Api pisze:Mały, czerwony samochodzik mknął dzielnie szosą, tak jakby nic nie potrafiło go zatrzymać. Zupełnie odwrotnie było z kretem, kulącym się na przednim siedzeniu, tuż obok swojej kierującej małżonki. Najchętniej by się stąd zabrał, do swojej nory i ciepłego łóżka.
- Molińciu... czemu akurat musimy jechać tą drogą, i to pierwszego listopada? W sumie, możemy to zrobić innym razem, babciowi będzie wszystko jedno... - powiedział, kurczowo ściskając torbę pełną zniczy i świec.
- Może i babciowi będzie wszystko jedno, ale naszym żyjącym krewnym nie! Wiesz, jacy oni są... A większość dróg jest teraz zakorkowana i niebezpieczna!
- Ta też pewnie jest... - Kretes przyjrzał się podejrzliwie drzewom. Co drugie wyglądało jak nieszczęśnik cierpiący potworne katusze w piekle i błagający o łaskę. Postanowił ułożyć się wygodniej i uciąć sobie drzemkę. Nie było mu to dane. Ostatnim, co zapamiętał przed straceniem przytomności był błysk oślepiającego światła, swąd palonej gumy i wrzask Molly ,,No jak jedziesz, baranie!''...
Nasza Kretonka zaraz po obudzeniu zobaczyła staromodną, naftową latarnię, którą ktoś świecił jej w oczy.
- Co... co się dzieje...? - wybełkotała.
- Heleno, ona żyję! Zabierzmy ją do domu, bo jeszcze tu zamarznie! - mówił ktoś z troską. Po chwili znów zemdlała.
Kretes był już na cmentarzu, ale bez Molly. Ciągnąc sam torbę pełną świeczek, kwiatów i zapałek, z nudów przyglądał się nagrobkom. Jakiś Stefan Nowak, Anna Kowalska, Wiktoria Skorupka... zaraz... Wiktoria Skorupka?! Najlepsza przyjaciółka Karolinki, małej kuzynki Koguta?! Przyjrzał się dokładniej.
,,Wiktoria Skorupka, urodzona 2001 roku, żyła 95 lat''... Ale jak to?! Przecież ona niedawno zdała do szóstej klasy podstawówki! Szybko zaczął oglądać kolejne płyty nagrobne. Karolina Kogut, urodzona 2001, żyła 87 lat... Andżelika Kogut, żyła 81 lat... Korneliusz Kogut, żył 102 lata... Rex ,, Dzielny'' Pies, żył 96 lat... Molly Kret, żyła 93 lata...
A potem zobaczył coś, co go zmroziło.
,, Komandor Kretes Kret, żył 47 lat''. Przecież niedawno były właśnie jego czterdzieste siódme urodziny! Zaraz... Ale czemu nie leży obok Molly, tylko obok jakiegoś innego grobu? Spróbował odczytać inskrypcję na nim, choć ciężko mu szło, napisy były bardzo stare i wytarte.
,,Hrabia Gaspare von Verlassen, żył 31 lat. Niech jego zimna dusza spłonie w piekielnym ogniu.'' Od kiedy to takie rzeczy wypisuje się na nagrobkach? Zawsze jest to coś typu ,,Pokój jego duszy'' czy ,,Niech spoczywa w spokoju''... Musiał sobie nieźle nagrabić ten hrabia. Ale czemu położono ich w wspólnym grobie?
I wtedy kret zauważył napis, dokładnie między jedną, a drugą płytą.
,,Związani na zawsze.'' Co?! Nie no, co to ma znaczyć? Najpierw znajduje groby osób, które żyją, choć wygląda na to, że zmarły już dawno, a teraz to... Kret skulił się. Proszę, niech się teraz obudzi... To nie może być prawda...
Kret wyrwał się z koszmaru, ale nie obudził się krzycząc i bedąc zlanym potem. Po prostu zmarznięty i nieruchomy otworzył oczy.
Jakby już nie żył.
Jednak po chwili uświadomił sobie, że nie jest tak źle. Zamiast obudzić się na zimnej ziemi, leżał w miękkim, całkiem wygodnym łożu z baldachimem. Jeśli jest więziony przez jakiegoś psychopatę, to jest to całkiem uprzejmy psychopata. Zaczął dokładnie obserwować otoczenie.
Miejsce, w którym się obudził, wyglądało jak typowy pokój, urządzony w stylu wiktoriańskim. Baldachim, zasłony i dywany były wykonane z ciężkich tkanin w ciemnych kolorach, a na podłodze i półkach leżały... zabawki? Tak, zabawki! Dość staroświeckie, ale na pewno drogie, jak porcelanowe lalki ubrane zgodnie z modą z okresu rewolucji przemysłowej, małe wozy i zabawkowe koniki, wykonane z ogromnym pretyzmem, zakurzone misie, piłeczki i nawet koń na biegunach. Wszystko zimne, nieruchome, dawno nie słyszało śmiechu dzieci.
Wtedy drzwi się uchyliły, nawet nie skrzypiąc.
- No proszę, mój kochany krecik już się obudził... - usłyszał drżący, cienki głos. Nie było w nim troski, raczej stwierdzenie faktu.
- Nie jestem żadnym kochanym krecikiem, a szczególnie dla ciebie! Kim jesteś?
- Twoim najlepszym przyjacielem! - zachichotała dziwna osoba, i jeszcze bardziej uchyliła drzwi. Teraz Kretes mógł ją zobaczyć w całej okazałości.
Właściciel głosu był wysokim, chudym psem, być może hartem. Miał długie blond włosy i wąsy podobne do mysich ogonów, też jasne. Był odziany w czarny płaszcz i cylinder, wspierał się na lasce. W sumie, wyglądał dość żałośnie. Podszedł do łóżka, lekko kulejąc na prawą nogę.
- Nie jesteś moim przyjacielem. - oznajmił Kretes.
- Ależ oczywiście, że jestem... - wychudły zwierz położył się tuż obok Komandora. Ten chciał uciekać, ale czuł się jak sparaliżowany.
- Nawet się nie znamy... - wyjąkał.
- To się poznamy. Dogłębnie. - ostatnie słowo pies wyszeptał prosto do ucha kreta.
Molly otworzyła oczy. Była w małym, ciepłym domku. W centrum wesoło huczał ogień w kominku, a na ścianach wisiało mnóstwo zdjęć i wesołych obrazków. Żaden nie przedstawiał smutnej sceny. Po chwili z drzwi obok wyszła jakaś podstarzała wiewórka z tacą parujących, pięknie pachnących ciastek.
- Władek, chodź! Ta krecica się już obudziła! - powiedziała z radością, widząc podnoszącą się Kretonkę. Zaraz z kuchni wybiegł wiewiór w podobnym wieku, naprędce odwiązując czerwony fartuszek.
- Poczęstuj się, drogie dziecko, potem porozmawiamy. Musisz być bardzo osłabiona.
Gdy tylko Molly poczuła się lepiej, przedstawiła się i opowiedziała, co się stało, miny małżeństwa zrzedły. Spojrzeli po sobie.
- Helenko, czy możesz przynieść ten list? - zapytał Władysław.
Starsza wiewiórka szybko pobiegła do pokoju i wróciła z kopertą.
Była zaadresowana do Molly.
Droga Molly!
Razem z Kari Matą składamy najszczersze kondolencje z powodu śmierci męża...
Dalej krecica nie mogła czytać. Było tam coś o smutku, o przyjaźni Reksia i jej żona... Ale jak, na Bobra?! Kretes żyje, musi żyć! Musi...
Spojrzała na obie wiewiórki. Pierwsza odezwała się Helena.
- Molly... Musimy porozmawiać. To może uratować twojego męża.
- Ale... on już pewnie umarł...
- Nie umarł i nie umrze, jeśli mu pomożesz. Posłuchaj. Słyszałaś legendę o hrabi von Verlassenie?
- Nie.
- Kilkadziesiąt lat temu, miał tu swój majątek. Był skąpy, okrutny i chciwy, zabierał wieśniakom wszystko co mieli, a za ukrycie zboża dotkliwie karał. Po pewnym czasie wszyscy się od niego odwrócili... Nawet jego jedyny przyjaciel od niego uciekł. Hrabi wydawało się, że może żyć bez niego... Ale nie mógł. W wieku 31 lat popełnił samobójstwo, jego ciało znaleziono w święto Wszystkich Świętych. Szabrownicy obrabowali jego dom, ale bali się ruszyć sypialnie. Podobno ,,czaiło się w niej coś złego''. Według legendy, jego dusza wciąż się tam błąka, szukając kogoś, kto mógłby stać się jego przyjacielem... Ale najpierw musi sprawić, by ten ktoś chciał umrzeć. Obawiam się, że Kretes jest jego ofiarą.
- Zaraz... Dogłębnie? Co ten pies sobie wyobraża! Przecież ja mam żonę - pomyślał kret.
- I jak, kochanie... Chcesz być moim przyjacielem, prawda?
- Wcale nie! Ja mam prawdziwych przyjaciół!
- Prawdziwych przyjaciół...? Ciekawe. To czemu wciąż cię nie szukają? - pies zachichotał.
- Bo... może jeszcze nie wiedzą, co się ze mną stało.
- Prawdziwi przyjaciele zawsze i wszędzie przybedą na pomoc. Ja cię nie porzucę, będę się tobą opiekował.
- Nawet mnie nie znasz...
- Znam cię na wylot. Wiem nawet, jak miała na imię twoja ukochana przytulanka.
- J-jak...?
- Stefan.
Całkiem nieźle.
- Ale jak...?
- Zostaw tych fałszywych przyjaciół. Kogut wcale nie dbał o ciebie podczas testowania tych swoich szalonych machin, Reksio traktował cię jak kulę u nogi, a Molly wciąż zrzędziła. Ja zawsze uszanuje twoje wybory, nigdy do niczego cię nie zmuszę, spełnię każde twoje życzenie, nigdy cię nie porzucę. Przysięgam, tylko zgódź się być moim przyjacielem. - spojrzał na niego swoimi szarymi, mglistymi oczami - Proszę...
Kretes nie potrafił tego później wyjaśnić, ale wyszeptał:
- Dobrze... zgadzam się.
Uśmiechnięty hart pogłaskał go po policzku i pocałował. Nagle Komandor poczuł ucisk w okolicach serca.
- C-co się dzieje?
- Nie martw się, to chwilowe. Za chwilę nic już nie będzie boleć.
Wtedy właśnie obaj usłyszeli trzask drzwi. Nowy przyjaciel Kretesa zaklnął pod nosem.
- Wybacz, Kretesie, musze się z kimś rozprawić... poczekaj na mnie - poprosił i wybiegł z pokoju.
Kreta coraz bardziej bolało. Czuł się dziwnie, jakby powoli... zamarzał? Z dołu dały się słyszeć zniekształcone krzyki.
- Nie! On jest mój! Tylko mój!
- Jestem jego meżą, ty go porwałeś!
- Sam się zgodził! Za chwilę bedzie już martwy, a wtedy wasze małżeństwo nie będzie ważne. Śmierć was rozłączy!
- Ty potworze!
- Sam dał się pocałować i zgodził się ze mną żyć! Już nic nie zrobisz! Możesz go sobie zobaczyć ostatni raz.
Zaraz... to znaczy, że Komandor... umiera?
Po chwili dało się słyszeć tuptanie krótkich nożek. Drzwi otworzyły się z hukiem, za nimi stała przerażona Molly.
- Kretesie... Kretesiku... - załkała i podbiegła do łóżka - Proszę... ty naprawdę chcesz umrzeć?
- Nie Molly... Nie chce.
- To czemu pozwoliłeś temu potworowi się pocałować? Wiesz na pewno, że pocałunek upiora zabija!
- Molly... Wybacz. Nie chce umierać. Wcale nie chce - wstał z łóżka, nie zważając na nic - Nie zgadzam się na to!
Ból nagle ustąpił. No tak, ofiara może umrzeć tylko dobrowolnie.
Kretonka rzuciła się na szyje kreta. Dawno nie była taka szczęśliwa.
- Już zadzwoniłam po chłopaków... Zawiozą nas do domu. Cmentarz odwiedzimy później.
Molly i Kretes, pakując się do wozu, wesoło rozmawiając z Kogutem, Kornelkiem i Reksiem, a także żegnając się z parą milych staruszków, nie zauważyli psa siedzącego na dachu willi.
Gaspare plakałby, gdyby nie to, że był duchem. Dlaczego Kretes mu to zrobił? Dałby mu wszystko, co dadzą mu jego ,,przyjaciele'' a nawet jeszcze więcej! Co oni takiego mieli, czego nie miał on?
No tak. Wciąż oddychali.
Nie mógł już na to dłużej patrzeć. Odwrócił się i rozpłynął w powietrzu.
___________
Wczoraj wieczorem dostałam ogromnego zastrzyku weny. Opo, które prezentuje, może nie jest jakieś niezwykle straszne, ale może kogoś zaciekawi... Wiem, że dłuższe niż przeciętne, ale najlepsze pasty które przeczytałam były nawet dłuższe. Chciałam stworzyć jakaś dłuższą i ambitniejszą historię.