Wstęp
-Pośpiesz się Kretesie, ten pan nie wygląda jakby chciał czekać tu kolejną godzinę!
-Już, już. To nie moja wina, że książek tu macie jak w bibliotece, a są tak uporządkowane, że słownik znajduje się koło książki historycznej oraz science-fiction, natomiast książka mówiąca jak gotować obok atlasu i lektur z pierwszej klasy podstawówki!
-Sentu Mikare Vandefart! Jakuntu Tempiro! Tempiro!
-No idę, idę szanownego pana. O, mam ten słownik nieużywanych języków.
Kretes czym prędzej chwycił książkę, nie zważając na to co dzieje się z pozostałymi. A nie działo się za dobrze. Ogromna księga z robótkami popchnęła atlas, który sprawił, że gruba, brązowa księga spadła na podłogę. Kretes, który zdążył już wybiec z budy nie usłyszał lekkiego huku, nie tylko dlatego, że stanowczo przekrzykiwał go starszy pan, ale także dlatego, że skóra w którą był obłożona książka złagodziła upadek. Księga zawierała złote boki, które błyszczały jeszcze bardziej przez słońce wpadające przez okrągły otwór drzwi. Gdy książka upadła, otworzyła się mniej więcej w połowie, choć trzeba przyznać, że mniej kartek było zdecydowanie z początku. Księga zawierała nierównomiernie obciążone stronice, z powodu powpinanych w przeróżne miejsca zdjęć. Trzy kolorowe wstążki, służące jako zakładki poleciały każda w inną stronę. Gdyż nikogo nie było w budzie nikt nie zauważył, że z książki leciały w górę małe, zielone iskierki, które rozpływały się w połowie drogi do sufitu. Kartki zaczęły się przekręcać jakby za pomocą wiatru, choć na dworze nie drgnął nawet listek. Ktoś, kogo nie było widać, ktoś kogo nigdy nie widzieliśmy w świetle dnia, ten ktoś kto towarzyszył nam zawsze… On zaczął czytać urywki zdań, idealnie przerywając w miejscach, gdy obróciła się dostateczna ilość stronic.
,,Łabądek, łabądek, bałwanek, bałwanek…”
,,I wstanie jeden z was, szkatułkę pradawną…”
,,Sowa, sowa, trzy badyle, skarabeusz…”
,,Między nimi leży przejście…”
Gdy skończył, gdy kartki przestały się przekręcać, odezwały się także inne, lecz równie dobrze znane głosy.
-Reksio? Nie, on nigdy taki nie był.
-Co racja, to racja. Reksio nie szukał przygód, one szukały jego.
-Ale taka zmiana? Czy ktoś nie rzucił mu wyzwania? Czy ktoś go nie namówił? Czy ktoś nie namącił mu w głowie?
-Nie poznaję go.
Głosy te, jak wskazało by zdrowe ucho, dobiegały z książki.
-Jestem ciekaw co było dalej…
-No ale ktoś wmontował tu zamek. Potrzeba klucza, by dowiedzieć się dalszego ciągu.
-Phi, jak do każdej opowieści w tym Albumie.
-Ale klucze zawsze się znajdowały podczas przygody. A i tak trzeba było ich nie jeden, bo z każdą skończoną częścią, znajdowało się nowe zabezpieczenie.
-To dobrze, nie można dowiedzieć się naraz wszystkiego, bo przecież to my decydujemy o swoim życiu.
-Ach, miejmy nadzieję, że Reksio na tą przygodę zabierze także i Album…
Zaraz, zaraz… O jakiej przygodzie oni mówią? Gdy przybliży się wzrok, na kartach z lewej strony znajdują się wszyscy przyjaciele, ale także i wrogowie Reksia, którzy z zainteresowaniem przyglądają się następnej stronie. Na niej, jak na niewielu, znajdują się słowa. Pięknie wykaligrafowane i ozdobione słowa. Głoszą one:
,,Reksio i Złote Źródło”
Lecz najwyraźniej osoby w Albumie wiedziały trochę więcej, jakby czuły coś, co na kartach nie jest zapisane… A przynajmniej nie teraz. Czuły, że teraz będzie poruszane coś więcej, od fizycznego nieszczęścia…
Do budy wszedł Kretes. Wszystkie rozmowy zamilkły, wszyscy przestali się ruszać. Kret podniósł z ziemi Album i postawił go na miejscu. Słychać było, jak pod nosem rzekł do siebie:
-A skąd ja miałem wiedzieć, że on pytał się, czy może skorzystać z toalety...

