Re: The Celestial War
: sob, 28 mar 2015, 19:27
Lily wyglądała na zrozpaczoną. Córka gwiazd wiedziała, że sytuacja zdecydowanie ją przerosła. Wiedziała też, że nie może być w gorącej wodzie kąpaną.
- Jesteś pewna, że to była Heavensiss? - zagadał Aideen. W jego myślach krążyły różne teorie spiskowe.
- Widziałam ją...
- Widziałaś jej hologram. To twoim zdaniem wystarczy? Obstawiam, że to kolejna sztuczka Nestardiela. Destruktor Edenu ewidentnie chce, abyś się z nim zapoznała.
- To wyglądało zbyt realnie... To nie mogła być iluzja.
- Spójrz prawdzie w oczy. - powiedział chłodnym tonem. - Heavensiss przez ten cały czas milczała. Myślisz, że Nestardiel pozwoliłby złamać komukolwiek swoje pieczęci?
- Theoseres się jakoś wydostał.
- Ciszu... Ech... Racja, udało mu się uciec z Serca Cyrku Chaosu. Ale czy... to rzeczywiście powód do dumy?
- Co masz na myśli?
- Theoseres to irytujący idiota. Nie dziwię się, że Nestardiel pozwolił mu uciec. Nikt normalny by z nim nie wytrzymał cały rok, a tym bardziej nikt nienormalny... Przedsięwzięcie Nestardiela było wielkie, miało wielki rozmach i na pewno było dopięte na ostatni guzik. Niszcząc za sobą wszelkie arcyrzeczywistości nie mógł pozwolić sobie na żaden błąd.
- A co jeśli rzeczywiście się jej coś stało?
- Wtedy wezmę winę na siebie. Nie możemy ryzykować twojej straty. W imieniu Niebieskiej Rady zakazuję Ci opuszczania Nieba.
- Nie możesz...
- To dla twojego dobra siostrzyczko... - odparł i oddalił się w znanym tylko sobie kierunku. Było mi trochę szkoda Lily. Choć była królową Nieba, to jej uprawnienia były strasznie ograniczone. Nie wiedziałam czym jest ta cała "Rada", ale również nie zainteresowało mnie to do tego stopnia, żeby jakoś nad tym szczególnie rozmyślać.
Kątem oka spojrzałam na Delayę i Maven. Dziewczyny najwyraźniej szukały Slenderowi drugiej połówki. Ich wysiłek można było jednak porównać do syzyfowych starań. Kret bez twarzy był bardzo, ale to bardzo wybredny. Momentami wydawało mi się, że jest bardziej nieśmiały, aniżeli wybredny... Ale wiedziałam, że jego nauczycielki znają się na rzeczy. Wiedziałam, że jeszcze wyprowadzą go na "ludzi".
Zdecydowałam się spojrzeć w miejsce ciut większej akcji.
Ujrzałam Arta, kłócącego się z Evangelagenem.
- Nie wtranżalaj się do Cellie, jasne? Ona za mną szaleje i nigdy nic do ciebie nie poczuje. I nie próbuj nawet myśleć, że mogę być szpiegiem Tenebris. Dobrze wiem, kto mógłby nim być i nie jest to przynajmniej nikt z Forum. A Tenebris nie ma tu żadnej władzy, bo jest zwalczane przez niebieskie Lux, czyli światło. Zdążyłem nawiązać pewne kontakty z Tymi Na Szczycie Szczytów i jedno słowo przeciwko mnie, a masz problem. A teraz idź do Aideena i powiedz mu, że nie mam nic wspólnego z Tenebris - nikogo nie wskrzeszałem i nie mam związku z nekromancją, to Lennabeth mnie zabiła i wskrzesiła. Jej się czepiaj.
- Nie jesteście sobie przeznaczeni. Wiem o tym. Celestine została stworzona do wyższych celów. Była zwykłą sierotą, dopóki nie odnalazł jej Silver. Zostałaby nikim. Zgniłaby z głodu już podczas pierwszej zimy. Jak myślisz, kto zagrał na skrzypcach przeznaczenia i dał jej taki a nie inny los? Cellie stała się Mistrzynią Elitarnego Zakonu Paladynów Światła. A to wszystko moja zasługa. To ja uratowałem jej życie i to właśnie mi jest przeznaczona. Jeśli tego nie zaakceptujesz, czeka cię śmierć. Zrozumiano?
- Nie!
- Twoja decyzja - przerwał Artowi Evan. Chwilę później z chorą rządzą nienawiści, wyciągnął potężny, zakrwawiony miecz. Bez ani chwili zastanowienia, przebił nim Arta.
Całą sytuację obserwował Czarnoksiężnik, który urwał się z rozmowy ze starymi znajomymi. Pełen pretensji i jeszcze większej złości podleciał do ostatniego z serafinów.
- Odejdź, albo i ty podzielisz jego los. - powiedział Evangelagen. Czarnoksiężnik nie zamierzał słuchać anioła mordercy. Wiedział, że musi zrobić coś, co będzie najlepszym rozwiązaniem. Nie wiedział tylko co. Myślał i myślał. Musiał robić to jednak bardzo szybko, gdyż znalazł się w wielkim niebezpieczeństwie. Był niewygodnym świadkiem.
Momentalnie spojrzał na znajdujący się na górze, wielki, złoty żyrandol. Nie wahając się przez ani jedną chwilę rzucił sztyletem w część, która pozwalała mu nie spaść na ziemię.
Nieświadomy niczego Evan, został przygnieciony kilkutonową ozdobą.
- Teraz pójdę do Aideena i wyznam mu całą prawdę - powiedział zadyszany. Wiedział, że wygrał pojedynek i wiedział, że wyjaśni się kto tutaj tak naprawdę mąci.
- Wiesz... nie sądzę... - odparł Serafin. Postanowił użyć swoich skrzydeł, które według definicji mogą przebić się przez każdą przeszkodę.
Kiedy wypowiedział swoje słowa, powstał. Zdezorientowany Czarnoksiężnik chciał uciekać, ale Evan był szybszy. Wystarczyło jedno jego szarpnięcie skrzydłami, a kryształy, które niegdyś ozdobnie górowały na sklepieniu niebieskim, przebiły ciało nietoperza.
Evan po całym zdarzeniu oddalił się z miejsca zbrodni.
Chciałam działać. Chciałam jakoś zainterweniować. Wiedziałam jednak, że znajduję się zbyt daleko Aideena, albo jakiegokolwiek innego, znanego Anioła. Nie znałam tutejszych układów. Nie miałam zielonego pojęcia, kto z kim trzyma. Nie wiedziałam czy jest tu ktoś godny zaufania.
Postanowiłam się uspokoić i podjąć działania dopiero za jakiś czas. Spojrzałam w stronę dwóch najważniejszych osób w moim życiu.
Olivier i Vivilion wreszcie zaczęli się dogadywać. Dało się to wywnioskować z przyjacielskiego tonu ich rozmów, a także ze wspólnych planów, które zamierzali urzeczywistnić w przyszłości. Dowiedziałam się, że planują wielką niespodziankę na moje urodziny. Ech... To takie miłe...
Maxwell i Emmelie siedzieli razem w jednym z rezydenckich pokojów. Rycerz przechwalał się czarodziejce o swoich wygranych walkach ze smokami. Zgładził ponoć jakiegoś pożeracza światów i dokonał tego w krainie, do której prawo mają wstąpić jedynie najbardziej zasłużeni wojownicy. Emmelie wyglądała na poruszoną całą historią. Stwierdziła, że grała swojego czasu z Genesissem w grę zwaną "Janusze i Smoki" czy... jakoś tak.
Rozmowa przybrała jednak chwilę później zdecydowanie dziwniejszy ton.
- Ta noc była piękna... - nie kryła radości Emmelie.
- Mam nadzieję, że jeszcze ją powtórzymy. - powiedział z przekonaniem rycerz. Dziewczyna mrugnęła do Maxwella z aprobatą.
Nie zamierzałam wnikać w szczegóły. Nie obchodziło mnie to w żaden sposób.... W żaden! jasne?!
Api opuściła Serphana i jego nowego chłopaka. Między dwoma panami rozpoczęła się krótka konwersacja.
- I jak ty mogłeś zakochać się w kobiecie? - zapytał Marylin. - Przecież to takie słabe, wredne, wkurzające...
- No ale chociaż gotuje, tak? - zaśmiał się Serphan.
Bardzo chciałam mu wytłumaczyć, że jest w błędzie... ale nie było to teraz moim priorytetem. Koniec końców Marylin stwierdził, że jest zmęczony i musi się położyć. Chciał, aby Serphan udał się na odpoczynek razem z nim, ale ten stwierdził, że musi coś załatwić. Skarpetożerca pokiwał głową i oddalił się w kierunku swojego pokoju.
Serphan błądził chwilę w miejscu. Najprawdopodobniej o czymś myślał. Coś co zaprzątało jego myśli mogło być jednak wszystkim. Nie chciałam bawić się w Aideena i wyciągać w tym momencie jakiś teorii spiskowych.
- Ahoooy! - usłyszał głos. Ujrzał anioła w kostiumie marynarza... ee... chyba marynarza.
- Matthew, stary skurczybyku! Gdzie ty się podziewałeś?! - zapytał zaskoczony.
- Jestem aniołem. Niezapowiedziane wypady w nieznane to moja specjalność. Jak tam z Marylinem? Zgaduję, że nie posłuchaliście moich rad?
- Miłość jest ważniejsza niż wszelkie podziały. To najpiękniejsze uczucie, jakim można obdarzyć drugą osobę. Mam w nosie te wasze zasady. - powiedział z przekonaniem. Mathew przyglądał się ze zdenerwowaniem swojemu rozmówcy.
- Nie wyrzucę was z Nieba, tylko dlatego, że na dole nie mielibyście żadnych szans na przeżycie. To co robicie jest złe i nie da się tego nie potępiać. Powinniście być wdzięczni mi i Jasmine. Bez nas prawdopodobnie zginęlibyście w walce z traktorami.
- Wciąż pamiętasz tą wredną podróbę walki z wiatrakami? Heeh... To ciekawe. Wszyscy przeżyliśmy wiele, ale udało nam się wygrać.
Rozumiem wasze pretensje i jeśli wszystko już wróci do normy, opuścimy Niebo.
- To bardzo dobrze, że się rozumiemy. - uśmiechnął się anioł.
Rozmowa kilka chwil później się skończyła. Serphan dołączył do Marylina.
Nie spali jednak tylko i wyłącznie oni. Swoje przeżycia z pamiętnego dnia odsypiał również Theoseres. Byłam w sumie ciekawa jak szybko dochodzi się do normalności, po wypiciu beczki rumu w Niebie...
Pomysł Drużyny Pierścienia z laleczką voodoo Cisza, legł w gruzach. Żadnemu z arcyodważnych panów nie chciało się pożyczyć włosów od niedoszłego Króla Nieba. Lennabeth nie kryła zażenowania całą sytuacją. Razem z Dawidem postanowiła udać się do lokalnego bufetu, aby przekąsić coś dobrego.
Bulbo, Mimli, Bobromir i Lowelas poszli porozmawiać z Reksiem i jego spółką.
- Więc mówisz, że raz wypiłeś jakąś niezidentyfikowaną ciecz i mamrotałeś coś o 69 galaktyce? - zaczęła rozmowę.
- Tak, bo ja to tak w zasadzie lubię liczbę 69.
- Czemu? - zapytała ze zdezorientowaniem. Dawid nie odpowiedział. Po prostu sugestywnie pomrugał w stronę wiedźmy. Przez jego myśli przebiegały tysiące różnych haseł, o których można byłoby wypowiedzieć się w jednoznaczny sposób. Myślał i myślał.
Do pionu miało go jednak doprowadzić pewna całkiem niecodzienna sytuacja.
Dawid poczuł na swoim płaszczu zimną, ciekłą i chropowatą powierzchnię, która z sekundy na sekundę przemieszczała się coraz wyżej i wyżej.
- Co do... - zapytał zdezorientowany. Obrócił się i ujrzał zarośniętego mężczyznę z brodą. Miał na sobie kilkuletnią , zawszoną czapkę, która mogła świadczyć o wielu przygodach, które ten pan miał okazję przeżyć.
Osobnik nie zamierzał czekać na dalszy rozwój sytuacji i różne inne pretensje Dawida. Po prostu, pocałował go przy wszystkich.
Siedzący przy jednym stoliku Święci, patrzyli na to wszystko z wielkim obrzydzeniem.
Zdezorientowany kogut odepchnął natarczywego adoratora. I w sumie udało mu się tego dokonać, ale dopiero po kilkudziesięciu sekundach. Lena zdecydowała się podjąć działania. Sprawiła, że Dawid kilka chwil później odepchnął na ziemię... miotłę.
- Och... To było całkiem słodkie... - szydziła wiedźma. - Ale... przynajmniej mam nową miotłę. Nazwę ją Dave69. Co myślisz o tej nazwie? - uśmiechnęła się.
Kretes, choć chciał początkowo porozmawiać z Autorem, zmienił swoją decyzję. Jego uwagę przykuł piękny krajobraz.
Trafił do miejsca, które na pierwszy rzut oka, wyglądało na przejście z Nieba do Edenu. Spoglądał na schody prowadzące do rajskich ogrodów i nie mógł zaprzestać swojego podziwu.
Zaniepokoił się trochę, gdy ujrzał istotę w czerwonym kapeluszu, przekraczającą granicę dwóch rzeczywistości. Najprawdopodobniej była smutna, albo się czymś niepokoiła.
- Czuję się jak w Raju.... - nie krył zachwytu.
- Raj jest oklepany. Jest tam zbyt wesoło. Wszyscy cieszą się jak idioci z błahych powodów, że udało im się wygrać życie i mogą być z tego powodu dumni. Nikt nie rozumie zagrożenia, które nadciąga. Nikt nie potrafi zrozumieć najprostszych słów...
- Ojej, to rzeczywiście zastanawiające. Ale wiesz co? Nie powinnaś się smucić. Jesteś zbyt ładna... - nie szczędził komplementów Kretes. - Jestem Kretes102, a ty to kto?
- Miło mi Cię poznać. Jestem Jasmine - powiedziała tonem totalnej dekadentki. Kretes patrzył na nią i patrzył. Oczekiwał jakiejś reakcji na nieprzeciętny komplement.
- Nie, nie poruszyłeś mnie w żaden sposób - powiedziała chłodnym tonem. - Ale... może dam się namówić na jakąś kawę, jeśli zmienisz swój styl. Żadna dziewczyna nie poleci na kogoś, kto wygląda jak stary menel z zakładu utylizacji odpadów. - nie szczędziła słów.
Kretes zrozumiał, że ma do czynienia z trudnym przypadkiem.
Spojrzałam w stronę Mątka. Było mu bardzo przykro, że został sam. Los jednak chciał, że luka ta miała się wkrótce zapełnić.
- Panie, w mordę jeża nie smuć się pan. - usłyszał głos. Lis obejrzał się. Jego oczom ukazał się grubawy wieprz, pałaszujący właśnie jakąś kiełbasę.
- ARNOLD BOCZEK! - wykrzyczał ze zdezorientowaniem Mątek. - Ale panie Arnoldzie, czy to nie podchodzi przypadkiem pod kanibalizm?
- A co panie teraz nie podchodzi? Trzeba sobie jakoś radzić... Panie... nie strasz pan....
- No dobra...
- Właściwie to ja przyszedłem pana postraszyć. - odparł. I wtedy zaczęło się robić bardzo, ale to bardzo dziwnie. Arnold podniósł Mątka swoją potężną łapą. Patrzył mu prosto w oczy i spokojnym tonem zaczął mówić...
- Przewiduję panu, Panie Mątek rychłą śmierć. Jeśli pan nie podejmie się walki, zginie pan w potwornych męczarniach. To nasza wojna. Musimy walczyć. - starał się być przekonywujący. Kilka chwil później rzucił swoim rozmówcą o okoliczne krzesła.
Kiedy lis obejrzał się w stronę napastnika, ten najzwyczajniej w świecie zniknął.
Całej sytuacji przypatrywał się Matthew. Był on zdecydowanie zdziwiony zachowaniem Mątka.
- Dlaczego rzucasz się o krzesła? Ja rozumiem chęć wyładowania emocji... ale może wziąłbyś się w garść? - zaproponował.
Api błądziła chwilę bez celu. Chciała zostać sama. Chciała przemyśleć kilka spraw, dotyczących egzystencji we wszechświecie i syzyfowej walki z wiatrakami.
- Laura... to ty? - usłyszała głos. Jej oczom ukazał się chłopak w czarnym garniturze z kapturem. Ciekawa dziewczyna podeszła w jego stronę.
- Ste... Steefan? - zaczęła poznawać. - To nie możesz być ty! - wykrzyczała w jego stronę.
- Masz rację. To nie ja. - powiedział z przekonaniem nieznajomy.
- Zatem kim jesteś? - zapytała.
- Jestem jednym z nich. Przyszedłem po ciebie. Chcę, abyś cierpiała jak najbardziej - powiedziała z przekonaniem cienista postać. Momentalnie wyjęła ze swojej kieszeni nóż i przejechała nim dziewczynie po krtani.
Api chwilę później upadła na ziemię, zalewając się krwią. Tajemniczy osobnik najzwyczajniej w świecie zniknął.
Wiedziałam, że coś tu nie gra. Miałam stuprocentową pewność, że Aideen ma rację. W głębi serca chciałam go nawet przeprosić za swoje niewygłoszone teorie spiskowe, ale po chwili zastanowienia uznałam, że dziwnie będzie mówić krytycznie o swoich myślach.
Spojrzałam na jego poczynania.
Siedział w pokoju La-Sheei i z nią rozmawiał. W największym omówieniu, dwójka papużek nierozłączek, flirtowała ze sobą. Nieśmiało, nieżwawo, ale jednak... flirtowała. Wiedziałam, że coś z tego będzie.
- Przez całe moje życie nie spotkałem tak kochanej osoby. - powiedział z uśmiechem na twarzy Aideen.
- Oj... muszę chyba czuć się wyjątkowo... W końcu masz już na swoim koncie trochę wiosen... heeeh.
- Musisz...
- Skoro tak... - zbliżyła się do swojego rozmówcy. Kazała mu zamknąć oczy. Kiedy ten już to zrobił, Layla cmoknęła go w usta. Aideen chwilę odwzajemnił gest La-Sheei.
- Wiesz co? - zapytała. - Myślę, że to najwyższy czas, aby odwiedzić Zmierzch Świtu! - wykrzyczała. Aideen nie krył zdezorientowania zaistniałą sytuacją. Jego mina obrazowała osobę, która chciała zdecydowanie innego obrotu sytuacji. Chociaż... sama nie wiem.
Może się doszukuję.
W każdym razie para zakochańców w końcu udała się na schody prowadzące do owego, tajemniczego miejsca.
Aideen zdał się na swoją wrodzoną odwagę i zaczął mocno pukać do drzwi.
- Panowie, musimy pogadać. Coś stało się z jednym z naszych przyjaciół. Potrzebujemy pomocy! - wykrzyczał. - Proszę, olejcie choć na chwilę waszą tajność, mistycyzm i wszystko co z tym związane. Wszechświat się kończy, a my musimy go uratować. - starał się być przekonywujący. Nie przyniosło to jednak żadnego efektu.
- Rzeczywiście... uparci Ci panowie... - nie kryła zażenowania Layla. Aideen nie zamierzał patrzeć na ignorancję Milczących. Zamknął oczy, starając się zwiększyć swoją koncentrację. Chwilę później je otworzył. Przestrzeń jego gałek ocznych momentalnie przybrała niebieską barwę.
- Sezamie, otwórz się. - powiedział z przekonaniem. Potężne drzwi kilka chwil później rozsypały się na setki małych kawałeczków. Layla patrzyła na całą sytuację ze zdezorientowaniem. Nie wiedziała co właśnie się stało, ale jej mina wyraźnie wskazywała na to, że chciałaby zobaczyć jeszcze kilka innych sztuczek swojego księcia z bajki.
- W zasadzie to powinienem być dżentelmenem i pozwolić Ci wejść do środka, jako pierwsza. Ale... może być tam niebezpiecznie. - tłumaczył się. Chwilę później przekroczył próg Zmierzchu Świtu i rozpoczął eksplorację budynku. Layla przez cały czas trzymała się jego tyłów. Czuła się bezpiecznie. Miała przed sobą ochroniarza, który zrobiłby dla niej wszystko.
Para wkrótce dotarła do pomieszczenia z wielkim okrągłym stołem.
- Zamknij oczy... proszę... - powiedział chłodnym tonem Aideen. - Nie możesz tego widzieć...
- Ale co się... - nie rozumiała. Zdziwiona dziewczyna nie posłuchała i zdecydowała się spojrzeć na to, co ewidentnie przeraziło jej chłopaka.
Przy stole siedzieli Milczący. Każdy z nich miał odrąbaną głowę. Na ścianie dało się dostrzec napis w dziwnym języku.
- To nie może być... prawda... - Layla opadła na ziemię. Zemdlała. Przerażony Aideen chwycił dziewczynę w ramiona i korzystając z umiejętności teleportacji, przeniósł się z nią do jej pokoju.
Położył ją w łóżku i przykrył ciepłą kołdrą. Pewnie mógł ją obudzić za pomocą jednego jedynego pstryknięcia palcem, ale nie zdecydował się na zrobienie tego. Sam prawdopodobnie chciał odpocząć.
Genesiss i Iris wciąż rozmawiali ze stałą paczką. Wielki mag zaproponował Olexowi, Adamowi, Doktorowi i Izzy'emu naukę czarów. Stwierdził, że trwa wojna, a oni nie mogą obijać się po kątach. Muszą walczyć.
- Każdy z was musi wybrać sobie dziedzinę, której będzie się najbardziej poświęcał. - stwierdził z przekonaniem.
- Dziedzinę? A mogą to być kobiety? - zapytał Izzy.
- Cholera... Niekoniecznie - stwierdził Genesiss. - Na początek proponuję naukę Magii Żywiołów. Pamiętacie Kapitana Planetę? hmmm.. pewnie nie. Gimnazjaliści nie znają! - wykrzyczał. W zasadzie mało kto rozumiał wypowiadane przez niego słowa, ale każdy starał się robić dobrą minę do złej gry.
Autor teoretycznie chciał porozmawiać ze starymi znajomymi, ale spostrzegł płaczącą Lilyness. Siadł koło niej i zaczął ją pocieszać.
- Dlaczego płaczesz Lily? - zapytał.
- To skomplikowane... - powiedziała jak przystało na każdą kobietę. Chwilę później opowiedziała Autorowi całą historie. Ten zdumiony informacjami, jakie dane było mu poznać, lekko się zaniepokoił. Dziewczyna cały czas jednak szlochała. Nie mogła znaleźć światła w tunelu, który wydawał się jej ciemnością większą od mroków Tenebris.
- Lily, obiecuję, że zrobimy wszystko co w naszej mocy, aby dowiedzieć się co się stało. - powiedział z przekonaniem. Lily ocierając oczy z łez, chwilę później cmoknęła Autora w policzek.
- Dziękuję... To naprawdę miłe z twojej strony.
- Cała przyjemność po mo.. - tu przerwał. Jego oczom ukazał się anioł bez gałek ocznych, który jakimś niewytłumaczalnym sposobem, przyglądał się jemu i Lily. Nie przejmował się niczym. Z dziecięcą ciekawością na nich patrzył i wcinał swoją rękę, niczym typowy pożeracz popcornu w kinie. - jej stronie... Lily... nie sądzisz, ze od jakiegoś czasu jest tutaj dziwnie?
- Co masz na myśli?
- Rozumiem że Niebo ma charakter transcendentalny, śmiertelnikom nie jest dane zrozumieć jego potęgi ale co sądzisz o tym tu... - wskazał w tym momencie na osobnika, który wiernie obserwował całą sytuację. Kret bardzo się jednak zdziwił, kiedy zorientował się, że pokazuje Córce Gwiazd zupełnie pustą przestrzeń.
- A w sumie... to nieważne. Wiesz co? Chyba pójdę się przespać... - odparł wciąż nie dowierzając.
Przyjaciele z podwórka wciąż rozmawiali z Haywoodem. Do konwersacji przyłączyła się drużyna pierścienia. Zgromadzeni poruszyli chwilę wcześniej temat tych całych "supermocy".
- Oczywiście, jestem w stanie zrobić z was potężnych wojowników, ale... to nie takie proste. Jestem bardzo ograniczony.
- Mimli Mimli Mimli - stwierdził Mimli.
- eee.. Kolega pyta czym jesteś ograniczony. - wyjaśnił Bobromir.
- Nie mam odpowiednich materiałów, składników i... innych takich. Można je zdobyć jedynie we Hrabstwie Wolfenshire. Hmmm sam nie wiem, czy dobrze pamiętam tą nazwę.
- Brzmi przerażająco śmiesznie... - nie krył zażenowania Kretes.
- Są to w każdym bądź razie okolice zamku Lady Abigail.
- Tej Lady Abigail?! - wykrzyczał Kogut Wynalaca. - Gdy z Kokokornelkiem byliśmy mali, nasi rodzice straszyli nas jakąś wampirzycą.. ko ko... podobno była bardzo ale to koko bardzo zła!
- To będzie trudna misja, ale może przynieść o wiele więcej niż się tego spodziewamy. - powiedział Haywood. - Myślę, że jestem gotowy na małą ekspedycję w tamte tereny... - dorzucił chwilę później.
Spojrzałam w stronę Celie i Talii. Dziewczyny prześcigały się w traceniu zmysłów. Nie wiedziały co stało się z Ż. Artem. Nie mogłam w tej sytuacji czekać.
- Dziewczyny... Musimy pogadać... - zaczęłam. - Obawiam się, że Art od kilku godzin jest martwy... podobnie jak Czarny i Api... Nie wiem co tu się dzieje, nie mam zielonego pojęcia dlaczego nikt nie reaguje na ich śmierć... Wiem, że to Niebo, ale nie tak wyobrażałam sobie tutejsze podejście do wszystkich spraw...
- Ale jak to nie żyje? - zapytała Talia, patrząc na drżącą Celestine. - To da się umrzeć w Niebie? Ale... przecież to głupie... - nieudolnie starała się pocieszyć siostrę.
- Musimy porozmawiać z Aideneem. - zaproponowałam. Chwilę później udałyśmy się do pokoju w którym do tej pory przebywał Aideen. Nie było to skomplikowane. Wiedziałam przecież gdzie "zatrzasnął" się z Laylą.
- Aideen! - wykrzyczałam. - Jeszcze się nie znamy... ale... to sprawa życia i śmierci... - kontynuowałam. Patrzyłam w oczy zdezorientowanego Anioła, który nie krył zaskoczenia zaistniałą sytuacją.
- Evangelagen zabił Czarnego i Arta.
- Że co proszę?! - nie wytrzymał. Wyglądał na takiego, którego przerosły zdarzenia dzisiejszego dnia.
- Ktoś zabił też Api, a żaden z Aniołów na to nie zareagował... Przepraszam bardzo, ale czy to normalne?! - wygłaszałam na głos swoje pretensje. Po minie Aideena dało się z łatwością wywnioskować, że jego mózg nie funkcjonuje już tak jak powinien.
- SKĄD TY TO WSZYSTKO WIESZ?! - podniósł swój ton głosu. Momentalnie doskoczyły do niego Celestine i Talia. Paladynki stanęły w mojej obronie.
- Nie krzycz na nią. - powiedziały niemal jednogłośnie.
- Ja... przepraszam... - usiadł na łóżku, na którym spała Layla i zaczął szlochać. - To wszystko... mnie przerasta. Od jakiegoś czasu nic nie jest tutaj takie same... Wszyscy postradali zmysły, nikogo nie obchodzi los bliźnich. Nic nie jest tak jak chciał tego Alpha.
Myślałem, że wiem jak powstrzymać Lazariusa... Myślałem że wiem jak zatrzymać ten nadjeżdżający pociąg, pędzący po drewnianych torach z prędkością światła...
- Tak... ktoś wymordował milczących. - odparłam. Aideen już nic nie rozumiał, więc postanowiłam wyjawić mu mój sekrecik. - Mam dar obserwowania otoczenia. Nie muszę wdawać się z nim w żadne interakcje. Wiem co się dzieje w mojej okolicy i mogę dzięki temu poczuć się o wiele bezpieczniej.
- Alysia, prawda? - zapytał Aideen.
- Prawda.
- Wiele wskazuje na to, że jesteś jedną z Natchnionych. - powiedział przecierając łzy. Zamarłam.
- Czy to oznacza, że muszę dopisać swoją część przepowiedni? A czy Genesiss przypadkiem nie powiedział, że zna zakończenie? Czy przepowiednia tych całych Natchnionych się już nie skończyła?
- To nigdy się nie kończy... To trwa przez wieczność. Zaufaj mi. - starał się być przekonywujący.
- Dob...Dobrze... - nie kryłam zdziwienia. Aideen patrzył na mnie ze zrozumieniem. Emocje wydawały się trochę opaść, ale jak się chwilę później okazało... Nic bardziej mylnego.
- Co z Ż. ARTEM?! - wykrzyczała Cellie, tak głośno, że aż zatrzęsły się wszystkie przedmioty znajdujące się w okolicy.
- Nie tak dawno stwierdziłem, że wśród nas jest szpieg.
- Co masz na myśli? - zapytała Talia.
- Ktoś z Tenebris, kto sieje w okolicy jeden wielki zamęt. Chce nas ogłupić i sprawić, że wzajemnie się pozabijamy. Zleciłem zbadanie tej sprawy Evanowi. Najwyraźniej... nie wywiązał się ze swojego zadania.
- Co chcesz zrobić? - zapytałam.
- Sam nie wiem. To ciężka sytuacja. Anioł nie powinien zabijać wiernych. Poddam jego sprawę Radzie i zobaczymy co z tego wyniknie.
- Nie za dużo formalności?
- Pewnie tak... Ale co w takiej sytuacji niby mogę zrobić? - zapytał.
- Zamknij go w Edenie, tak jak Miaula!
- To nie takie proste. Osoby, które trafiają do Edenu muszą wyrażać jakąś skruchę. W przeciwnym razie istnieje spore prawdopodobieństwo, że zaczną siać tam zamęt i chaos.
- Masz na myśli wymordowanie wszystkich niewinnych?
- Kobiety jak zawsze konkretne... Ech... - nie krył zakłopotania. Rozmowa trwała jeszcze przez jakiś czas, ale nie dotyczyła spraw bardziej sensownych. W końcu przekonałyśmy Aideena, żeby pogadał z Evanem.
Po kilkunastu minutach byliśmy już na miejscu zbrodni. Naszym oczom ukazały się ciała Arta i Czarnego.
Cellie czym prędzej doskoczyła do swojego ukochanego i zaczęła nad nim szlochać.
- Ty głupku... masz świadomość tego, że jak już do nas wrócisz, to umrzesz jeszcze raz?! zadrapię Cię tak, że wykrwawisz się na śmierć. - nie kryła swoich emocji.
Sama nie wiem czy chciałam to słyszeć, ale jedno było pewne. Byłam szczęśliwa, że nie było wśród nas Api. Nie chciałam przeżywać kolejnych smutków po stratach najbliższych.
- Możesz ich wskrzesić?! - zapytała przerażona Cellie.
- Tak, ale jeszcze nie teraz. To nie takie proste. Zostali zabici w Niebie przez Anioła... Ich wskrzeszenie wymaga wieelu poświęceń...
- A co z ciałem Api? - zapytałam.
- Zleciłem naszemu bratu zajęcie się tą sprawą. - powiedział z chłodnym urzędniczym tonem Aideen.
- Ale nie Evanowi? - zapytałam z delikatnym uśmiechem na twarzy.
- Nie. Jego imię to Zachariach. - powiedział z przekonaniem. Jego odpowiedź trochę mnie zdziwiła. Posiadacz kompasu żywiołów według opowieści przyjaciół był jakimś wilkołakiem... albo innym diabłem. Heeh... Pewnie nie wiedzieli.
W każdym razie Evana nie było w okolicy. Nie dopełniło się popularne ludowe porzekadło, w którym to przestępca zawsze wraca w miejsce swojej zbrodni.
Kolejny raz zdecydowałam się na użycie swojej umiejętności. Ujrzałam Evangelagena rozmawiającego z Lily.
Chwalił się jej, że pozbył się sługów Tenebris.
- Aideen, teleport do Lilyness.. Raz! - wykrzyczałam czym prędzej. Czułam się przy tym trochę jak podczas tych wszystkich morskich wypraw po całym uniwersum kaskadowej valhalli.
- Kto w takim razie tutaj tak potwornie mącił? - zapytała Lilyness.
- To Czarnoksiężnik i Ż. Art.
- Nie powiedziałabym o nich złego słowa... Wydawali się niewinni, a o jednym nawet mówiła przepowiednia natchnionych... Czy jesteś pewien, że dokonałeś dobrego wyboru?
- Jestem pewien. A to wszystko dla Ciebie...
- Jak to?! - nie kryła zdziwienia Lily.
- Nie rozumiesz? Jesteśmy sobie przez...
- Przeznaczeni, tak? - zapytał Aideen. - To samo mówiłeś Celestine Talii i kilku innym osobom? Hmmm a może jeszcze jakiemuś facetowi? - nie krył zażenowania.
- Lily... miałem Ci nie mówić... Ale Aideen to główny sługa Tenebris! przez cały ten czas nas wszystkich zwodził... a potem... z premedytacją zamordował wszystkich milczących! Chciał informacji! Chciał mieć pewność, że nikt nie dowie się jak powstrzymać Lazariusa! To jego pan i władca!
- Czy to prawda Aideenie?
- Lily... mogę Ci zaświadczyć... - zaczął się tłumaczyć Aideen.
- LILY! - wykrzyczałam. - Widziałam na własne oczy jak Evan morduje Arta i Czarnego. A to wszystko, dlatego, że chcieli stanąć w obronie Celestine i Talii!
- Córko Gwiazd... komu tak naprawdę wierzysz? - zapytał Evan. - Wierzysz osobom, które znasz krócej ode mnie? Czy tego naprawdę chciałby Ojciec?
- Nie daj się mu omamić! Evan kłamie! Jeśli odrzucisz jego zaloty, skończysz tak jak wszyscy, których zabił. - powiedziała Talia.
- Wiecie co? jesteście śmieszni. - stwierdził serafin. - Mogę powiedzieć Lily otwarcie co do niej czuje! A wasze zarzuty są wręcz wyssane z palca albo z jakiegoś... bagna! - starał się być przekonywujący. W tym momencie złapał Lilyness za rękę i zaczął mówić...
- Jeśli się zgodzisz, abym to ja został Królem Nieba, dopełnię wszystkich starań, żeby w okolicy zapanował spokój. Zrobię wszystko, aby Nestardiel odkupił swoje winy. Zrobię wszystko, by powstrzymać Lazariusa. A jeśli będzie mi dane stanąć z nim twarzą w twarz, pozbędę się go na wieczność!
- Evan... to nie może się wydarzyć... - powiedziała Lily ze spuszczoną głową. Skrzydła Evana momentalnie zabłysnęły tak jak wtedy, kiedy pozbywał się niewygodnych mu osób.
Nie zamierzałam czekać na dalszy rozwój sytuacji. Chwyciłam za Celexcal i zamachnęłam się na anioła. . . . . . .
Evan jednak był szybszy. W jego skrzydle wciąż tkwił jakiś odłamek tego pamiętnego żyrandolu. O tym jak był ostry miałam się przekonać za jakąś sekundę. Padłam na ziemię, czując w piersi niewyobrażalnie silny ból.
Nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Otaczała mnie ciemność. Momentalnie widziałam jakieś blaski, rozbłyski światła, ale były to najpewniej chwile, których każdy doświadcza podczas śmierci.
Nie chciałam umierać, ale no cóż... Mówi się trudno, żyje się dalej... Talia miała rację... umrzeć w niebie? nie... to jakaś porażka...
Ból z sekundy na sekundę malał, a ciemność, która mnie otaczała, niczym sam Prezydent Rosji, pochłaniała coraz większe terytoria.
Nie wiedziałam czym skończy się wędrówka po zaświatach zaświatów, ale jedno było pewne... Nigdzie nie było światełka w tunelu.
***
A jednak było... z tym, że raczej nie takie jakbym tego oczekiwała. Znalazłam się w pomieszczeniu przypominającym hmm.. żłobek? sama nie wiem. Znajdowałam się w kołysce. To trochę upokarzające, nie sądzicie?
Rozglądając się bardziej po pokoju, dostrzegłam, że roi się tutaj od kołysek. W trzech z nich dostrzegłam Api, Czarnego i Arta.
Żadne z nich już nie spało. Wszyscy tkwili w miejscu, w którym dane im było tkwić... heeh. Obstawiam, że nikt jakimś śmiesznym prawem nie mógł opuścić swojej lokacji.
W pewnym momencie w pomieszczeniu wybuchł pożar... albo... zapaliło się coś na ścianach. Ach... tak... pentagramy... Tak więc w pomieszczeniu płonęły pentagramy.
Pamiętałam relację Urielus... Urierala... Cholera... jak można tak się nazywać? W każdym bądź razie wiedziałam, co wkrótce się stanie.
Naszym oczom ukazała się trupioblada postać, która najzwyczajniej w świecie się na nas gapiła.
- No i co się patrzysz stara jędzo? - zapytałam.
- Jesteś pewna, że to była Heavensiss? - zagadał Aideen. W jego myślach krążyły różne teorie spiskowe.
- Widziałam ją...
- Widziałaś jej hologram. To twoim zdaniem wystarczy? Obstawiam, że to kolejna sztuczka Nestardiela. Destruktor Edenu ewidentnie chce, abyś się z nim zapoznała.
- To wyglądało zbyt realnie... To nie mogła być iluzja.
- Spójrz prawdzie w oczy. - powiedział chłodnym tonem. - Heavensiss przez ten cały czas milczała. Myślisz, że Nestardiel pozwoliłby złamać komukolwiek swoje pieczęci?
- Theoseres się jakoś wydostał.
- Ciszu... Ech... Racja, udało mu się uciec z Serca Cyrku Chaosu. Ale czy... to rzeczywiście powód do dumy?
- Co masz na myśli?
- Theoseres to irytujący idiota. Nie dziwię się, że Nestardiel pozwolił mu uciec. Nikt normalny by z nim nie wytrzymał cały rok, a tym bardziej nikt nienormalny... Przedsięwzięcie Nestardiela było wielkie, miało wielki rozmach i na pewno było dopięte na ostatni guzik. Niszcząc za sobą wszelkie arcyrzeczywistości nie mógł pozwolić sobie na żaden błąd.
- A co jeśli rzeczywiście się jej coś stało?
- Wtedy wezmę winę na siebie. Nie możemy ryzykować twojej straty. W imieniu Niebieskiej Rady zakazuję Ci opuszczania Nieba.
- Nie możesz...
- To dla twojego dobra siostrzyczko... - odparł i oddalił się w znanym tylko sobie kierunku. Było mi trochę szkoda Lily. Choć była królową Nieba, to jej uprawnienia były strasznie ograniczone. Nie wiedziałam czym jest ta cała "Rada", ale również nie zainteresowało mnie to do tego stopnia, żeby jakoś nad tym szczególnie rozmyślać.
Kątem oka spojrzałam na Delayę i Maven. Dziewczyny najwyraźniej szukały Slenderowi drugiej połówki. Ich wysiłek można było jednak porównać do syzyfowych starań. Kret bez twarzy był bardzo, ale to bardzo wybredny. Momentami wydawało mi się, że jest bardziej nieśmiały, aniżeli wybredny... Ale wiedziałam, że jego nauczycielki znają się na rzeczy. Wiedziałam, że jeszcze wyprowadzą go na "ludzi".
Zdecydowałam się spojrzeć w miejsce ciut większej akcji.
Ujrzałam Arta, kłócącego się z Evangelagenem.
- Nie wtranżalaj się do Cellie, jasne? Ona za mną szaleje i nigdy nic do ciebie nie poczuje. I nie próbuj nawet myśleć, że mogę być szpiegiem Tenebris. Dobrze wiem, kto mógłby nim być i nie jest to przynajmniej nikt z Forum. A Tenebris nie ma tu żadnej władzy, bo jest zwalczane przez niebieskie Lux, czyli światło. Zdążyłem nawiązać pewne kontakty z Tymi Na Szczycie Szczytów i jedno słowo przeciwko mnie, a masz problem. A teraz idź do Aideena i powiedz mu, że nie mam nic wspólnego z Tenebris - nikogo nie wskrzeszałem i nie mam związku z nekromancją, to Lennabeth mnie zabiła i wskrzesiła. Jej się czepiaj.
- Nie jesteście sobie przeznaczeni. Wiem o tym. Celestine została stworzona do wyższych celów. Była zwykłą sierotą, dopóki nie odnalazł jej Silver. Zostałaby nikim. Zgniłaby z głodu już podczas pierwszej zimy. Jak myślisz, kto zagrał na skrzypcach przeznaczenia i dał jej taki a nie inny los? Cellie stała się Mistrzynią Elitarnego Zakonu Paladynów Światła. A to wszystko moja zasługa. To ja uratowałem jej życie i to właśnie mi jest przeznaczona. Jeśli tego nie zaakceptujesz, czeka cię śmierć. Zrozumiano?
- Nie!
- Twoja decyzja - przerwał Artowi Evan. Chwilę później z chorą rządzą nienawiści, wyciągnął potężny, zakrwawiony miecz. Bez ani chwili zastanowienia, przebił nim Arta.
Całą sytuację obserwował Czarnoksiężnik, który urwał się z rozmowy ze starymi znajomymi. Pełen pretensji i jeszcze większej złości podleciał do ostatniego z serafinów.
- Odejdź, albo i ty podzielisz jego los. - powiedział Evangelagen. Czarnoksiężnik nie zamierzał słuchać anioła mordercy. Wiedział, że musi zrobić coś, co będzie najlepszym rozwiązaniem. Nie wiedział tylko co. Myślał i myślał. Musiał robić to jednak bardzo szybko, gdyż znalazł się w wielkim niebezpieczeństwie. Był niewygodnym świadkiem.
Momentalnie spojrzał na znajdujący się na górze, wielki, złoty żyrandol. Nie wahając się przez ani jedną chwilę rzucił sztyletem w część, która pozwalała mu nie spaść na ziemię.
Nieświadomy niczego Evan, został przygnieciony kilkutonową ozdobą.
- Teraz pójdę do Aideena i wyznam mu całą prawdę - powiedział zadyszany. Wiedział, że wygrał pojedynek i wiedział, że wyjaśni się kto tutaj tak naprawdę mąci.
- Wiesz... nie sądzę... - odparł Serafin. Postanowił użyć swoich skrzydeł, które według definicji mogą przebić się przez każdą przeszkodę.
Kiedy wypowiedział swoje słowa, powstał. Zdezorientowany Czarnoksiężnik chciał uciekać, ale Evan był szybszy. Wystarczyło jedno jego szarpnięcie skrzydłami, a kryształy, które niegdyś ozdobnie górowały na sklepieniu niebieskim, przebiły ciało nietoperza.
Evan po całym zdarzeniu oddalił się z miejsca zbrodni.
Chciałam działać. Chciałam jakoś zainterweniować. Wiedziałam jednak, że znajduję się zbyt daleko Aideena, albo jakiegokolwiek innego, znanego Anioła. Nie znałam tutejszych układów. Nie miałam zielonego pojęcia, kto z kim trzyma. Nie wiedziałam czy jest tu ktoś godny zaufania.
Postanowiłam się uspokoić i podjąć działania dopiero za jakiś czas. Spojrzałam w stronę dwóch najważniejszych osób w moim życiu.
Olivier i Vivilion wreszcie zaczęli się dogadywać. Dało się to wywnioskować z przyjacielskiego tonu ich rozmów, a także ze wspólnych planów, które zamierzali urzeczywistnić w przyszłości. Dowiedziałam się, że planują wielką niespodziankę na moje urodziny. Ech... To takie miłe...
Maxwell i Emmelie siedzieli razem w jednym z rezydenckich pokojów. Rycerz przechwalał się czarodziejce o swoich wygranych walkach ze smokami. Zgładził ponoć jakiegoś pożeracza światów i dokonał tego w krainie, do której prawo mają wstąpić jedynie najbardziej zasłużeni wojownicy. Emmelie wyglądała na poruszoną całą historią. Stwierdziła, że grała swojego czasu z Genesissem w grę zwaną "Janusze i Smoki" czy... jakoś tak.
Rozmowa przybrała jednak chwilę później zdecydowanie dziwniejszy ton.
- Ta noc była piękna... - nie kryła radości Emmelie.
- Mam nadzieję, że jeszcze ją powtórzymy. - powiedział z przekonaniem rycerz. Dziewczyna mrugnęła do Maxwella z aprobatą.
Nie zamierzałam wnikać w szczegóły. Nie obchodziło mnie to w żaden sposób.... W żaden! jasne?!
Api opuściła Serphana i jego nowego chłopaka. Między dwoma panami rozpoczęła się krótka konwersacja.
- I jak ty mogłeś zakochać się w kobiecie? - zapytał Marylin. - Przecież to takie słabe, wredne, wkurzające...
- No ale chociaż gotuje, tak? - zaśmiał się Serphan.
Bardzo chciałam mu wytłumaczyć, że jest w błędzie... ale nie było to teraz moim priorytetem. Koniec końców Marylin stwierdził, że jest zmęczony i musi się położyć. Chciał, aby Serphan udał się na odpoczynek razem z nim, ale ten stwierdził, że musi coś załatwić. Skarpetożerca pokiwał głową i oddalił się w kierunku swojego pokoju.
Serphan błądził chwilę w miejscu. Najprawdopodobniej o czymś myślał. Coś co zaprzątało jego myśli mogło być jednak wszystkim. Nie chciałam bawić się w Aideena i wyciągać w tym momencie jakiś teorii spiskowych.
- Ahoooy! - usłyszał głos. Ujrzał anioła w kostiumie marynarza... ee... chyba marynarza.
- Matthew, stary skurczybyku! Gdzie ty się podziewałeś?! - zapytał zaskoczony.
- Jestem aniołem. Niezapowiedziane wypady w nieznane to moja specjalność. Jak tam z Marylinem? Zgaduję, że nie posłuchaliście moich rad?
- Miłość jest ważniejsza niż wszelkie podziały. To najpiękniejsze uczucie, jakim można obdarzyć drugą osobę. Mam w nosie te wasze zasady. - powiedział z przekonaniem. Mathew przyglądał się ze zdenerwowaniem swojemu rozmówcy.
- Nie wyrzucę was z Nieba, tylko dlatego, że na dole nie mielibyście żadnych szans na przeżycie. To co robicie jest złe i nie da się tego nie potępiać. Powinniście być wdzięczni mi i Jasmine. Bez nas prawdopodobnie zginęlibyście w walce z traktorami.
- Wciąż pamiętasz tą wredną podróbę walki z wiatrakami? Heeh... To ciekawe. Wszyscy przeżyliśmy wiele, ale udało nam się wygrać.
Rozumiem wasze pretensje i jeśli wszystko już wróci do normy, opuścimy Niebo.
- To bardzo dobrze, że się rozumiemy. - uśmiechnął się anioł.
Rozmowa kilka chwil później się skończyła. Serphan dołączył do Marylina.
Nie spali jednak tylko i wyłącznie oni. Swoje przeżycia z pamiętnego dnia odsypiał również Theoseres. Byłam w sumie ciekawa jak szybko dochodzi się do normalności, po wypiciu beczki rumu w Niebie...
Pomysł Drużyny Pierścienia z laleczką voodoo Cisza, legł w gruzach. Żadnemu z arcyodważnych panów nie chciało się pożyczyć włosów od niedoszłego Króla Nieba. Lennabeth nie kryła zażenowania całą sytuacją. Razem z Dawidem postanowiła udać się do lokalnego bufetu, aby przekąsić coś dobrego.
Bulbo, Mimli, Bobromir i Lowelas poszli porozmawiać z Reksiem i jego spółką.
- Więc mówisz, że raz wypiłeś jakąś niezidentyfikowaną ciecz i mamrotałeś coś o 69 galaktyce? - zaczęła rozmowę.
- Tak, bo ja to tak w zasadzie lubię liczbę 69.
- Czemu? - zapytała ze zdezorientowaniem. Dawid nie odpowiedział. Po prostu sugestywnie pomrugał w stronę wiedźmy. Przez jego myśli przebiegały tysiące różnych haseł, o których można byłoby wypowiedzieć się w jednoznaczny sposób. Myślał i myślał.
Do pionu miało go jednak doprowadzić pewna całkiem niecodzienna sytuacja.
Dawid poczuł na swoim płaszczu zimną, ciekłą i chropowatą powierzchnię, która z sekundy na sekundę przemieszczała się coraz wyżej i wyżej.
- Co do... - zapytał zdezorientowany. Obrócił się i ujrzał zarośniętego mężczyznę z brodą. Miał na sobie kilkuletnią , zawszoną czapkę, która mogła świadczyć o wielu przygodach, które ten pan miał okazję przeżyć.
Osobnik nie zamierzał czekać na dalszy rozwój sytuacji i różne inne pretensje Dawida. Po prostu, pocałował go przy wszystkich.
Siedzący przy jednym stoliku Święci, patrzyli na to wszystko z wielkim obrzydzeniem.
Zdezorientowany kogut odepchnął natarczywego adoratora. I w sumie udało mu się tego dokonać, ale dopiero po kilkudziesięciu sekundach. Lena zdecydowała się podjąć działania. Sprawiła, że Dawid kilka chwil później odepchnął na ziemię... miotłę.
- Och... To było całkiem słodkie... - szydziła wiedźma. - Ale... przynajmniej mam nową miotłę. Nazwę ją Dave69. Co myślisz o tej nazwie? - uśmiechnęła się.
Kretes, choć chciał początkowo porozmawiać z Autorem, zmienił swoją decyzję. Jego uwagę przykuł piękny krajobraz.
Trafił do miejsca, które na pierwszy rzut oka, wyglądało na przejście z Nieba do Edenu. Spoglądał na schody prowadzące do rajskich ogrodów i nie mógł zaprzestać swojego podziwu.
Zaniepokoił się trochę, gdy ujrzał istotę w czerwonym kapeluszu, przekraczającą granicę dwóch rzeczywistości. Najprawdopodobniej była smutna, albo się czymś niepokoiła.
- Czuję się jak w Raju.... - nie krył zachwytu.
- Raj jest oklepany. Jest tam zbyt wesoło. Wszyscy cieszą się jak idioci z błahych powodów, że udało im się wygrać życie i mogą być z tego powodu dumni. Nikt nie rozumie zagrożenia, które nadciąga. Nikt nie potrafi zrozumieć najprostszych słów...
- Ojej, to rzeczywiście zastanawiające. Ale wiesz co? Nie powinnaś się smucić. Jesteś zbyt ładna... - nie szczędził komplementów Kretes. - Jestem Kretes102, a ty to kto?
- Miło mi Cię poznać. Jestem Jasmine - powiedziała tonem totalnej dekadentki. Kretes patrzył na nią i patrzył. Oczekiwał jakiejś reakcji na nieprzeciętny komplement.
- Nie, nie poruszyłeś mnie w żaden sposób - powiedziała chłodnym tonem. - Ale... może dam się namówić na jakąś kawę, jeśli zmienisz swój styl. Żadna dziewczyna nie poleci na kogoś, kto wygląda jak stary menel z zakładu utylizacji odpadów. - nie szczędziła słów.
Kretes zrozumiał, że ma do czynienia z trudnym przypadkiem.
Spojrzałam w stronę Mątka. Było mu bardzo przykro, że został sam. Los jednak chciał, że luka ta miała się wkrótce zapełnić.
- Panie, w mordę jeża nie smuć się pan. - usłyszał głos. Lis obejrzał się. Jego oczom ukazał się grubawy wieprz, pałaszujący właśnie jakąś kiełbasę.
- ARNOLD BOCZEK! - wykrzyczał ze zdezorientowaniem Mątek. - Ale panie Arnoldzie, czy to nie podchodzi przypadkiem pod kanibalizm?
- A co panie teraz nie podchodzi? Trzeba sobie jakoś radzić... Panie... nie strasz pan....
- No dobra...
- Właściwie to ja przyszedłem pana postraszyć. - odparł. I wtedy zaczęło się robić bardzo, ale to bardzo dziwnie. Arnold podniósł Mątka swoją potężną łapą. Patrzył mu prosto w oczy i spokojnym tonem zaczął mówić...
- Przewiduję panu, Panie Mątek rychłą śmierć. Jeśli pan nie podejmie się walki, zginie pan w potwornych męczarniach. To nasza wojna. Musimy walczyć. - starał się być przekonywujący. Kilka chwil później rzucił swoim rozmówcą o okoliczne krzesła.
Kiedy lis obejrzał się w stronę napastnika, ten najzwyczajniej w świecie zniknął.
Całej sytuacji przypatrywał się Matthew. Był on zdecydowanie zdziwiony zachowaniem Mątka.
- Dlaczego rzucasz się o krzesła? Ja rozumiem chęć wyładowania emocji... ale może wziąłbyś się w garść? - zaproponował.
Api błądziła chwilę bez celu. Chciała zostać sama. Chciała przemyśleć kilka spraw, dotyczących egzystencji we wszechświecie i syzyfowej walki z wiatrakami.
- Laura... to ty? - usłyszała głos. Jej oczom ukazał się chłopak w czarnym garniturze z kapturem. Ciekawa dziewczyna podeszła w jego stronę.
- Ste... Steefan? - zaczęła poznawać. - To nie możesz być ty! - wykrzyczała w jego stronę.
- Masz rację. To nie ja. - powiedział z przekonaniem nieznajomy.
- Zatem kim jesteś? - zapytała.
- Jestem jednym z nich. Przyszedłem po ciebie. Chcę, abyś cierpiała jak najbardziej - powiedziała z przekonaniem cienista postać. Momentalnie wyjęła ze swojej kieszeni nóż i przejechała nim dziewczynie po krtani.
Api chwilę później upadła na ziemię, zalewając się krwią. Tajemniczy osobnik najzwyczajniej w świecie zniknął.
Wiedziałam, że coś tu nie gra. Miałam stuprocentową pewność, że Aideen ma rację. W głębi serca chciałam go nawet przeprosić za swoje niewygłoszone teorie spiskowe, ale po chwili zastanowienia uznałam, że dziwnie będzie mówić krytycznie o swoich myślach.
Spojrzałam na jego poczynania.
Siedział w pokoju La-Sheei i z nią rozmawiał. W największym omówieniu, dwójka papużek nierozłączek, flirtowała ze sobą. Nieśmiało, nieżwawo, ale jednak... flirtowała. Wiedziałam, że coś z tego będzie.
- Przez całe moje życie nie spotkałem tak kochanej osoby. - powiedział z uśmiechem na twarzy Aideen.
- Oj... muszę chyba czuć się wyjątkowo... W końcu masz już na swoim koncie trochę wiosen... heeeh.
- Musisz...
- Skoro tak... - zbliżyła się do swojego rozmówcy. Kazała mu zamknąć oczy. Kiedy ten już to zrobił, Layla cmoknęła go w usta. Aideen chwilę odwzajemnił gest La-Sheei.
- Wiesz co? - zapytała. - Myślę, że to najwyższy czas, aby odwiedzić Zmierzch Świtu! - wykrzyczała. Aideen nie krył zdezorientowania zaistniałą sytuacją. Jego mina obrazowała osobę, która chciała zdecydowanie innego obrotu sytuacji. Chociaż... sama nie wiem.
Może się doszukuję.
W każdym razie para zakochańców w końcu udała się na schody prowadzące do owego, tajemniczego miejsca.
Aideen zdał się na swoją wrodzoną odwagę i zaczął mocno pukać do drzwi.
- Panowie, musimy pogadać. Coś stało się z jednym z naszych przyjaciół. Potrzebujemy pomocy! - wykrzyczał. - Proszę, olejcie choć na chwilę waszą tajność, mistycyzm i wszystko co z tym związane. Wszechświat się kończy, a my musimy go uratować. - starał się być przekonywujący. Nie przyniosło to jednak żadnego efektu.
- Rzeczywiście... uparci Ci panowie... - nie kryła zażenowania Layla. Aideen nie zamierzał patrzeć na ignorancję Milczących. Zamknął oczy, starając się zwiększyć swoją koncentrację. Chwilę później je otworzył. Przestrzeń jego gałek ocznych momentalnie przybrała niebieską barwę.
- Sezamie, otwórz się. - powiedział z przekonaniem. Potężne drzwi kilka chwil później rozsypały się na setki małych kawałeczków. Layla patrzyła na całą sytuację ze zdezorientowaniem. Nie wiedziała co właśnie się stało, ale jej mina wyraźnie wskazywała na to, że chciałaby zobaczyć jeszcze kilka innych sztuczek swojego księcia z bajki.
- W zasadzie to powinienem być dżentelmenem i pozwolić Ci wejść do środka, jako pierwsza. Ale... może być tam niebezpiecznie. - tłumaczył się. Chwilę później przekroczył próg Zmierzchu Świtu i rozpoczął eksplorację budynku. Layla przez cały czas trzymała się jego tyłów. Czuła się bezpiecznie. Miała przed sobą ochroniarza, który zrobiłby dla niej wszystko.
Para wkrótce dotarła do pomieszczenia z wielkim okrągłym stołem.
- Zamknij oczy... proszę... - powiedział chłodnym tonem Aideen. - Nie możesz tego widzieć...
- Ale co się... - nie rozumiała. Zdziwiona dziewczyna nie posłuchała i zdecydowała się spojrzeć na to, co ewidentnie przeraziło jej chłopaka.
Przy stole siedzieli Milczący. Każdy z nich miał odrąbaną głowę. Na ścianie dało się dostrzec napis w dziwnym języku.
- To nie może być... prawda... - Layla opadła na ziemię. Zemdlała. Przerażony Aideen chwycił dziewczynę w ramiona i korzystając z umiejętności teleportacji, przeniósł się z nią do jej pokoju.
Położył ją w łóżku i przykrył ciepłą kołdrą. Pewnie mógł ją obudzić za pomocą jednego jedynego pstryknięcia palcem, ale nie zdecydował się na zrobienie tego. Sam prawdopodobnie chciał odpocząć.
Genesiss i Iris wciąż rozmawiali ze stałą paczką. Wielki mag zaproponował Olexowi, Adamowi, Doktorowi i Izzy'emu naukę czarów. Stwierdził, że trwa wojna, a oni nie mogą obijać się po kątach. Muszą walczyć.
- Każdy z was musi wybrać sobie dziedzinę, której będzie się najbardziej poświęcał. - stwierdził z przekonaniem.
- Dziedzinę? A mogą to być kobiety? - zapytał Izzy.
- Cholera... Niekoniecznie - stwierdził Genesiss. - Na początek proponuję naukę Magii Żywiołów. Pamiętacie Kapitana Planetę? hmmm.. pewnie nie. Gimnazjaliści nie znają! - wykrzyczał. W zasadzie mało kto rozumiał wypowiadane przez niego słowa, ale każdy starał się robić dobrą minę do złej gry.
Autor teoretycznie chciał porozmawiać ze starymi znajomymi, ale spostrzegł płaczącą Lilyness. Siadł koło niej i zaczął ją pocieszać.
- Dlaczego płaczesz Lily? - zapytał.
- To skomplikowane... - powiedziała jak przystało na każdą kobietę. Chwilę później opowiedziała Autorowi całą historie. Ten zdumiony informacjami, jakie dane było mu poznać, lekko się zaniepokoił. Dziewczyna cały czas jednak szlochała. Nie mogła znaleźć światła w tunelu, który wydawał się jej ciemnością większą od mroków Tenebris.
- Lily, obiecuję, że zrobimy wszystko co w naszej mocy, aby dowiedzieć się co się stało. - powiedział z przekonaniem. Lily ocierając oczy z łez, chwilę później cmoknęła Autora w policzek.
- Dziękuję... To naprawdę miłe z twojej strony.
- Cała przyjemność po mo.. - tu przerwał. Jego oczom ukazał się anioł bez gałek ocznych, który jakimś niewytłumaczalnym sposobem, przyglądał się jemu i Lily. Nie przejmował się niczym. Z dziecięcą ciekawością na nich patrzył i wcinał swoją rękę, niczym typowy pożeracz popcornu w kinie. - jej stronie... Lily... nie sądzisz, ze od jakiegoś czasu jest tutaj dziwnie?
- Co masz na myśli?
- Rozumiem że Niebo ma charakter transcendentalny, śmiertelnikom nie jest dane zrozumieć jego potęgi ale co sądzisz o tym tu... - wskazał w tym momencie na osobnika, który wiernie obserwował całą sytuację. Kret bardzo się jednak zdziwił, kiedy zorientował się, że pokazuje Córce Gwiazd zupełnie pustą przestrzeń.
- A w sumie... to nieważne. Wiesz co? Chyba pójdę się przespać... - odparł wciąż nie dowierzając.
Przyjaciele z podwórka wciąż rozmawiali z Haywoodem. Do konwersacji przyłączyła się drużyna pierścienia. Zgromadzeni poruszyli chwilę wcześniej temat tych całych "supermocy".
- Oczywiście, jestem w stanie zrobić z was potężnych wojowników, ale... to nie takie proste. Jestem bardzo ograniczony.
- Mimli Mimli Mimli - stwierdził Mimli.
- eee.. Kolega pyta czym jesteś ograniczony. - wyjaśnił Bobromir.
- Nie mam odpowiednich materiałów, składników i... innych takich. Można je zdobyć jedynie we Hrabstwie Wolfenshire. Hmmm sam nie wiem, czy dobrze pamiętam tą nazwę.
- Brzmi przerażająco śmiesznie... - nie krył zażenowania Kretes.
- Są to w każdym bądź razie okolice zamku Lady Abigail.
- Tej Lady Abigail?! - wykrzyczał Kogut Wynalaca. - Gdy z Kokokornelkiem byliśmy mali, nasi rodzice straszyli nas jakąś wampirzycą.. ko ko... podobno była bardzo ale to koko bardzo zła!
- To będzie trudna misja, ale może przynieść o wiele więcej niż się tego spodziewamy. - powiedział Haywood. - Myślę, że jestem gotowy na małą ekspedycję w tamte tereny... - dorzucił chwilę później.
Spojrzałam w stronę Celie i Talii. Dziewczyny prześcigały się w traceniu zmysłów. Nie wiedziały co stało się z Ż. Artem. Nie mogłam w tej sytuacji czekać.
- Dziewczyny... Musimy pogadać... - zaczęłam. - Obawiam się, że Art od kilku godzin jest martwy... podobnie jak Czarny i Api... Nie wiem co tu się dzieje, nie mam zielonego pojęcia dlaczego nikt nie reaguje na ich śmierć... Wiem, że to Niebo, ale nie tak wyobrażałam sobie tutejsze podejście do wszystkich spraw...
- Ale jak to nie żyje? - zapytała Talia, patrząc na drżącą Celestine. - To da się umrzeć w Niebie? Ale... przecież to głupie... - nieudolnie starała się pocieszyć siostrę.
- Musimy porozmawiać z Aideneem. - zaproponowałam. Chwilę później udałyśmy się do pokoju w którym do tej pory przebywał Aideen. Nie było to skomplikowane. Wiedziałam przecież gdzie "zatrzasnął" się z Laylą.
- Aideen! - wykrzyczałam. - Jeszcze się nie znamy... ale... to sprawa życia i śmierci... - kontynuowałam. Patrzyłam w oczy zdezorientowanego Anioła, który nie krył zaskoczenia zaistniałą sytuacją.
- Evangelagen zabił Czarnego i Arta.
- Że co proszę?! - nie wytrzymał. Wyglądał na takiego, którego przerosły zdarzenia dzisiejszego dnia.
- Ktoś zabił też Api, a żaden z Aniołów na to nie zareagował... Przepraszam bardzo, ale czy to normalne?! - wygłaszałam na głos swoje pretensje. Po minie Aideena dało się z łatwością wywnioskować, że jego mózg nie funkcjonuje już tak jak powinien.
- SKĄD TY TO WSZYSTKO WIESZ?! - podniósł swój ton głosu. Momentalnie doskoczyły do niego Celestine i Talia. Paladynki stanęły w mojej obronie.
- Nie krzycz na nią. - powiedziały niemal jednogłośnie.
- Ja... przepraszam... - usiadł na łóżku, na którym spała Layla i zaczął szlochać. - To wszystko... mnie przerasta. Od jakiegoś czasu nic nie jest tutaj takie same... Wszyscy postradali zmysły, nikogo nie obchodzi los bliźnich. Nic nie jest tak jak chciał tego Alpha.
Myślałem, że wiem jak powstrzymać Lazariusa... Myślałem że wiem jak zatrzymać ten nadjeżdżający pociąg, pędzący po drewnianych torach z prędkością światła...
- Tak... ktoś wymordował milczących. - odparłam. Aideen już nic nie rozumiał, więc postanowiłam wyjawić mu mój sekrecik. - Mam dar obserwowania otoczenia. Nie muszę wdawać się z nim w żadne interakcje. Wiem co się dzieje w mojej okolicy i mogę dzięki temu poczuć się o wiele bezpieczniej.
- Alysia, prawda? - zapytał Aideen.
- Prawda.
- Wiele wskazuje na to, że jesteś jedną z Natchnionych. - powiedział przecierając łzy. Zamarłam.
- Czy to oznacza, że muszę dopisać swoją część przepowiedni? A czy Genesiss przypadkiem nie powiedział, że zna zakończenie? Czy przepowiednia tych całych Natchnionych się już nie skończyła?
- To nigdy się nie kończy... To trwa przez wieczność. Zaufaj mi. - starał się być przekonywujący.
- Dob...Dobrze... - nie kryłam zdziwienia. Aideen patrzył na mnie ze zrozumieniem. Emocje wydawały się trochę opaść, ale jak się chwilę później okazało... Nic bardziej mylnego.
- Co z Ż. ARTEM?! - wykrzyczała Cellie, tak głośno, że aż zatrzęsły się wszystkie przedmioty znajdujące się w okolicy.
- Nie tak dawno stwierdziłem, że wśród nas jest szpieg.
- Co masz na myśli? - zapytała Talia.
- Ktoś z Tenebris, kto sieje w okolicy jeden wielki zamęt. Chce nas ogłupić i sprawić, że wzajemnie się pozabijamy. Zleciłem zbadanie tej sprawy Evanowi. Najwyraźniej... nie wywiązał się ze swojego zadania.
- Co chcesz zrobić? - zapytałam.
- Sam nie wiem. To ciężka sytuacja. Anioł nie powinien zabijać wiernych. Poddam jego sprawę Radzie i zobaczymy co z tego wyniknie.
- Nie za dużo formalności?
- Pewnie tak... Ale co w takiej sytuacji niby mogę zrobić? - zapytał.
- Zamknij go w Edenie, tak jak Miaula!
- To nie takie proste. Osoby, które trafiają do Edenu muszą wyrażać jakąś skruchę. W przeciwnym razie istnieje spore prawdopodobieństwo, że zaczną siać tam zamęt i chaos.
- Masz na myśli wymordowanie wszystkich niewinnych?
- Kobiety jak zawsze konkretne... Ech... - nie krył zakłopotania. Rozmowa trwała jeszcze przez jakiś czas, ale nie dotyczyła spraw bardziej sensownych. W końcu przekonałyśmy Aideena, żeby pogadał z Evanem.
Po kilkunastu minutach byliśmy już na miejscu zbrodni. Naszym oczom ukazały się ciała Arta i Czarnego.
Cellie czym prędzej doskoczyła do swojego ukochanego i zaczęła nad nim szlochać.
- Ty głupku... masz świadomość tego, że jak już do nas wrócisz, to umrzesz jeszcze raz?! zadrapię Cię tak, że wykrwawisz się na śmierć. - nie kryła swoich emocji.
Sama nie wiem czy chciałam to słyszeć, ale jedno było pewne. Byłam szczęśliwa, że nie było wśród nas Api. Nie chciałam przeżywać kolejnych smutków po stratach najbliższych.
- Możesz ich wskrzesić?! - zapytała przerażona Cellie.
- Tak, ale jeszcze nie teraz. To nie takie proste. Zostali zabici w Niebie przez Anioła... Ich wskrzeszenie wymaga wieelu poświęceń...
- A co z ciałem Api? - zapytałam.
- Zleciłem naszemu bratu zajęcie się tą sprawą. - powiedział z chłodnym urzędniczym tonem Aideen.
- Ale nie Evanowi? - zapytałam z delikatnym uśmiechem na twarzy.
- Nie. Jego imię to Zachariach. - powiedział z przekonaniem. Jego odpowiedź trochę mnie zdziwiła. Posiadacz kompasu żywiołów według opowieści przyjaciół był jakimś wilkołakiem... albo innym diabłem. Heeh... Pewnie nie wiedzieli.
W każdym razie Evana nie było w okolicy. Nie dopełniło się popularne ludowe porzekadło, w którym to przestępca zawsze wraca w miejsce swojej zbrodni.
Kolejny raz zdecydowałam się na użycie swojej umiejętności. Ujrzałam Evangelagena rozmawiającego z Lily.
Chwalił się jej, że pozbył się sługów Tenebris.
- Aideen, teleport do Lilyness.. Raz! - wykrzyczałam czym prędzej. Czułam się przy tym trochę jak podczas tych wszystkich morskich wypraw po całym uniwersum kaskadowej valhalli.
- Kto w takim razie tutaj tak potwornie mącił? - zapytała Lilyness.
- To Czarnoksiężnik i Ż. Art.
- Nie powiedziałabym o nich złego słowa... Wydawali się niewinni, a o jednym nawet mówiła przepowiednia natchnionych... Czy jesteś pewien, że dokonałeś dobrego wyboru?
- Jestem pewien. A to wszystko dla Ciebie...
- Jak to?! - nie kryła zdziwienia Lily.
- Nie rozumiesz? Jesteśmy sobie przez...
- Przeznaczeni, tak? - zapytał Aideen. - To samo mówiłeś Celestine Talii i kilku innym osobom? Hmmm a może jeszcze jakiemuś facetowi? - nie krył zażenowania.
- Lily... miałem Ci nie mówić... Ale Aideen to główny sługa Tenebris! przez cały ten czas nas wszystkich zwodził... a potem... z premedytacją zamordował wszystkich milczących! Chciał informacji! Chciał mieć pewność, że nikt nie dowie się jak powstrzymać Lazariusa! To jego pan i władca!
- Czy to prawda Aideenie?
- Lily... mogę Ci zaświadczyć... - zaczął się tłumaczyć Aideen.
- LILY! - wykrzyczałam. - Widziałam na własne oczy jak Evan morduje Arta i Czarnego. A to wszystko, dlatego, że chcieli stanąć w obronie Celestine i Talii!
- Córko Gwiazd... komu tak naprawdę wierzysz? - zapytał Evan. - Wierzysz osobom, które znasz krócej ode mnie? Czy tego naprawdę chciałby Ojciec?
- Nie daj się mu omamić! Evan kłamie! Jeśli odrzucisz jego zaloty, skończysz tak jak wszyscy, których zabił. - powiedziała Talia.
- Wiecie co? jesteście śmieszni. - stwierdził serafin. - Mogę powiedzieć Lily otwarcie co do niej czuje! A wasze zarzuty są wręcz wyssane z palca albo z jakiegoś... bagna! - starał się być przekonywujący. W tym momencie złapał Lilyness za rękę i zaczął mówić...
- Jeśli się zgodzisz, abym to ja został Królem Nieba, dopełnię wszystkich starań, żeby w okolicy zapanował spokój. Zrobię wszystko, aby Nestardiel odkupił swoje winy. Zrobię wszystko, by powstrzymać Lazariusa. A jeśli będzie mi dane stanąć z nim twarzą w twarz, pozbędę się go na wieczność!
- Evan... to nie może się wydarzyć... - powiedziała Lily ze spuszczoną głową. Skrzydła Evana momentalnie zabłysnęły tak jak wtedy, kiedy pozbywał się niewygodnych mu osób.
Nie zamierzałam czekać na dalszy rozwój sytuacji. Chwyciłam za Celexcal i zamachnęłam się na anioła. . . . . . .
Evan jednak był szybszy. W jego skrzydle wciąż tkwił jakiś odłamek tego pamiętnego żyrandolu. O tym jak był ostry miałam się przekonać za jakąś sekundę. Padłam na ziemię, czując w piersi niewyobrażalnie silny ból.
Nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Otaczała mnie ciemność. Momentalnie widziałam jakieś blaski, rozbłyski światła, ale były to najpewniej chwile, których każdy doświadcza podczas śmierci.
Nie chciałam umierać, ale no cóż... Mówi się trudno, żyje się dalej... Talia miała rację... umrzeć w niebie? nie... to jakaś porażka...
Ból z sekundy na sekundę malał, a ciemność, która mnie otaczała, niczym sam Prezydent Rosji, pochłaniała coraz większe terytoria.
Nie wiedziałam czym skończy się wędrówka po zaświatach zaświatów, ale jedno było pewne... Nigdzie nie było światełka w tunelu.
***
A jednak było... z tym, że raczej nie takie jakbym tego oczekiwała. Znalazłam się w pomieszczeniu przypominającym hmm.. żłobek? sama nie wiem. Znajdowałam się w kołysce. To trochę upokarzające, nie sądzicie?
Rozglądając się bardziej po pokoju, dostrzegłam, że roi się tutaj od kołysek. W trzech z nich dostrzegłam Api, Czarnego i Arta.
Żadne z nich już nie spało. Wszyscy tkwili w miejscu, w którym dane im było tkwić... heeh. Obstawiam, że nikt jakimś śmiesznym prawem nie mógł opuścić swojej lokacji.
W pewnym momencie w pomieszczeniu wybuchł pożar... albo... zapaliło się coś na ścianach. Ach... tak... pentagramy... Tak więc w pomieszczeniu płonęły pentagramy.
Pamiętałam relację Urielus... Urierala... Cholera... jak można tak się nazywać? W każdym bądź razie wiedziałam, co wkrótce się stanie.
Naszym oczom ukazała się trupioblada postać, która najzwyczajniej w świecie się na nas gapiła.
- No i co się patrzysz stara jędzo? - zapytałam.
.