pod nosem jakąś religijną piosenkę. Był najprawdopodobniej bardzo zadowolony z tego co otrzymał, albo z tego co właśnie dane było mu przeżyć.
- Zapewne zastanawiacie się kim jestem... - zaczął Aideen. - Jestem mrówką na torach w starciu z nadjeżdżającym pociągiem. Jestem nadzieją lepszego jutra, jestem najmłodszym synem Stwórcy. Jestem...
- Poetą... - nie kryła zachwytu Lilyness.
- Udało mi się porozmawiać z Milczącymi. Myślę, że wiem co zrobić, aby zesłać na świat światło, które zniszczy otaczający go wieczny mrok.
- Ale wam tego póki co nie powie, gdyż wśród was jest za dużo różnic i nie mamy pewności czy możemy wam zaufać. Musicie się bliżej poznać, bardziej zintegrować i wtedy pogadamy - odparł Evan.
- Phaaah! Też mi coś! - nie krył zażenowania Miaul. - Mi też udało mi się porozmawiać z Milczącymi.
- Jak tego dokonałeś? - zapytał Aideen. Malcolm przymrużył oczy i delikatnie się zaczerwienił. Wiedział, że wyjawiając prawdę, zrobi coś okropnego i prawdopodobnie skaże się na nieszczęście.
- Ale z takimi innymi milczącymi. Bo widzisz panie aniele... e... pochodzę z innej galaktyki i tak właśnie zwie się tamtejsza rasa... ee... grupa rewolucjonistów... eee.... - plątał się w słowach.
- Ach rozumiem. Dane było mi słyszeć już o wielu różnych Milczących. To bardzo zabawne, że potrafisz utrzymać jakiś humor, po tym... wszystkim. - powiedział przyjaznym tonem Aideen.
- Co z tymi, którzy umarli? - zapytałam.
- Znajdują się w Niebie, albo w Edenie. Zależnie od przypadku.
- Czy to jakaś różnica?
- Wbrew pozorom całkiem spora. W raju znajdują się wszystkie dusze, które na to zasłużyły i wszystkie, które zakończyły swoją próbną egzystencję przed całą aferą z rozbiciem arcyrzeczywistości.
- Mogę porozmawiać z mamą i tatą?! po tych wszystkich latach?! - zapytałam. Bardzo zależało mi na odpowiedzi.
- Ze względów bezpieczeństwa, zdecydowaliśmy się na zapieczętowanie Edenu. Jeśli Lazarius zdobyłby niebo, zjadłby wszystkie dusze, którym obiecano święty spokój. W Niebie zostali wszyscy, którzy są gotowi spędzić wieczność w pustce, bez świadomości, bez myślenia, pochłonięci we wsze czasy ciemnością.
- Dla ciekawostki dodam, że Rajskich Ogrodów bronią ci śmieszni panowie, którzy tytułują się jako "Hiszpańska Inkwizycja". Spotkaliście ich już i okazali się całkiem pomocni. Pamiętacie, czyż nie? - zapytał Evangelagen.
- W takim razie... Muszę porozmawiać z wujkiem... Wiem, że został i wiem, że zamierza walczyć. - powiedziałam z przekonaniem. Twarz Lily nabrała uśmiechu. Stało się więc dla mnie jasne, że się nie mylę.
Wśród drużyny pierścienia panowały różne poglądy.
- Panowie, zabłądziliśmy jak mniemam. - zaczął Lowelas.
- Dobrze mniemasz... - nie krył zdenerwowania Bulbo. - Moim zdaniem to nie nasza wojna. Musimy się oddalić. Walka z siłami transcendentalnymi wykracza ponad nasze idee. Musimy wyzwolić Bobror... Wyzwolić go od cieni. - starał się być przekonywujący. I.. chyba był. Mimli bił mu brawo, a wzruszony Bobromir aż przecierał łezkę ze wzruszenia.
Do naradzającej się drużyny dołączyły Celestine i Talia.
- Silver będzie bardzo zły, kiedy dowie się, że zniknęłyśmy i już prawdopodobnie nigdy nie wrócimy. - zaczęła druga z nich
- Musimy stąd uciec... - wymamrotał Bobromir. - Bulbo ma rację. To nie nasza wojna. - przytoczył zdanie, które doprowadziło go do wzruszenia.
Wiele wskazywało na to, że nasza grupa się wkrótce uszczupli. Jednak ja to zwykle bywało, wkrótce miało nadejść wybawienie.
Za plecami potencjalnych uciekinierów ukazał się Barandalf razem z szóstką innych magów. Był wśród nich Burektor Mateusz.
- Kiedyś myślałem, że sam mogę rządzić światem. - zaczął Barandalf głosem mędrca. - I... skończyło się to w ten sposób, że przegrałem przez własną porywczość. Nie liczyłem się zupełnie ze zdaniem innych.
- Wiem o czym mówisz... - odezwał się Burektor. - Rządzenie Uniwersytetem może i dawało sporą satysfakcję, ale... to w końcu moi uczniowie pozbyli się wszystkich plag drobiu chaosu. A ja... A ja... w czasie wielkiego zagrożenia siedziałem na krześle i czytałem książki...
- Co macie na myśli? - zapytała Celestine.
- To my wrócimy do Krainy Czarów i to my pozwolimy jej odzyskać stary blask. Andromeda nie żyje, więc powinniśmy sobie poradzić.
Wy moja droga młodzieży, walczcie razem z innymi o lepsze jutro. Wszechświat jest w waszych rękach. - wymamrotał Chrumburak. Niby popluł się dobre kilkanaście razy, mówiąc to jakże patetyczne zdanie, ale odeszło to jakby na drugi tor. Większość obradujących tu osób jednak uznała za miłe słowa wieprza i wzięła je sobie do serca.
- Porozmawiamy również z Silverem. Myślę, że po tych całych niesnaskach z odejściem Genesissa, konieczna będzie wreszcie jakaś wspólna rozmowa. Paladyni i Czarodzieje powinni połączyć swoje siły. - głosił swoje idee Spielmauster.
- Genesiss... właśnie... a co z nim? - zapytała Talia.
- Jest tutaj. To właściwie jego decyzja, żebyśmy wrócili do uniwersytetu. Mówił, że mamy go nie zawieść. - stwierdził Gulguldryk.
Czarodzieje po jakimś czasie udali się do Lily. Poprosili ją o powrotne zesłanie do Krainy Czarów.
- Macie świadomość tego, że Kraina przeżywa teraz większe cierpienia niż za czasów Andromedy i Azraela? Tenebris rozlało się na cały wszechświat, jego niebo zostało zakryte przez mrok. Ten powrót to czyste samobójstwo. Umierając nie traficie już do Nieba. Traficie do epicentrum chaosu Lazariusa i prawdopodobnie nigdy stamtąd nie wrócicie.
- Moja Królowo - nie szczędził pochlebstw Barandalf - To nasza ojczyzna. Musimy o nią walczyć. Wspólnymi siłami uda nam się odeprzeć siły wroga. - powiedział z przekonaniem. Lily patrząc na powagę i głodne walki miny siódemki czarodziejów, nie mogła dać się błagać.
Po chwili zesłała ich ponownie do Krainy Czarów.
Genesiss spoglądał na Iris.
- Więc mówisz, że przez te wszystkie lata byłaś walkirią przestrzeni? To doprawdy ciekawa praca...
- Nudna jak cholera, ale da się wyżyć. Dostałam to powołanie od samego Alpy, jeszcze przed zaraniem dziejów. - powiedziała z lekkim znudzeniem. - W takiej sytuacji nie mogłam zajmować się niczym innym.
- Byłaby z ciebie inteligentna czarodziejka... - powiedział z przekonaniem, patrząc jej prosto w oczy.
- Przez jakieś dwa i pół tysiąca lat nikt nie powiedział mi czegoś tak miłego. Zaczynasz mi się podobać. Nie zepsuj tego. - odparła z uśmiechem na twarzy. Genesiss milczał przez chwilę, aby zebrać wszystkie myśli.
- To może dasz się namówić na kilka godzin treningu czarów? - uśmiechnął się w jej stronę. Iris pokiwała głową.
Rozmawiali również Stratovairus, Slendermole i Lennabeth.
- Muszę wrócić. Ojczyzna wzywa. Ktoś musi przywrócić Świętym Bagnom dawny klimat... dawny ład. Ktoś musi stać na straży uciśnionych i pomóc dzieciakom Genesissa. Myślę, że razem z Silverblade'm damy sobie radę.
- Nie będę Cię zatrzymywać. Wierzę, że tym razem nie dasz się zaskoczyć.
- Nie dam. Będę miał oczy ze wszystkich stron głowy... - zaśmiał się. W tym momencie na jego głowie pojawiło się kilkanaście nowych gałek ocznych.
- Jak zawsze w humorze... - uśmiechnęła się Lennabeth. Towarzyszący jej Slender klepnął strażnika Świętych Bagien po ramieniu.
- Życzę udanej walki o nasz dom... mistrzu.
- Nigdy nie byłeś na tyle zwariowany by prawić komplementy, Krecie Bez twarzy - zdziwił się Stratovairus.
- Pozory mylą... - uśmiechnął się.
Kiedy Stratovairus zdecydował się na zejście na dół, ja również postanowiłam działać. Podeszłam do Maxwella.
- Już wiesz, prawda? - zapytałam.
- O czym? O tym, że banda starych dziadów z siwymi brodami jednogłośnie stwierdziła, że jesteś przeznaczona komuś innemu? Wierzysz im? Nie znałem Cię z takiej strony. Do tej pory raczej gardziłaś tym co istnieje nad nami.
- Wraz z każdym kolejnym dniem zaczynam rozumieć swoje przeznaczenie. Zaczynam pojmować, że zostałam stworzona do większych rzeczy.
- Zaiste ciekawe... - nie krył zdenerwowania. - I to wystarczający powód na rozstanie. Jesteś śmieszna, wiesz?
- Maxwell...
- Po prostu... zejdź mi z oczu. - powiedział i oddalił się w znanym tylko sobie kierunku.
Maxwell przeszedł kilka kroków, po czym usiadł przy jednym ze stolików i zaczął szlochać...
- Uratuj jej życie, rób dla niej wszystko, tęsknij za nią każdego dnia rozłąki i otrzymaj co?! ZOSTAŃMY PRZYJACIÓŁMI! - nie mógł się pogodzić. Prawdopodobnie szlochałby najchętniej jeszcze przez kilkanaście kolejnych lat, ale otrzymał porządnego plaskacza w twarz.
- I ty nazywasz siebie rycerzem?! - usłyszał głos. Zalany łzami odwrócił głowę i ujrzał przed sobą Emmelie. - Nie zachowuj się jak skończony idiota. Życie jest trudne i trzeba się z tym pogodzić. Jasne?
- Jasne.. wymamrotał.
- Błąd! - wykrzyczała i jeszcze raz uderzyła go w twarz. - Jeśli życie daje Ci mocno po kościach, nie możesz tego zaakceptować. Musisz dowalić mu jeszcze bardziej niż one tobie! - starała się być przekonywująca.
- Więc masz na imię Emmelie, tak? - zapytał z delikatnym uśmiechem na twarzy.
Było mi trochę przykro, że musiałam zostawić Maxwella na pastwę losu. Wiedziałam jednak, że Emmelie będzie potrafiła się z nim szybko zaprzyjaźnić. Zarówno Sir Ser jak i uczennica Genesissa, mogli pochwalić się podobnym, zadziornym charakterem.
- Nie wierzę... To ty Ali? - usłyszałam znajomy głos. Moje serce zaczęło bić kilkanaście razy szybciej. Wiedziałam do kogo ten głos należy, ale wciąż nie mogłam w to uwierzyć. Obejrzałam się i po chwili moim oczom ukazał się Olivier. Z dziecięcą radością, czym prędzej schowałam się w jego ramionach.
- Już dobrze... - zaczął mnie pocieszać. Nie chcę już nawet opisywać co wtedy czułam, co czuły moje włosy, bombardowane z sekundy na sekundę przez hektolitry łez szczęścia... nie chcę opisywać niczego... Ta chwila była czymś, czego nie dało się wyrazić słowami.
- Przepraszam, że musiałaś przeze mnie cierpieć. - powiedział ze smutkiem. Wyczułam na sobie drugi strumień łez. Wujkowi najpewniej było równie przykro.
- Nie powinnam... nie powinnam wypływać w nieznane.
- Ale przeżyłaś. - uśmiechnął się. Widziałem czego dokonałaś i jestem święcie przekonany że Jonas i Marybeth byliby z Ciebie bardzo dumni. - powiedział z przekonaniem.
- A Ty... jesteś? - zapytałam z uśmiechem.
- Pewnie że tak. - odparł uradowany. Po fakcie przytulił mnie jeszcze raz.
(...)
- Więc To ty jesteś Vivilion? - zwrócił się do najgorszego koszmaru Maxwella.
- Tak właśnie. - powiedział z uśmiechem na twarzy. - Bardzo miło mi pana poznać.
- Mi również. - odwzajemnił uśmiech. Chwilkę później wziął Viva na stronę.
- Pozwolisz nam Alysiu? - zagadał. Nie widziałam nic przeciwko męskiej rozmowie, więc przytaknęłam.
(...)
- Nie możesz nigdy, ale to przenigdy jej skrzywdzić! - wykrzyczał w stronę lwa, starając zachować pozory przyjacielskiej rozmowy. - Alysia bardzo wiele wycierpiała. Najpierw straciła rodziców, potem straciła setki przyjaciół, a potem... kolejne najbliższe jej osoby.
- Zapewniam pana, że przy mnie nie stanie się jej nigdy żadna krzywda. - powiedział z lekkim zdezorientowaniem. Najzabawniejsze w tym wszystkim było jednak to, że zarówno jeden jak i drugi nie wiedzieli o moim darze obserwowania. Patrzyłam na całą konwersację z uśmiechem na twarzy, a w duchu wreszcie mogłam poczuć tę radość... radość wynikającą ze szczęścia, radość wynikającą z tego, że ktoś wreszcie się mną zainteresował i nie jest mu obojętny mój los.
Kątem oka spojrzałam na rozmawiające La-Sheei i Delayę.
- To Ty jesteś La-Sheei? Mam rację? - zagadała Delaya. - Naprawdę bardzo ciekawe imię. - uśmiechnęła się.
- To nie do końca moje imię. To taki trochę pseudonim, wymyślony mi przez brata. Naprawdę mam na imię Layla.
- Miło mi, jestem Delaya. Ech ten Diego... Jak udało mu się wpaść na taki pomysł?
- To przez jeden serial, którego był fanatykiem. Może to zabrzmi śmiesznie, ale na ich punkcie miał takiego bzika jak na punkcie wiary. - uśmiechnęła się. - Słyszałam, że Diego zniknął. Co tak właściwie się z nim stało?
- Uciekaliśmy ze statku, na którym prali się najpotężniejsi w Archipelagu Kreacji. Diego został ostatni. Wszyscy zdążyli się uratować z wyjątkiem jego. Pochłonęło go bardzo jaskrawe światło. Przez chwilę byłam przekonana, że jest tutaj z nami...
- A jednak go nie ma... - załkała. - Myślisz, że nie żyje? - zapytała.
- Gdyby nie żył, z pewnością byłby wśród nas. Myślę, że nie zniknął przypadkiem i wkrótce dowiemy się co z nim jest. - uśmiechnęła się Delaya.
- Chodź, zapraszam Cię na kremówki. Z pewnością je tutaj mają.
- Czemu akurat kremówki?
- Nie wiem, są smaczne. Słyszałam również, że lubił je jakiś przywódca religijny. Zjedzmy coś za tego nieczułego drania. - nie pozwoliła dobremu humorowi odejść. Obie panie udały się w stronę okolicznego bufetu. Tak... bufetu.
Po kilku godzinach wzajemnej integracji, śmiechach i momentalnych płaczach, Delaya i Layla stały się najlepszymi przyjaciółkami.
Pożegnały się ze sobą i stwierdziły, że liczą na kolejne towarzyskie rozmowy.
Wróćmy może teraz do forumowej ferajny.
Izzy, AdamZet i jakiś nieznany kret w okularach siedzieli przy jednym stole. Rozmowa tyczyła się głównie tego, jak fajnie jest być leniwym. Obaj panowie stwierdzili jednak, że jest to również trochę i złe, gdyż przynosi za sobą sporą liczbę niemiłych zdarzeń. A to spadających z nieba kotów, kowadeł, albo rozgrywających głowy potworów-transwestytów.
Kret w okularach patrzył na nich ze zdziwieniem.
- PRZENIOSŁEM SIĘ W CZASIE! - wykrzyczał.
Adam i Izzy spojrzeli na niego ze zdziwieniem. Jak się później okazało, mieli do czynienia z niejakim Doktorem.
Powiedział im o niesamowitych przygodach jakie dane było mu przeżyć i skrytykował ich luźne podejście do życia. Poprosił o więcej ambicji. Obaj panowie zastanawiali się nad swoim zachowaniem.
- A tak właściwie to dlaczego nie żyjesz? - zapytał Adam.
- Przesadziłem z... budową nowego świata. Zostałem przygnieciony przez jego potęgę... Cóż... czasem nawet i najbystrzejszy umysł się gubi w obliczeniach. - starał się być przekonywujący.
Rozmowa toczyła się również w gronie Kogutów.
- Andżelika... Justyna... koko koo.. koo... - Jak one sobie bez nas poradzą koko? - zagadał Kornelek do Wynalazcy.
- Justynka..ka... - tęsknię za nią... - nie krył smutku na twarzy.
- Tęsknota za życiem ziemskim jest jednym wielkim paradoksem - usłyszeli potężny męski głos. Im oczom ukazał się wilk ubrany czarny garnitur.
- Bardzo mi nieprzyjemnie, Profesor Raphael January Haywood. - zagadał.
- Kogut Wynalazca i Kokokornelek... - powiedzieli niemal jednogłośnie.
- Słyszałem, że drzemie w was instynkt podbijania świata swoimi wynalazkami. To bardzo dobrze! Przydacie mi się moi drodzy panowie!
- Co... koko masz na myśli? - zapytał zdezorientowany Kogut Wynalazca.
- Anioły potrafią przenieść się do przeszłości, ale paradoksalnie nie mogą jej zmienić. Myślę, że jestem w stanie naprawić ten problem.
Oboje kiedyś zbudowaliśmy wehikuł czasu, a nasze zmiany dotyczyły tylko najprostszych rzeczy. Chcę stworzyć coś ponadglobalnego.
Chcę stworzyć machinę, która zagnie całą czasoprzestrzeń. Chcę stworzyć coś, co pozwoli przedrzeć się przez wszystkie ciemności Tenebris, coś co naprawi je od środka, coś co stworzy wiele paradoksów dziadka, cioci a może nawet i babci! Coś co pomoże naprawić nam ten jeden wielki bajzel...
- Aha... Koko.. A jak chcesz to kokoko... zrobić? - zapytał Kornelek.
- Jeszcze nie wiem. - powiedział ze spuszczoną głową.
Czarnoksiężnik i Api rozmawiali o przeżytych przygodach i próbowali interpretować sens przepowiedni natchnionych. Ich rozmowa była bardzo głośna i czasem pełna niecenzuralnych wyrazów, głównie to z jednej ze stron (ciężko się domyślić której).
Konwersacja miała jednak zakończyć się z momentem pojawienia się dwóch osobników.
Byli to Marylin i Serphan, znani z poprzednich plansz.
- Ty, Serphan... Chyba już ich kiedyś widzieliśmy... nie sądzisz? - zapytał jeden z nich.
- Moja niedoszła pani domu... Znowu się spotykamy... - zwrócił się Serphan w stronę Api.
Równie ciekawe rozmowy toczyły się między Reksiem i Kari-Matą Hari oraz Kretesem i Molly. Dwie pary choć oddzielnie, wspólnie rozmawiały na temat nostalgii.
- Gdyby nie ten budyń, siedzielibyśmy w domu, jedli makaron i śpiewali piosenki jak to bardzo jesteśmy szczęśliwi - wymamrotał Kretes.
- Oj tam... Kretesiku - zaczęła Molly. - Ale przynajmniej się dobrze bawimy, nie sądzisz?
- Hauu ale herbatka dobra... - był zły na siebie Reksio.
- To nie twoja wina kochany... Nie byłeś sobą. - Reksio spoglądał na Kari ze smutkiem na twarzy. - Po prostu... czasem zdarzają się sytuacje, w których nie jesteśmy sobą. A los chciał tak a nie inaczej. Barandalf żyje i ma się dobrze, a Zielony Lis odpowie za swoje.
- Rhale rhoo wreh wreer rrie - powiedział ze smutkiem Reksio.
- Reksiu, skończ szczekać trzy po trzy - oburzył się Kretes. - Jesteśmy rodziną! Razem pokonamy to z czym każe nam zmierzyć się los. Nie uciekniemy! Będziemy walczyć! Pokażemy temu dziadowi, że zadzierał nie z tym kim trzeba! On gorzko tego pożałuje! - wykrzyczał.
- Dokładnie Kretesiku... Dokładnie... - pochwalała go Molly.
- Dokładnie... - odparła Kari-Mata Hari.
- To co mój dzielny psie? - zagadał - Pora na kolejną przygodę? - uśmiechnął się.
(...)
- Więc moja droga Lilko mówisz, że wszyscy, którzy nie chcieli walczyć o los tego śmiesznego świata, zostali przeniesieni do swoich poprzednich ziem? - zapytał Theoseres.
- Coś w tym stylu... Ale proszę... nie uogólniaj. Każdy przypadek jest inny. Niektórym po prostu zależy bardziej na dobru najbliższych, planetarnych poddanych, czy po prostu tamtejszej rodziny. Wcale nie jest tak, że wszyscy stchórzyli. Oni też walczą o lepsze jutro... z tym, że na ciut mniejszej... przestrzeni. Im też będzie dane zmierzyć się z kreaturami Tenebris, z czymś czego obawiał się nawet sam Azenesai. - starała się być przekonywująca.
- A jak z tym Nestardielem? Myślisz, że warto wiązać się z kimś, kto rozpoczął tyle chaosu?
- Neville i tak zrobiłby to co zrobił. A cała sytuacja z Nestardielem pozwoliła nam zrobić jakąś rozgrzewkę. Pozwoliła nam rozgrzać szare szeregi śmiertelników i stworzyła wśród nich mobilizację. Jak pewnie wiesz, faceci robią wiele dziwnych rzeczy, których potem żałują.
Ale... wiesz co z tego wynika?
- Wiem, ale nie powiem... Hee heee heee.
- Jak zawsze cyniczny... - powiedziała ze złością. - Wynika z tego to, że prędzej czy później trzeba im wybaczyć... - powiedziała z przekonaniem.
Do rozmowy chwilę później wtrąciła się Delaya.
- Wybacz Lilyness... Ale co tak właściwie stało się z Diego? Nie ma go tu, a powinien być.
- Nie mam zielonego pojęcia... - powiedziała ze smutkiem na twarzy.
- Ja to ogólnie obstawiam kosmitów, albo bandę starszych pani walczących o krzyż. Oślepiła go kwintesencja ich łysin i trafił do miejsca, które nie śniło się nawet tutejszym filozofom. Hee hee h... - Ciszu nie zdążył dokończyć swojego charakterystycznego śmiechu. Delaya kopnęła go w kroczę. Ten zwijając się z bólu padł na ziemię.
Lily się uśmiechnęła.
- Zajmę się twoją sprawą jak najszybciej - powiedziała przyjacielskim tonem. Zasługujesz na moją pomoc. Heeh... - zaśmiała się. - Ciszu jak pewnie widzisz, wcale nie warto być wrednym pajacem przez całe swoje życie.
- Czasami tęsknię za swoim egzoszkieletem... Niby nic o nim nie pamiętam... Ale czuję, że nieźle bym się w nim sprawdziła.
Layla wciąż siedziała przy tym samym stoliku. Podszedł do niej Aideen.
- To ty jesteś La-Sheei? - zagadał. Chwilę później usiadł po jej przeciwnej stronie.
- Skończcie już z tym pseudonimem... - nie kryła zażenowania. - Jestem Layla. - powiedziała.
- Jestem...
- Tak... Aideen. To już słyszałam. Obstawiam, że chcesz zagadać, bo Ci się spodobałam. Pozwól, że rozwieję wszystkie twoje wątpliwości...
- Nie, to nie tak. Jesteś piękną istotą, twoje imię może rozjaśniać każdy ponury dzień, ale nie jestem tutaj w tej sprawie. - uśmiechnął się. La-Sheei patrzyła na niego ze zdezorientowaniem.
- W takim razie słucham.
- Jesteś siostrą Diego. Słyszałem historię, że rozmawiał z nim sam Stwórca.
- No tak, w końcu przez to postanowiliśmy wkroczyć do tego Całego Archipelagu Kreacji...
- Ujarzmić Destrukcję i Egzekutora, prawda? Niezbadane są ścieżki Alphy... Jak myślisz, dlaczego zniknął?
- Sama nie wiem... - powiedziała ze smutkiem.
- Nie uważasz, że to podejrzane? Najpierw ta cała rozmowa z absolutem, a później zniknięcie? Moim zdaniem jest to powiązane.
- Może i masz rację... Ale co w związku z tym ? - zapytała. Aideen wstał i poprowadził dziewczynę w stronę schodów.
Po chwili wskazał ręką w ich stronę.
- Widzisz je?
- Zwyczajne schody... Oj no dobra... Pewnie schody prowadzące do jakiejś interakcji...
- Kilka poziomów wyżej znajduje się miejsce zwane Zmierzchem Świtu...
- Przecież to głupie... - skrytykowała.
- Nie ja wymyślałem nazwę. Wymyślił ją taki jeden grubawy wół, który razem z kolegami zamknął się na górze. Przez setki lat nie mówił nic... A gdy przyszło co do czego, powiedział "TO ZMIERZCH ŚWITU! TY SOLONY PELIKANIE!" i trzasnął mi drzwiami przed nosem. - powiedział ze smutkiem na twarzy. Dziewczyna się uśmiechnęła.
- Całkiem ładnie się uśmiechasz... - skwitował Aideen. Layla zrobiła to jeszcze raz, lecz tym razem spojrzała mu prosto w oczy. Szybko jednak tego zaprzestała.
- Więc jaki jest plan? - spojrzała trzeźwo na oczy.
- Hmm... Skopać ich grubawe tyłki i domagać się kilku podstawowych informacji. Na przykład informacji o miejscu... gdzie znajduje się Diego.
- Skąd pewność że będą wiedzieć?
- Milczący od zawsze jakimś niewytłumaczalnym prawem byli najbliżej Alphy.
- Wiesz co? - zaczęła. - Muszę to wszystko przemyśleć... To za dużo jak na jeden dzień... Może mnie odprowadzisz do miejsca, w którym mogłabym się zdrzemnąć? - zapytała. Aideen pokiwał głową.
- Ach ci śmiertelnicy... wciąż potrzebują snu... Rozumiem - uśmiechnął się. Chwilę później, nie chcąc słyszeć kolejnych pytań, przeteleportował dziewczynę do przytulnego, ciepłego pokoju. Sam udał się na niebiański hol, by porozmawiać z innymi aniołami.
Wtedy jednak miało miejsce coś dziwnego. Do Niebios wparowała Maven. Pełna radości wykrzykiwała hasła podzięki.
- Dzięki wam Archipelag Kreacji znowu istnieje! - nie kryła swojego szczęścia.
- To nie zeżarł go ten wredny lis? - zapytał Onevatho.
- Skądże! Fiction i Aspekty Kreacji przywróciły Archipelagowi jego dawny blask! Wszystko wróciło do normalności! Dziękuję wam kochani! Macie moją osobę! Chętnie pomogę wam w walce o lepsze jutro! - krzyczała dalej.
- Stop... Maven... Stop... - chciała pohamować ją Lily. - Słyszałam twoje modlitwy, więc pozwoliłam moim aniołom doprowadzić Cię do Nieba. To co jednak mówisz... mija się z prawdą. Jesteś pewna swoich słów?
- Przybywam na polecenie Fictiona. Kazał podziękować za wasz wkład w uratowanie Archipelagu... więc dziękuję... - uśmiechnęła się.
- TO CESARZ ŻYJE?! - wykrzyczał Onevatho, olewając totalnie swoje elokwentne podejście do rzeczywistości. - LILY! ODSYŁAJ MNIE NATYCHMIAST! MUSZĘ ZŁOŻYĆ MU HOŁD! - krzyczał dalej.
Lily zamknęła oczy, a po chwili jej ciało zdawało się trwać w jakimś transie. Kiedy już z niego wyszła, zrozumiała co jest na rzeczy.
- Hmm... masz rację. To bardzo ciekawe, ale wszyscy myśleliśmy że Archipelag został pochłonięty przez Ciemność Tenebris. Najciekawsze jest jednak to, że pomimo starań, nasza pomoc nie uratowała waszego wymiaru... Ale... to nie wyklucza jednej opcji.
- Masz na myśli interwencję tatusia? - zapytał Evangelagen.
- Najwyraźniej mój drogi... najwyraźniej...
Nie obserwowałam już dalej sytuacji. Znużył mnie sen, w końcu byłam tą nieszczęsną śmiertelniczką. Zasypiając słyszałam jakieś odgłosy teleportacji i różne inne takie... Obstawiam, że Onevatho wrócił do swojego pana.
(...)
Obudziłam się w nocy. Mój organizm nie wytrzymywał okolicznego zapachu. Obudziłam się i kichnęłam.
- Cholerne chryzantemy... Rozumiem wystrój Nieba, ale mam na nie alergię... mogliby je sobie oszczędzić... - pomyślałam.
Sfrustrowana zaistniałą sytuacją postanowiłam sprawdzić czy wszystko gra. Spali wszyscy z wyjątkiem aniołów, Czarnoksiężnika, Api i ich starych przyjaciół. Prowadzili z pewnością ciekawą dyskusję, ale... nie chciało mi się jej przysłuchiwać.
I wtedy zrozumiałam, że nie śpi jeszcze Miaul.
Malcom był ewidentnie sfrustrowany. Nie czuł się tutaj najlepiej, a pobyt w sali z kolędami doprowadził go do głośnego śpiewania zdecydowanie mocniejszych kawałków.
- Proszę przestać proszę pana. - powiedział jakiś dzieciak ze skrzydełkami.
- JAK MOŻNA SŁUCHAĆ KOLĘD 49h na dobę?! - nie krył zdenerwowania.
- To sala kolęd. Musi pan dostosować się do naszych zasad. Jeśli nie, to droga wolna.
- Mam gdzieś wasze drogi... - wymamrotał. Po chwili użył miecza świetlnego i skrócił swojego rozmówcę o głowę. Upewnił się, że nikt nie zobaczył tego co zrobił.
Zdenerwowany zaistniałą sytuacją postanowił działać. Postanowił zwalić na kogoś swoją winę. Chwycił to co zostało z dzieciaka, umiejętnie pozmywał krew, a dowody zbrodni schował za swoją peleryną.
Chodził przez chwilę w kółko, aż w końcu wymyślił co zrobi. Podszedł do śpiącego w oddali Kretesa102 i podrzucił mu głowę młodego anioła i pobrudził krwią dzieciaka jego ubiór.
Sam zaś udał się do Aideena i wywołując sztuczne przerażanie, zaczął oczyszczać się od winy.
- PANIE AIDEEN! ZBRODNIA! STRASZNA ZBRODNIA! TEN GRUBAS ZJADŁ TAKIEGO MAŁEGO ANIOŁKA, KTÓRY ŚPIEWAŁ KOLĘDY I TERAZ ZASNĄŁ! BOJĘ SIĘ O WŁASNE ŻYCIE! - wykrzyczał.
Aideen nie zamierzał czekać ani chwili dłużej. Podszedł do Kretesa102 i pełen pretensji go obudził.
- Doszły mnie słuchy że zeżarłeś jakiegoś dzieciaka. Co masz na swoją obronę?
- Dzień dobry... Bardzo mi przykro, Api Apicka. - przywitała się Api z nieznajomym.
- Aideen. Miło mi Cię poznać Api - powiedział z uśmiechem na twarzy.
- Lilyness, czy to oznacza, że wszyscy już nie żyjemy, a multiversum nie istnieje? - zapytała.
- Zostaliście wniebowzięci! emm... domyślam się, że z tego powodu nie jesteście wniebowzięci... - załkała. - Ale... żyjecie i to najważniejsze. Pytacie o sprawy... cóż, bardzo się pokomplikowały. Lazarius jest na wolności, Tenebris rozlało się na cały wszechświat a my musimy sobie jakoś poradzić z tą powodzią.
- Eeeee, ponoć ja też jestem w niebie. Przynajmniej taki jeden czerwony kot tak twierdzi... - zdziwił się Dawid. Miaul spojrzał na niego ze zdziwieniem.
- JA TAK TWIERDZĘ?! JA TAK TWIERDZĘ?! - nie wytrzymał. - To kłamstwo! Ty tam, Lily... on grzeszy w niebie! zrób mu coś! -nie krył zdenerwowania. Evangelagen zbliżył się do Dawida i popatrzył na niego groźnie. Ten nie zamierzał długo się rozwodzić nad niezręcznym tematem. Postanowił go zmienić.
- Macie jakiś plan, anioły? Jak wygląda sytuacja? Można tu gdzieś coś zjeść? No bo od początku Cyrku nie miałem nic w ustach... No i takie różne pytania dla przykładu.
- Tak, mamy pewien plan. - powiedział chłodnym tonem. - Uważamy jednak, że nie jesteście jeszcze zgraną ekipą i potrzebujecie integracji. Jeśli osiągniecie jej maksymalny poziom, wszystko stanie się jasne.
Art nie przejął się zbytnio sytuacją, która właśnie przed nim stanęła. Zostawił przerażoną zaistniałą sytuacją Cellie i oddalił się w nieznanym kierunku.
Wrócił po jakiejś godzinie, nucąc sobie pod nosem jakąś religijną piosenkę. Był najprawdopodobniej bardzo zadowolony z tego co otrzymał, albo z tego co właśnie dane było mu przeżyć.
- Zapewne zastanawiacie się kim jestem... - zaczął Aideen. - Jestem mrówką na torach w starciu z nadjeżdżającym pociągiem. Jestem nadzieją lepszego jutra, jestem najmłodszym synem Stwórcy. Jestem...
- Poetą... - nie kryła zachwytu Lilyness.
- Udało mi się porozmawiać z Milczącymi. Myślę, że wiem co zrobić, aby zesłać na świat światło, które zniszczy otaczający go wieczny mrok.
- Ale wam tego póki co nie powie, gdyż wśród was jest za dużo różnic i nie mamy pewności czy możemy wam zaufać. Musicie się bliżej poznać, bardziej zintegrować i wtedy pogadamy - odparł Evan.
- Phaaah! Też mi coś! - nie krył zażenowania Miaul. - Mi też udało mi się porozmawiać z Milczącymi.
- Jak tego dokonałeś? - zapytał Aideen. Malcolm przymrużył oczy i delikatnie się zaczerwienił. Wiedział, że wyjawiając prawdę, zrobi coś okropnego i prawdopodobnie skaże się na nieszczęście.
- Ale z takimi innymi milczącymi. Bo widzisz panie aniele... e... pochodzę z innej galaktyki i tak właśnie zwie się tamtejsza rasa... ee... grupa rewolucjonistów... eee.... - plątał się w słowach.
- Ach rozumiem. Dane było mi słyszeć już o wielu różnych Milczących. To bardzo zabawne, że potrafisz utrzymać jakiś humor, po tym... wszystkim. - powiedział przyjaznym tonem Aideen.
- Co z tymi, którzy umarli? - zapytałam.
- Znajdują się w Niebie, albo w Edenie. Zależnie od przypadku.
- Czy to jakaś różnica?
- Wbrew pozorom całkiem spora. W raju znajdują się wszystkie dusze, które na to zasłużyły i wszystkie, które zakończyły swoją próbną egzystencję przed całą aferą z rozbiciem arcyrzeczywistości.
- Mogę porozmawiać z mamą i tatą?! po tych wszystkich latach?! - zapytałam. Bardzo zależało mi na odpowiedzi.
- Ze względów bezpieczeństwa, zdecydowaliśmy się na zapieczętowanie Edenu. Jeśli Lazarius zdobyłby niebo, zjadłby wszystkie dusze, którym obiecano święty spokój. W Niebie zostali wszyscy, którzy są gotowi spędzić wieczność w pustce, bez świadomości, bez myślenia, pochłonięci we wsze czasy ciemnością.
- Dla ciekawostki dodam, że Rajskich Ogrodów bronią ci śmieszni panowie, którzy tytułują się jako "Hiszpańska Inkwizycja". Spotkaliście ich już i okazali się całkiem pomocni. Pamiętacie, czyż nie? - zapytał Evangelagen.
- W takim razie... Muszę porozmawiać z wujkiem... Wiem, że został i wiem, że zamierza walczyć. - powiedziałam z przekonaniem. Twarz Lily nabrała uśmiechu. Stało się więc dla mnie jasne, że się nie mylę.
Wśród drużyny pierścienia panowały różne poglądy.
- Panowie, zabłądziliśmy jak mniemam. - zaczął Lowelas.
- Dobrze mniemasz... - nie krył zdenerwowania Bulbo. - Moim zdaniem to nie nasza wojna. Musimy się oddalić. Walka z siłami transcendentalnymi wykracza ponad nasze idee. Musimy wyzwolić Bobror... Wyzwolić go od cieni. - starał się być przekonywujący. I.. chyba był. Mimli bił mu brawo, a wzruszony Bobromir aż przecierał łezkę ze wzruszenia.
Do naradzającej się drużyny dołączyły Celestine i Talia.
- Silver będzie bardzo zły, kiedy dowie się, że zniknęłyśmy i już prawdopodobnie nigdy nie wrócimy. - zaczęła druga z nich
- Musimy stąd uciec... - wymamrotał Bobromir. - Bulbo ma rację. To nie nasza wojna. - przytoczył zdanie, które doprowadziło go do wzruszenia.
Wiele wskazywało na to, że nasza grupa się wkrótce uszczupli. Jednak ja to zwykle bywało, wkrótce miało nadejść wybawienie.
Za plecami potencjalnych uciekinierów ukazał się Barandalf razem z szóstką innych magów. Był wśród nich Burektor Mateusz.
- Kiedyś myślałem, że sam mogę rządzić światem. - zaczął Barandalf głosem mędrca. - I... skończyło się to w ten sposób, że przegrałem przez własną porywczość. Nie liczyłem się zupełnie ze zdaniem innych.
- Wiem o czym mówisz... - odezwał się Burektor. - Rządzenie Uniwersytetem może i dawało sporą satysfakcję, ale... to w końcu moi uczniowie pozbyli się wszystkich plag drobiu chaosu. A ja... A ja... w czasie wielkiego zagrożenia siedziałem na krześle i czytałem książki...
- Co macie na myśli? - zapytała Celestine.
- To my wrócimy do Krainy Czarów i to my pozwolimy jej odzyskać stary blask. Andromeda nie żyje, więc powinniśmy sobie poradzić.
Wy moja droga młodzieży, walczcie razem z innymi o lepsze jutro. Wszechświat jest w waszych rękach. - wymamrotał Chrumburak. Niby popluł się dobre kilkanaście razy, mówiąc to jakże patetyczne zdanie, ale odeszło to jakby na drugi tor. Większość obradujących tu osób jednak uznała za miłe słowa wieprza i wzięła je sobie do serca.
- Porozmawiamy również z Silverem. Myślę, że po tych całych niesnaskach z odejściem Genesissa, konieczna będzie wreszcie jakaś wspólna rozmowa. Paladyni i Czarodzieje powinni połączyć swoje siły. - głosił swoje idee Spielmauster.
- Genesiss... właśnie... a co z nim? - zapytała Talia.
- Jest tutaj. To właściwie jego decyzja, żebyśmy wrócili do uniwersytetu. Mówił, że mamy go nie zawieść. - stwierdził Gulguldryk.
Czarodzieje po jakimś czasie udali się do Lily. Poprosili ją o powrotne zesłanie do Krainy Czarów.
- Macie świadomość tego, że Kraina przeżywa teraz większe cierpienia niż za czasów Andromedy i Azraela? Tenebris rozlało się na cały wszechświat, jego niebo zostało zakryte przez mrok. Ten powrót to czyste samobójstwo. Umierając nie traficie już do Nieba. Traficie do epicentrum chaosu Lazariusa i prawdopodobnie nigdy stamtąd nie wrócicie.
- Moja Królowo - nie szczędził pochlebstw Barandalf - To nasza ojczyzna. Musimy o nią walczyć. Wspólnymi siłami uda nam się odeprzeć siły wroga. - powiedział z przekonaniem. Lily patrząc na powagę i głodne walki miny siódemki czarodziejów, nie mogła dać się błagać.
Po chwili zesłała ich ponownie do Krainy Czarów.
Genesiss spoglądał na Iris.
- Więc mówisz, że przez te wszystkie lata byłaś walkirią przestrzeni? To doprawdy ciekawa praca...
- Nudna jak cholera, ale da się wyżyć. Dostałam to powołanie od samego Alpy, jeszcze przed zaraniem dziejów. - powiedziała z lekkim znudzeniem. - W takiej sytuacji nie mogłam zajmować się niczym innym.
- Byłaby z ciebie inteligentna czarodziejka... - powiedział z przekonaniem, patrząc jej prosto w oczy.
- Przez jakieś dwa i pół tysiąca lat nikt nie powiedział mi czegoś tak miłego. Zaczynasz mi się podobać. Nie zepsuj tego. - odparła z uśmiechem na twarzy. Genesiss milczał przez chwilę, aby zebrać wszystkie myśli.
- To może dasz się namówić na kilka godzin treningu czarów? - uśmiechnął się w jej stronę. Iris pokiwała głową.
Rozmawiali również Stratovairus, Slendermole i Lennabeth.
- Muszę wrócić. Ojczyzna wzywa. Ktoś musi przywrócić Świętym Bagnom dawny klimat... dawny ład. Ktoś musi stać na straży uciśnionych i pomóc dzieciakom Genesissa. Myślę, że razem z Silverblade'm damy sobie radę.
- Nie będę Cię zatrzymywać. Wierzę, że tym razem nie dasz się zaskoczyć.
- Nie dam. Będę miał oczy ze wszystkich stron głowy... - zaśmiał się. W tym momencie na jego głowie pojawiło się kilkanaście nowych gałek ocznych.
- Jak zawsze w humorze... - uśmiechnęła się Lennabeth. Towarzyszący jej Slender klepnął strażnika Świętych Bagien po ramieniu.
- Życzę udanej walki o nasz dom... mistrzu.
- Nigdy nie byłeś na tyle zwariowany by prawić komplementy, Krecie Bez twarzy - zdziwił się Stratovairus.
- Pozory mylą... - uśmiechnął się.
Kiedy Stratovairus zdecydował się na zejście na dół, ja również postanowiłam działać. Podeszłam do Maxwella.
- Już wiesz, prawda? - zapytałam.
- O czym? O tym, że banda starych dziadów z siwymi brodami jednogłośnie stwierdziła, że jesteś przeznaczona komuś innemu? Wierzysz im? Nie znałem Cię z takiej strony. Do tej pory raczej gardziłaś tym co istnieje nad nami.
- Wraz z każdym kolejnym dniem zaczynam rozumieć swoje przeznaczenie. Zaczynam pojmować, że zostałam stworzona do większych rzeczy.
- Zaiste ciekawe... - nie krył zdenerwowania. - I to wystarczający powód na rozstanie. Jesteś śmieszna, wiesz?
- Maxwell...
- Po prostu... zejdź mi z oczu. - powiedział i oddalił się w znanym tylko sobie kierunku.
Maxwell przeszedł kilka kroków, po czym usiadł przy jednym ze stolików i zaczął szlochać...
- Uratuj jej życie, rób dla niej wszystko, tęsknij za nią każdego dnia rozłąki i otrzymaj co?! ZOSTAŃMY PRZYJACIÓŁMI! - nie mógł się pogodzić. Prawdopodobnie szlochałby najchętniej jeszcze przez kilkanaście kolejnych lat, ale otrzymał porządnego plaskacza w twarz.
- I ty nazywasz siebie rycerzem?! - usłyszał głos. Zalany łzami odwrócił głowę i ujrzał przed sobą Emmelie. - Nie zachowuj się jak skończony idiota. Życie jest trudne i trzeba się z tym pogodzić. Jasne?
- Jasne.. wymamrotał.
- Błąd! - wykrzyczała i jeszcze raz uderzyła go w twarz. - Jeśli życie daje Ci mocno po kościach, nie możesz tego zaakceptować. Musisz dowalić mu jeszcze bardziej niż one tobie! - starała się być przekonywująca.
- Więc masz na imię Emmelie, tak? - zapytał z delikatnym uśmiechem na twarzy.
Było mi trochę przykro, że musiałam zostawić Maxwella na pastwę losu. Wiedziałam jednak, że Emmelie będzie potrafiła się z nim szybko zaprzyjaźnić. Zarówno Sir Ser jak i uczennica Genesissa, mogli pochwalić się podobnym, zadziornym charakterem.
- Nie wierzę... To ty Ali? - usłyszałam znajomy głos. Moje serce zaczęło bić kilkanaście razy szybciej. Wiedziałam do kogo ten głos należy, ale wciąż nie mogłam w to uwierzyć. Obejrzałam się i po chwili moim oczom ukazał się Olivier. Z dziecięcą radością, czym prędzej schowałam się w jego ramionach.
- Już dobrze... - zaczął mnie pocieszać. Nie chcę już nawet opisywać co wtedy czułam, co czuły moje włosy, bombardowane z sekundy na sekundę przez hektolitry łez szczęścia... nie chcę opisywać niczego... Ta chwila była czymś, czego nie dało się wyrazić słowami.
- Przepraszam, że musiałaś przeze mnie cierpieć. - powiedział ze smutkiem. Wyczułam na sobie drugi strumień łez. Wujkowi najpewniej było równie przykro.
- Nie powinnam... nie powinnam wypływać w nieznane.
- Ale przeżyłaś. - uśmiechnął się. Widziałem czego dokonałaś i jestem święcie przekonany że Jonas i Marybeth byliby z Ciebie bardzo dumni. - powiedział z przekonaniem.
- A Ty... jesteś? - zapytałam z uśmiechem.
- Pewnie że tak. - odparł uradowany. Po fakcie przytulił mnie jeszcze raz.
(...)
- Więc To ty jesteś Vivilion? - zwrócił się do najgorszego koszmaru Maxwella.
- Tak właśnie. - powiedział z uśmiechem na twarzy. - Bardzo miło mi pana poznać.
- Mi również. - odwzajemnił uśmiech. Chwilkę później wziął Viva na stronę.
- Pozwolisz nam Alysiu? - zagadał. Nie widziałam nic przeciwko męskiej rozmowie, więc przytaknęłam.
(...)
- Nie możesz nigdy, ale to przenigdy jej skrzywdzić! - wykrzyczał w stronę lwa, starając zachować pozory przyjacielskiej rozmowy. - Alysia bardzo wiele wycierpiała. Najpierw straciła rodziców, potem straciła setki przyjaciół, a potem... kolejne najbliższe jej osoby.
- Zapewniam pana, że przy mnie nie stanie się jej nigdy żadna krzywda. - powiedział z lekkim zdezorientowaniem. Najzabawniejsze w tym wszystkim było jednak to, że zarówno jeden jak i drugi nie wiedzieli o moim darze obserwowania. Patrzyłam na całą konwersację z uśmiechem na twarzy, a w duchu wreszcie mogłam poczuć tę radość... radość wynikającą ze szczęścia, radość wynikającą z tego, że ktoś wreszcie się mną zainteresował i nie jest mu obojętny mój los.
Kątem oka spojrzałam na rozmawiające La-Sheei i Delayę.
- To Ty jesteś La-Sheei? Mam rację? - zagadała Delaya. - Naprawdę bardzo ciekawe imię. - uśmiechnęła się.
- To nie do końca moje imię. To taki trochę pseudonim, wymyślony mi przez brata. Naprawdę mam na imię Layla.
- Miło mi, jestem Delaya. Ech ten Diego... Jak udało mu się wpaść na taki pomysł?
- To przez jeden serial, którego był fanatykiem. Może to zabrzmi śmiesznie, ale na ich punkcie miał takiego bzika jak na punkcie wiary. - uśmiechnęła się. - Słyszałam, że Diego zniknął. Co tak właściwie się z nim stało?
- Uciekaliśmy ze statku, na którym prali się najpotężniejsi w Archipelagu Kreacji. Diego został ostatni. Wszyscy zdążyli się uratować z wyjątkiem jego. Pochłonęło go bardzo jaskrawe światło. Przez chwilę byłam przekonana, że jest tutaj z nami...
- A jednak go nie ma... - załkała. - Myślisz, że nie żyje? - zapytała.
- Gdyby nie żył, z pewnością byłby wśród nas. Myślę, że nie zniknął przypadkiem i wkrótce dowiemy się co z nim jest. - uśmiechnęła się Delaya.
- Chodź, zapraszam Cię na kremówki. Z pewnością je tutaj mają.
- Czemu akurat kremówki?
- Nie wiem, są smaczne. Słyszałam również, że lubił je jakiś przywódca religijny. Zjedzmy coś za tego nieczułego drania. - nie pozwoliła dobremu humorowi odejść. Obie panie udały się w stronę okolicznego bufetu. Tak... bufetu.
Po kilku godzinach wzajemnej integracji, śmiechach i momentalnych płaczach, Delaya i Layla stały się najlepszymi przyjaciółkami.
Pożegnały się ze sobą i stwierdziły, że liczą na kolejne towarzyskie rozmowy.
Wróćmy może teraz do forumowej ferajny.
Izzy, AdamZet i jakiś nieznany kret w okularach siedzieli przy jednym stole. Rozmowa tyczyła się głównie tego, jak fajnie jest być leniwym. Obaj panowie stwierdzili jednak, że jest to również trochę i złe, gdyż przynosi za sobą sporą liczbę niemiłych zdarzeń. A to spadających z nieba kotów, kowadeł, albo rozgrywających głowy potworów-transwestytów.
Kret w okularach patrzył na nich ze zdziwieniem.
- PRZENIOSŁEM SIĘ W CZASIE! - wykrzyczał.
Adam i Izzy spojrzeli na niego ze zdziwieniem. Jak się później okazało, mieli do czynienia z niejakim Doktorem.
Powiedział im o niesamowitych przygodach jakie dane było mu przeżyć i skrytykował ich luźne podejście do życia. Poprosił o więcej ambicji. Obaj panowie zastanawiali się nad swoim zachowaniem.
- A tak właściwie to dlaczego nie żyjesz? - zapytał Adam.
- Przesadziłem z... budową nowego świata. Zostałem przygnieciony przez jego potęgę... Cóż... czasem nawet i najbystrzejszy umysł się gubi w obliczeniach. - starał się być przekonywujący.
Rozmowa toczyła się również w gronie Kogutów.
- Andżelika... Justyna... koko koo.. koo... - Jak one sobie bez nas poradzą koko? - zagadał Kornelek do Wynalazcy.
- Justynka..ka... - tęsknię za nią... - nie krył smutku na twarzy.
- Tęsknota za życiem ziemskim jest jednym wielkim paradoksem - usłyszeli potężny męski głos. Im oczom ukazał się wilk ubrany czarny garnitur.
- Bardzo mi nieprzyjemnie, Profesor Raphael January Haywood. - zagadał.
- Kogut Wynalazca i Kokokornelek... - powiedzieli niemal jednogłośnie.
- Słyszałem, że drzemie w was instynkt podbijania świata swoimi wynalazkami. To bardzo dobrze! Przydacie mi się moi drodzy panowie!
- Co... koko masz na myśli? - zapytał zdezorientowany Kogut Wynalazca.
- Anioły potrafią przenieść się do przeszłości, ale paradoksalnie nie mogą jej zmienić. Myślę, że jestem w stanie naprawić ten problem.
Oboje kiedyś zbudowaliśmy wehikuł czasu, a nasze zmiany dotyczyły tylko najprostszych rzeczy. Chcę stworzyć coś ponadglobalnego.
Chcę stworzyć machinę, która zagnie całą czasoprzestrzeń. Chcę stworzyć coś, co pozwoli przedrzeć się przez wszystkie ciemności Tenebris, coś co naprawi je od środka, coś co stworzy wiele paradoksów dziadka, cioci a może nawet i babci! Coś co pomoże naprawić nam ten jeden wielki bajzel...
- Aha... Koko.. A jak chcesz to kokoko... zrobić? - zapytał Kornelek.
- Jeszcze nie wiem. - powiedział ze spuszczoną głową.
Czarnoksiężnik i Api rozmawiali o przeżytych przygodach i próbowali interpretować sens przepowiedni natchnionych. Ich rozmowa była bardzo głośna i czasem pełna niecenzuralnych wyrazów, głównie to z jednej ze stron (ciężko się domyślić której).
Konwersacja miała jednak zakończyć się z momentem pojawienia się dwóch osobników.
Byli to Marylin i Serphan, znani z poprzednich plansz.
- Ty, Serphan... Chyba już ich kiedyś widzieliśmy... nie sądzisz? - zapytał jeden z nich.
- Moja niedoszła pani domu... Znowu się spotykamy... - zwrócił się Serphan w stronę Api.
Równie ciekawe rozmowy toczyły się między Reksiem i Kari-Matą Hari oraz Kretesem i Molly. Dwie pary choć oddzielnie, wspólnie rozmawiały na temat nostalgii.
- Gdyby nie ten budyń, siedzielibyśmy w domu, jedli makaron i śpiewali piosenki jak to bardzo jesteśmy szczęśliwi - wymamrotał Kretes.
- Oj tam... Kretesiku - zaczęła Molly. - Ale przynajmniej się dobrze bawimy, nie sądzisz?
- Hauu ale herbatka dobra... - był zły na siebie Reksio.
- To nie twoja wina kochany... Nie byłeś sobą. - Reksio spoglądał na Kari ze smutkiem na twarzy. - Po prostu... czasem zdarzają się sytuacje, w których nie jesteśmy sobą. A los chciał tak a nie inaczej. Barandalf żyje i ma się dobrze, a Zielony Lis odpowie za swoje.
- Rhale rhoo wreh wreer rrie - powiedział ze smutkiem Reksio.
- Reksiu, skończ szczekać trzy po trzy - oburzył się Kretes. - Jesteśmy rodziną! Razem pokonamy to z czym każe nam zmierzyć się los. Nie uciekniemy! Będziemy walczyć! Pokażemy temu dziadowi, że zadzierał nie z tym kim trzeba! On gorzko tego pożałuje! - wykrzyczał.
- Dokładnie Kretesiku... Dokładnie... - pochwalała go Molly.
- Dokładnie... - odparła Kari-Mata Hari.
- To co mój dzielny psie? - zagadał - Pora na kolejną przygodę? - uśmiechnął się.
(...)
- Więc moja droga Lilko mówisz, że wszyscy, którzy nie chcieli walczyć o los tego śmiesznego świata, zostali przeniesieni do swoich poprzednich ziem? - zapytał Theoseres.
- Coś w tym stylu... Ale proszę... nie uogólniaj. Każdy przypadek jest inny. Niektórym po prostu zależy bardziej na dobru najbliższych, planetarnych poddanych, czy po prostu tamtejszej rodziny. Wcale nie jest tak, że wszyscy stchórzyli. Oni też walczą o lepsze jutro... z tym, że na ciut mniejszej... przestrzeni. Im też będzie dane zmierzyć się z kreaturami Tenebris, z czymś czego obawiał się nawet sam Azenesai. - starała się być przekonywująca.
- A jak z tym Nestardielem? Myślisz, że warto wiązać się z kimś, kto rozpoczął tyle chaosu?
- Neville i tak zrobiłby to co zrobił. A cała sytuacja z Nestardielem pozwoliła nam zrobić jakąś rozgrzewkę. Pozwoliła nam rozgrzać szare szeregi śmiertelników i stworzyła wśród nich mobilizację. Jak pewnie wiesz, faceci robią wiele dziwnych rzeczy, których potem żałują.
Ale... wiesz co z tego wynika?
- Wiem, ale nie powiem... Hee heee heee.
- Jak zawsze cyniczny... - powiedziała ze złością. - Wynika z tego to, że prędzej czy później trzeba im wybaczyć... - powiedziała z przekonaniem.
Do rozmowy chwilę później wtrąciła się Delaya.
- Wybacz Lilyness... Ale co tak właściwie stało się z Diego? Nie ma go tu, a powinien być.
- Nie mam zielonego pojęcia... - powiedziała ze smutkiem na twarzy.
- Ja to ogólnie obstawiam kosmitów, albo bandę starszych pani walczących o krzyż. Oślepiła go kwintesencja ich łysin i trafił do miejsca, które nie śniło się nawet tutejszym filozofom. Hee hee h... - Ciszu nie zdążył dokończyć swojego charakterystycznego śmiechu. Delaya kopnęła go w kroczę. Ten zwijając się z bólu padł na ziemię.
Lily się uśmiechnęła.
- Zajmę się twoją sprawą jak najszybciej - powiedziała przyjacielskim tonem. Zasługujesz na moją pomoc. Heeh... - zaśmiała się. - Ciszu jak pewnie widzisz, wcale nie warto być wrednym pajacem przez całe swoje życie.
- Czasami tęsknię za swoim egzoszkieletem... Niby nic o nim nie pamiętam... Ale czuję, że nieźle bym się w nim sprawdziła.
Layla wciąż siedziała przy tym samym stoliku. Podszedł do niej Aideen.
- To ty jesteś La-Sheei? - zagadał. Chwilę później usiadł po jej przeciwnej stronie.
- Skończcie już z tym pseudonimem... - nie kryła zażenowania. - Jestem Layla. - powiedziała.
- Jestem...
- Tak... Aideen. To już słyszałam. Obstawiam, że chcesz zagadać, bo Ci się spodobałam. Pozwól, że rozwieję wszystkie twoje wątpliwości...
- Nie, to nie tak. Jesteś piękną istotą, twoje imię może rozjaśniać każdy ponury dzień, ale nie jestem tutaj w tej sprawie. - uśmiechnął się. La-Sheei patrzyła na niego ze zdezorientowaniem.
- W takim razie słucham.
- Jesteś siostrą Diego. Słyszałem historię, że rozmawiał z nim sam Stwórca.
- No tak, w końcu przez to postanowiliśmy wkroczyć do tego Całego Archipelagu Kreacji...
- Ujarzmić Destrukcję i Egzekutora, prawda? Niezbadane są ścieżki Alphy... Jak myślisz, dlaczego zniknął?
- Sama nie wiem... - powiedziała ze smutkiem.
- Nie uważasz, że to podejrzane? Najpierw ta cała rozmowa z absolutem, a później zniknięcie? Moim zdaniem jest to powiązane.
- Może i masz rację... Ale co w związku z tym ? - zapytała. Aideen wstał i poprowadził dziewczynę w stronę schodów.
Po chwili wskazał ręką w ich stronę.
- Widzisz je?
- Zwyczajne schody... Oj no dobra... Pewnie schody prowadzące do jakiejś interakcji...
- Kilka poziomów wyżej znajduje się miejsce zwane Zmierzchem Świtu...
- Przecież to głupie... - skrytykowała.
- Nie ja wymyślałem nazwę. Wymyślił ją taki jeden grubawy wół, który razem z kolegami zamknął się na górze. Przez setki lat nie mówił nic... A gdy przyszło co do czego, powiedział "TO ZMIERZCH ŚWITU! TY SOLONY PELIKANIE!" i trzasnął mi drzwiami przed nosem. - powiedział ze smutkiem na twarzy. Dziewczyna się uśmiechnęła.
- Całkiem ładnie się uśmiechasz... - skwitował Aideen. Layla zrobiła to jeszcze raz, lecz tym razem spojrzała mu prosto w oczy. Szybko jednak tego zaprzestała.
- Więc jaki jest plan? - spojrzała trzeźwo na oczy.
- Hmm... Skopać ich grubawe tyłki i domagać się kilku podstawowych informacji. Na przykład informacji o miejscu... gdzie znajduje się Diego.
- Skąd pewność że będą wiedzieć?
- Milczący od zawsze jakimś niewytłumaczalnym prawem byli najbliżej Alphy.
- Wiesz co? - zaczęła. - Muszę to wszystko przemyśleć... To za dużo jak na jeden dzień... Może mnie odprowadzisz do miejsca, w którym mogłabym się zdrzemnąć? - zapytała. Aideen pokiwał głową.
- Ach ci śmiertelnicy... wciąż potrzebują snu... Rozumiem - uśmiechnął się. Chwilę później, nie chcąc słyszeć kolejnych pytań, przeteleportował dziewczynę do przytulnego, ciepłego pokoju. Sam udał się na niebiański hol, by porozmawiać z innymi aniołami.
Wtedy jednak miało miejsce coś dziwnego. Do Niebios wparowała Maven. Pełna radości wykrzykiwała hasła podzięki.
- Dzięki wam Archipelag Kreacji znowu istnieje! - nie kryła swojego szczęścia.
- To nie zeżarł go ten wredny lis? - zapytał Onevatho.
- Skądże! Fiction i Aspekty Kreacji przywróciły Archipelagowi jego dawny blask! Wszystko wróciło do normalności! Dziękuję wam kochani! Macie moją osobę! Chętnie pomogę wam w walce o lepsze jutro! - krzyczała dalej.
- Stop... Maven... Stop... - chciała pohamować ją Lily. - Słyszałam twoje modlitwy, więc pozwoliłam moim aniołom doprowadzić Cię do Nieba. To co jednak mówisz... mija się z prawdą. Jesteś pewna swoich słów?
- Przybywam na polecenie Fictiona. Kazał podziękować za wasz wkład w uratowanie Archipelagu... więc dziękuję... - uśmiechnęła się.
- TO CESARZ ŻYJE?! - wykrzyczał Onevatho, olewając totalnie swoje elokwentne podejście do rzeczywistości. - LILY! ODSYŁAJ MNIE NATYCHMIAST! MUSZĘ ZŁOŻYĆ MU HOŁD! - krzyczał dalej.
Lily zamknęła oczy, a po chwili jej ciało zdawało się trwać w jakimś transie. Kiedy już z niego wyszła, zrozumiała co jest na rzeczy.
- Hmm... masz rację. To bardzo ciekawe, ale wszyscy myśleliśmy że Archipelag został pochłonięty przez Ciemność Tenebris. Najciekawsze jest jednak to, że pomimo starań, nasza pomoc nie uratowała waszego wymiaru... Ale... to nie wyklucza jednej opcji.
- Masz na myśli interwencję tatusia? - zapytał Evangelagen.
- Najwyraźniej mój drogi... najwyraźniej...
Nie obserwowałam już dalej sytuacji. Znużył mnie sen, w końcu byłam tą nieszczęsną śmiertelniczką. Zasypiając słyszałam jakieś odgłosy teleportacji i różne inne takie... Obstawiam, że Onevatho wrócił do swojego pana.
(...)
Obudziłam się w nocy. Mój organizm nie wytrzymywał okolicznego zapachu. Obudziłam się i kichnęłam.
- Cholerne chryzantemy... Rozumiem wystrój Nieba, ale mam na nie alergię... mogliby je sobie oszczędzić... - pomyślałam.
Sfrustrowana zaistniałą sytuacją postanowiłam sprawdzić czy wszystko gra. Spali wszyscy z wyjątkiem aniołów, Czarnoksiężnika, Api i ich starych przyjaciół. Prowadzili z pewnością ciekawą dyskusję, ale... nie chciało mi się jej przysłuchiwać.
I wtedy zrozumiałam, że nie śpi jeszcze Miaul.
Malcom był ewidentnie sfrustrowany. Nie czuł się tutaj najlepiej, a pobyt w sali z kolędami doprowadził go do głośnego śpiewania zdecydowanie mocniejszych kawałków.
- Proszę przestać proszę pana. - powiedział jakiś dzieciak ze skrzydełkami.
- JAK MOŻNA SŁUCHAĆ KOLĘD 49h na dobę?! - nie krył zdenerwowania.
- To sala kolęd. Musi pan dostosować się do naszych zasad. Jeśli nie, to droga wolna.
- Mam gdzieś wasze drogi... - wymamrotał. Po chwili użył miecza świetlnego i skrócił swojego rozmówcę o głowę. Upewnił się, że nikt nie zobaczył tego co zrobił.
Zdenerwowany zaistniałą sytuacją postanowił działać. Postanowił zwalić na kogoś swoją winę. Chwycił to co zostało z dzieciaka, umiejętnie pozmywał krew, a dowody zbrodni schował za swoją peleryną.
Chodził przez chwilę w kółko, aż w końcu wymyślił co zrobi. Podszedł do śpiącego w oddali Kretesa102 i podrzucił mu głowę młodego anioła i pobrudził krwią dzieciaka jego ubiór.
Sam zaś udał się do Aideena i wywołując sztuczne przerażanie, zaczął oczyszczać się od winy.
- PANIE AIDEEN! ZBRODNIA! STRASZNA ZBRODNIA! TEN GRUBAS ZJADŁ TAKIEGO MAŁEGO ANIOŁKA, KTÓRY ŚPIEWAŁ KOLĘDY I TERAZ ZASNĄŁ! BOJĘ SIĘ O WŁASNE ŻYCIE! - wykrzyczał.
Aideen nie zamierzał czekać ani chwili dłużej. Podszedł do Kretesa102 i pełen pretensji go obudził.
- Doszły mnie słuchy że zeżarłeś jakiegoś dzieciaka. Co masz na swoją obronę?