- Cóż... Niespodziewany zwrot wydarzeń? Hihihi - zaśmiał się Neville. - Fakt, sztuczka ze zjedzeniem energii bogów... była całkiem ciekawa. Nie wpadłbym na nią.
Z drugiej strony mi jednakowoż przykro. Wpadliście na nią za późno. Może i nie mam już mocy Omegi i jestem przeciwnikiem całkiem łatwym do zabicia... Ale... wciąż mam w sobie energię dusz z Edenu. Hihihi. Nie wpadliście na to?
- O KUR
- Dokładnie, Dawidzie. Może i uda wam się mnie zabić, ale na dłuższą metę, nie przyniesie to zamierzonych efektów.
- Jak to?
- Nawet jeśli przegram, powrócę znowu. Jeśli upadnę, to szybko powstanę. Zawsze będę początkiem i końcem... I przez miliardy kolejnych razy.
- Czyli... Żeby zostać bogiem... muszę pokonać Cię jeszcze.... miliard razy?
- No.
- OSZ KUR
- Dla prostego rachunku: Tobie zostało jedno życie, a mi... znacznie więcej. Nie znajdujesz się w zbyt korzystnym położeniu. Już nawet podobno koty mają 9 żyć.
Mogłeś być kotem... Twoje szanse zwiększyłyby się o niecałą jedną centylionową.
- Kurde...
- Więc... proponowałbym zawrzeć układ. Ja wykańczam Ciebie i tą Twoją zmaltretowaną myszkę, robię to szybko, bezboleśnie, nie dźgam nikogo przez kilkadziesiąt minut...
- I co dalej?
- Potem cóż... Wy umieracie, ja odzyskuję energię Omegi i żeby było jeszcze ciekawiej - dostaję energię Alphy. Jak szaleć to szaleć - uśmiechnął się, podrzucając przy tym swoim sztyletem. - Noo i wiadomo co dalej - stwarzam nowy świat, lepszy, przyjemniejszy, weselszy, bez kłamstwa, grzechu, bólu i wszystkiego innego, związanego z czterema jeźdźcami apokalipsy.
- Czyli, że co?
- Nie będzie głodu, nie będzie zarazy, nie będzie wojen, a także nie będzie śmierci. Jeśli poddani zbudują wieżę, by być jak najbliżej mnie, wcale jej nie zburzę. Nie zmieszam wszystkich języków świata i nie sprowadzę na niego chaosu.
- I... mam w to uwierzyć, tak?
- Nie dbam o to. Skądinąd i tak muszę Cię zabić. Chcę po prostu, żebyś odchodząc i będąc przy tym ostatnim uczestnikiem tej śmiesznej gry, nie miał przy tym świadomości, że nie wywiązałeś się ze swoich obietnic, czy nie sprostałeś swoim oczekiwaniom.
To troszkę pocieszające.
- Wszyscy psychopaci tak mówią.
- Nie, Dawidzie. Istnieje wyraźna różnica między psychopatą, a osobą uparcie dążącą do celów. Psychopatą mógł być na przykład Byron Clark. Cholernik uważał, że może wszystkich spalić, zniszczyć, bo po prostu mu się to podobało. Ja może udawałem lekko postrzelonego, ale tylko ze względów psychologicznych. Chciałem budzić strach, a także respekt przed swoją osobą. Chciałem, aby wszyscy się mnie bali i nie stawali mi na drodze przed osiągnięciem swoich celów.
- Mmhm...
- Jeśli zgodzisz się na te warunki, to w nowym świecie staniesz się kimś ważnym.
- Będę miał sporo zakręconych dziewczynek?
- Mmhm... - skrzywił się Neville. - Będziesz.
- Będę miał własny dom z basenem, superkompa, i nieskończony zakres pieniędzy?
- Pewnie!
- Będę miał wszystkie, najfajniejsze gry?
- No... Dobra. - Neville w tym momencie wyciągnął z kieszeni mały notatnik i zaczął wpisywać w nim kolejne pozycje.
- Wiesiek będzie mi chodził bez lagów?
- Na najwyższych ustawieniach!
- Zostanę adminem Forum Przygód Reksia?
- Też mi pytanie! Staniesz się kimś ważniejszym od jego założycieli!
- Mątek zostanie moim sługą?
- Czekaj... Ty naprawdę tego chcesz?
- W sumie... hehehh. Nevill ty śmieszku.
- heheh.
- Zostanę prezydentem USA i sprawię, że w Polsce będzie żyło się lepiej?
- To będzie troszkę kosztować... Ale zrobię wszystko co w mojej mocy.
- Hmmm... No dobra. A Api będzie woleć mnie od Czarnego?
- Jeśli tylko chcesz...
- To tego... jeszcze chcę być nieśmiertelny, tak jak wszyscy moi przyjaciele. - stwierdził. Neville nerwowo przełknął ślinę i przetarł pot z czoła.
- Dobrze. Coś jeszcze? - spytał z lekką irytacją.
- No nwm właśnie. Daj się zastanowić. - zamyślił się Dove.
Gołomp rozejrzał się po zniszczonej scenie teatralnej. Spoglądał na wystające ze sceny deski, wyniszczone rekwizyty i porozdzierane na strzępy, elementy teatralnej kurtyny.
Swoją wzrokową wędrówkę zakończył dopiero na mnie. Zobaczył moje bezwładne ciało, oparte o jedną ze ścian pomieszczenia.
Z moich oczu zaczęły sączyć się łzy. Nie mogłam pogodzić się z przegraną i byłam pewna tego, że warunki, jakie Neville zaproponował Dawidowi, są dobrym rozwiązaniem, na które mógłby się pokusić. Sama nie wiem, dlaczego zaczęłam płakać.
Może to przez to, że nie mogłam pogodzić się z porażką, albo i przez to, że wkrótce miała mnie czekać pierwsza śmierć. Jeszcze nigdy jej nie doświadczyłam. Pogrążałam się niejednokrotnie w ciemności, odpływałam w mrocznej rzece na jej drugi, transcendentalny brzeg, ale nigdy nie potrafiłam się tam znaleźć. Zawsze był ktoś, kto pomógł mi przezwyciężyć kosę Tanatosa i sprawić, że moje dni miały dalej trwać w sposób bezproblemowy.
To właśnie potęga prawdziwej przyjaźni - uczucia znacznie lepszego od miłości. Kierujące się nią osoby, nie patrzą na swoje szczęście, nie mają żadnych kompleksów, a gdy widzą, że ich bratnia dusza, zatraca się w chaosie problemów, niezależnie od tego, w jakiej są sytuacji, chwytają się najostrzejszych brzytew i śpieszą tej osobie z pomocą.
- Dawidzie? Jesteś tam? - zapytał Neville.
- Jestem jestem.
- Więc, jeszcze coś? Jakieś kolejne warunki? Wiesz... trochę już późno... Lista też już jest dosyć duża...
- Mam jeszcze jeden warunek. Ostatni. - powiedział Dove.
- O, to świetnie. Jak on brzmi?
- Chcę, abyś zapłacił za łzy April. Sprawiłeś, że przez Ciebie płakała. GARDZĘ TWOIMI PROPOZYCJAMI, ŚMIECIU! - wykrzyczał mu prosto w twarz. W oczach Dawida dało się dostrzec pełnię mobilizacji i kwintesencję odwagi. Choć był sam, a przeciwnik był kimś kto przewyższał go pod każdym aspektem, nie zamierzał się poddać. Niczym najsłabsza owca ze stada, stanął naprzeciwko ciemności lwiej paszczy.
Nie zatrzymywał się na ani jeden krok. Szedł pewnie przed siebie, wiedząc, że nadzwyczajna pewność siebie, jaką tymi słowami uzyskał, poniesie go ponad najwyższe szczyty gór i zmiażdży wszelkie granice, czy barykady.
Kogut nerwowo wyciągnął przed siebie dwa miecze i pewny swoich priorytetów i ideałów, kroczył naprzeciw Zielonemu Egzekutorowi.
- Po... poro.. zmawiajmy... - przestraszył się Neville.
- NIE ZAMIERZAM Z TOBĄ O NICZYM ROZMAWIAĆ. TEJ NOCY ZGINIE JEDEN Z NAS I TO NIEZALEŻNIE OD TEGO, CZY DANE BĘDZIE MU WRÓCIĆ, CZY NIE.
- Ale... Dawidzie... Ja zawsze wracam, a teraz mam ku temu ważniejszy, nawet rzeczywisty powód. Pochłonąłem tak wiele dusz... Miliony... Miliardy... Właśnie.. Tyle mam żyć.
- Blefujesz.
- Nie blefuję.
- Gdyby tak było, to nie godziłbyś się na tak bardzo postrzelone warunki, których nawet Alpha i Omega nie byliby w stanie urzeczywistnić. Kręcisz i dobrze o tym wiesz! - krzyczał wciąż przekonany o swojej racji Dawid.
Neville wyglądał na wybitego z rytmu. Przeraził się tej nieziemskiej pewności siebie i po pewnym momencie z widoczną bojaźnią do swojego przeciwnika, zaczął kroczyć do tyłu. Im Kogut był bliżej niego, ten starał się wyrównywać dotychczasowy dystans.
Z niezrozumiałego powodu, trzymał koguta na bezpieczną odległość i nie chciał go zaatakować.
W pewnym momencie Zielony Egzekutor opierał się już o egzystujące jeszcze części błękitnej kurtyny.
- Ślepa uliczka. Stań do walki... jak mężczyzna! - wykrzyczał Dawid.
Neville nie dał się już dłużej prosić. Zdecydował się w końcu ruszyć w bój ze swoim przeciwnikiem. Nie wyglądał on jednak tak, jakby wszyscy mogli tego oczekiwać. Ciosy Zielonego Egzekutora nie miały zbyt wiele wspólnego... z precyzją i celnością. Były to szaleńcze uderzenia, bez zachowania jakiejkolwiek, choć najmniejszej koncentracji. Walcząc z Dawidem, miotał się jak sprowokowany czerwoną płachtą, byk, który z sensów wyżej narzuconych, musiał podjąć walkę.
Nie był jednak w niej tym ssakiem, który zwykł brać na rogi...zbyt śmiałych kowbojów. Atakował w przestrachu, a towarzyszące mu brak nadziei i niezrozumienie, pogłębiały się wraz z kolejnymi odbitymi uderzeniami.
Dove w pewnym momencie mocniej szarpnął swoimi mieczami. Wykonał błyskawiczną szarżę, którą wytrącił bronie z łap Zielonego Egzekutora. Chciał zadać ostateczny cios, lecz ten zrobił szybki unik. Nieszczęsny los sprawił, że wtedy też pod jego stopami znalazł się bicz Clarisse, którym nie tak dawno jeszcze... władał Czarnoksiężnik.
- Mwahahah... Obserwowałem waszą walkę. Była strasznie nieudolna. - zaśmiał się złowrogo Neville. Obaj panowie na chwilę wstrzymali topór wojenny, w celu zregenerowania sił fizycznych.
- Najsilniejsza zbroja świata przeciwko najpotężniejszej broni... To wcale nie jest tak, że jedno blokuje drugie. Broń wcale nie jest tutaj nożycami w starciu z kamieniem. Po prostu... trzeba jej dobrze używać...
- Czarny źle używał bicza? Nie no... ja wiedziałem. On to jednak jest jełop...
- Używał go dobrze, wszak nie wiedział o wszystkich właściwościach... - uśmiechnął się złowieszczo.
Zielony Egzekutor wyciągnął bicz przed siebie i trzymając go w rękach, wydłużył go do granic możliwości. Nie minęła chwila, a mocno szarpnął rękami. Bicz podzielił się na dwie części i o dziwo... nie zakończył swojej egzystencji. Fioletowo-czarna energia, wciąż płynęła przez jego elementy.
- Ożesz...
- Szach mat. To już Twój koniec!!! - wykrzyczał Neville. Zielony Egzekutor rzucił się na swojego przeciwnika z dwiema nowymi broniami. Przerażony Kogut zaczął się cofać, ale nie przyniosło to nie wiadomo jak dużo pozytywnych skutków. Zbroja Nicolette bombardowana setkami uderzeń mrocznej purpury, zaczęła się rozsypywać. Dawidowi pozostawało tylko trzymać gardę i chronić twarz przed atakiem. Z czasem jednak i to nie poskutkowało. Rękawice, chroniące jego skrzydła w pewnym momencie... zostały trafione przez podwójne uderzenie.
Niczym po przyjęciu potężnego ładunku elektrycznego, pochodzącego najpewniej z równie potężnej burzowej błyskawicy, roztrzaskały się na setki małych części, jak szyba, trafiona małym, choć niszczycielskim kamieniem.
- Jakieś ostatnie słowo? - zapytał z wrednym uśmieszkiem na twarzy.
- Może... Pomyślimy o wcześniejszych ofertach?
- Chyba śnisz... - odparł z nienawiścią.
Neville wymierzył dwa potężne ciosy w stronę Dawida. Kogut cudem jednak odskoczył. Wytrącony tym samym z równowagi Neville, znacznie się zachwiał. Kogut nie zamierzał dawać więc za wygraną i ruszył na swojego przeciwnika z dwoma mieczami. Wykonał kolejne kilka szarż i czując się niczym gladiator, na starożytnej wojnie o wolność, zadał Zielonemu Egzekutorowi poważne obrażenia. Pociął jego ciemnawą marynarkę na strzępy, a pozostające na jego ciele elementy, nie bardzo już pasujące do wcześniejszej konsystencji, ubarwił nieznacznym szkarłatem krwi.
Oszołomiony Neville zaczął się chwiać na nogach, a w jego oczach dostrzegalne było nieopisane przerażenie.
Dawid zamierzał zadawać kończący cios. Wykonał bardzo solidny ruch mieczem Nicolette. Był tak potężny, że siły uderzenia, pozazdrościliby mu nawet najsilniejsi z mitologicznych tytanów.
Skierował go prosto w serce Neville'a. Jeden moment, dzielący dwóch rywali od nieskończoności, wydawał się trwać wiecznie. Choć był cząstką sekundy, swoją pychą i niezłomnością, zabierał czas i długość trwania godzinom, albo nawet i ich dziesiątkom.
Miecz nieuchronnie zmierzał w stronę bezradnego przeciwnika. Niczym Syzyfowy głaz, pokonywał na swojej drodze wszelkie przeszkody i bezceremonialnie wykonywał powierzoną mu wcześniej misję.
Neville świadomy zbliżającej się śmierci, nie miał zbyt wiele czasu na zastanowienie. Zdezorientowany wyczekiwał momentu na potencjalną ucieczkę, ale nie był w stanie go wyczuć. Nie miał zbyt wiele czasu, więc zdecydował się na jakieś szybkie, niekonwencjonalne zagranie. Spojrzał na dolne kończyny Dawida i wtedy też zapaliła się nad nim złota lampka idealnego pomysłu.
Kogut stał nad potężną wyrwą w scenie, zniszczoną podczas pojedynku.
Zielony Egzekutor zamierzał to wykorzystać. Nim miecz go dosięgnął, wskoczył w widoczną dziurę. Wprawił tym samym Dawida w potężne zdezorientowanie.
W czasie, gdy kogut zastanawiał się gdzie i jakim prawem, zniknął mu z oczu przeciwnik, ten wyskoczył zza jego pleców. Szybko wprawił swoje bicze w ruch i... reszty... w zasadzie nie trzeba nawet opowiadać.
Pocięty na kawałki Dawid, leżał na ziemi w kałuży krwi. Neville, choć zatriumfował, odniósł pyrrusowe zwycięstwo. Cały poobijany, z drżącym i wybijającym się z piersi sercem... bardzo głośno oddychał.
W końcu przetarł całą swoją twarz z czerwonego, naturalnego barwnika i zachichotał złowieszczo.
- I na co Ci to było? Mogłeś przystać na moją propozycję... a teraz...
Leżysz zabity, a mogłeś więcej... Nędzna strzała bohaterstwa, zatruła Twe serce, Leżysz we krwi, ja Jawnie świecę. Jako płomień nieskończoności, nad wszechświat wzlecę... Stworzę nową rzeczywistość, powstanie moja wiara... Ty zaś w ciemności na wieczność zaczniesz się spalać. Rozsypałeś się, jako proch w tej małej chwili. Mi to niegroźne... Żywiołem się stałem, jak wszyscy wierzyli...
Potężny Alpho i Omego... Zakończyłem Projekt Deus Ex Machina. Oznacza to, że powinienem zostać nowym Bogiem! Oddajcie mi światła swych dawnych blasków!!!
- No... nie powiedziałabym. - zniszczyłam Zielonemu Egzekutorowi piękne przemówienie. Nim ten się odwrócił, szybko przeładowałam swój Blaster Żywiołów, i przystawiłam mu go do twarzy. Z pomocą małych trąb powietrznych, odesłałam jego bicze na drugi koniec planszy.
- Jak... to... możliwe?
- Jeśli już kogoś zabijasz... pamiętaj, aby zrobić to do końca. Oto podręcznikowa zasada wszystkich chorych psychopatów. Czarnoksiężnik... przeżył Twoją salwę ataków i ostatkiem sił, widząc, że Dawid nie radzi sobie w walce, podleciał do mnie.
Wsypał mi do ust połowę pigułki leczniczej, którą dała nam niejaka Leah Blessar.
- Nicolette?
- Nie waż się więcej... tak o niej mówić. To zwykła matka, którą ciemność pozbawiła wolności... To wy... tak ją nazwaliście.
Zlekceważyłeś również i Czarnoksiężnika. Choć poobijały go ognie samego Mściciela, Ojca Smoków - Crowleya, oraz potężne, destrukcyjne uderzenia Bicza Clarisse, to na pełną regenerację wystarczyła mu tylko połowa mikstury!!!
Nie powiedział o tym nikomu, bo był zbyt dumny! Był wielkim wojownikiem, którego żaden z wysłanników Ciemności... Nie był nigdy w stanie złamać!
Może i chciał zostać nowym Bogiem... ale z czasem... zrozumiał swoją pychę. Wiedział, że rzucając się na przyjaciół, przekracza granice, których nikt nigdy nie powinien przekroczyć! Przyjaźni trzeba przede wszystkim bronić! Nie wolno narażać jej na cierpienie!
Był zbyt poobijany, więc szybko skonał... A jego ostatnie słowa brzmiały: " Pokaż temu dziadowi kim tak naprawdę jest... April"... Tak! April, bo tak właśnie mam na imię!
Może nie jestem wysoka, może i nawet jestem najniższą osobą, z jaką kiedykolwiek miałeś do czynienia, ale to wcale nie oznacza, że mogłeś mnie lekceważyć! Nie miałeś do tego prawa. - Pociągnęłam delikatnie za spust
- April... proszę... nie...
- Błagasz, abym Cię nie zabijała, a przecież... masz jeszcze miliardy żyć! Czego niby się boisz?! I tak powrócisz!
- Nie... nie powrócę. Dawid miał rację. Nieskończona ilość żyć była... blefem. Powstałem tylko... dzięki masce Silence'a, która pozwoliła mi na jednokrotny powrót z zaświatów... To właśnie był mój powód do negocjacyjnych rozmów i... strachu... To był powód do uników i do ucieczki...
Kostka zabrała mi boską moc, a dusze z Edenu... Cóż...
- Co z nimi?!
- Eden, do którego wkroczyłem... Był tak naprawdę pusty. Ktoś inny... wydobył z niego wcześniej... wszystkie dusze.
- NIBY KTO?!
- Oboje... Dobrze znamy odpowiedź...
- Bzdura... Teraz... znam ją tylko ja. - odparłam i puściłam naciągnięty spust Blastera Żywiołów. Potężny strumień antymaterii, wody i błyskawic staranował ciało Zielonego Egzekutora i powykręcał je w cztery różne strony światła. Neville miotał się w ciemnościach i przeraźliwie krzyczał, ale nie zamierzałam przestać. Czekałam i patrzyłam, jak pogrąża się w nicości i znika z tego wszechświata.
Krzyki już wkrótce ustały. Ostatni uczestnik Projektu Deus Ex Machina zakończył swój żywot.
Przechodząc przez kłęby dymu, kroczyłam w mroku, w stronę teatralnej kurtyny.
- Runda 12 Deus Ex Machina została zakończona. Udało Ci się sprawić, że wszyscy uwierzyli w bajkę o zostaniu nowym bogiem. Mwahahahah! Brawo April, jestem pod wielkim wrażeniem... Runda 13 Deus Ex Machina... rozpoczyna się...