Opowiadanko raczej humorystyczne, pisane dla rozluźnienia. Nie bierzcie tego zanadto poważnie
Exp 1
Jeden z Siedmiu
Spielmauster, rozpychając się łokciami, zrobił sobie trochę miejsca, po czym wykonał najwyższy i najpewniej najbardziej karkołomny skok w swoim życiu. Niestety, skok ten liczył sobie może jakieś dwa centymetry, gdyż – co jak co, – ale zaklęć na skakanie jeszcze nikt nie wymyślił (choć plotki głosiły, że profesor Gryfindyk po piorunującym sukcesie z Kulą Budyniu o smaku waniliowym dalej eksperymentuje z magią niekonwencjonalną), a lekkoatletyka nie była jego asem w rękawie. Swoją drogą, trzymał tam już kilka zwyczajnych asów kier na zbliżającą się rozgrywkę z Alem Chomikiem (który to miał więcej szczęścia niż rozumu) i więcej by się mu już pewnie nie zmieściło (1).
Ale, tak to już jest, jak się wymiguje od ćwiczeń lewym zwolnieniem lekarskim, by grywać w statki z Chrumburakiem.
Niemniej, jak przed chwilą nad głowy i czupryny (kto w podobno poważnej i szanowanej szkole magii pozwala nosić irokeza, do krećset!) nie było widać nawet milimetra z wysokiego kapelusza Burektora, tak dalej pozostawał on niewidoczny dla wykończonego ponadprzeciętnym wysiłkiem maga. Który to zresztą – również ponadprzeciętnie – obdarzony był cudownym darem astygmatyzmu.
Oczywiście, nie należy być pesymistą i patrzeć na wszystko, jak gdyby ktoś nas zza rogu potraktował Ciemnością czy jakimś innym, zapomnianym i zdominowanym przez Sen czarem ofensywnym – nie byłoby wcale aż tak źle, gdyby chociaż słyszał i wiedział, o co w tej całej równie pokręconej jak docent Snake paplaninie chodzi. Ale nie! Z tej wysokości wszelkie mądre, mniej mądre, ale na pewno długie i nudnawe wywody szanownego pana Mateusza zagłuszały szepty, szelest szat i śmichy-chichy rozradowanej młodzie…
– Ała!!! – zapiszczał swoim wysokim, mysim głosem Spilemauster, po czym natychmiast zatkał usta łapką (ile miał szczęścia, że sobie tym zabiegiem nie przygryzł palców, to tylko Szalony Kapelusznik raczy wiedzieć).
Doprawdy, wspaniale: nie dość, że nie dowie się, kiedy ma wyjść na środek auli, by dołączyć do sześciu wspaniałych (czy jak to tam leciało), to kiedy już wyjdzie, to zrobi to z połamanym ogonem. Nie ma to jak cudowny początek w karierze jednego z Rady Siedmiu Czarodziejów!
– Już ja się kiedyś na was zemszczę – wygłaszał szeptem swoje groźby Mistrz Gry, głaszcząc w międzyczasie z troską swój poharatany skarb.
Z irytacją przypomniał sobie identyczną sytuację sprzed roku: kiedy jakiś smarkaty szczeniak (dosłownie i w przenośni) brutalnie i bezczelnie zmiażdżył mu jego ukochany ogonek (tylko dosłownie i bez przenośni). Spielmauster – doprawdy, niezwykłe – w końcu się wkurzył i próbował przekuć swoją największą bolączkę w zaletę – czyli przepchać się na chama między tymi wszystkimi łapami, pazurami, ogonami i Burektor jeszcze wie czym. Pech jednak chciał, że w ten sposób nie tylko bardzo szybko wpakował się, ale i zaplątał w wielgachną szatę akurat wtenczas przybyłego Waldemara.
O dokładniejszym przebiegu tego wydarzenia szkoda w ogóle mówić: warto jednak nadmienić, iż Spielmauster na własnej skórze przekonał się o niedoskonałości swoich zaklęć leczniczych (które nigdy go do końca nie wyleczyły z tej traumy), a sam wykładowca aż do tej pory zachowywał wobec niego odpowiedni dystans i nie zamienił z nim ani słowa.
– Zero szacunku. Ta buda schodzi na psy – kontynuował wzburzony. – Zobaczycie, jeszcze zniknę cały ten wasz przeklęty uniwersytet, o! Wszystkich was w żaby pozamieniam i zobaczymy, kto tu będzie na kogo patrzył z góry i kto komu będzie deptał po ogonach!
Mistrz Gry zaaferowany swoim wymyślonym na poczekaniu pomysłem, całkowicie nie przejął się faktem, że żaby ani przez magię ani przez los nigdy nie zostały ogonami obdarzone. Bo pomysł właściwie był wcale niezły i nie trzeba było nawet czekać na jakąś lepszą okazję – jakieś łabądki, bałwanki, krety dokonujące destrukcji ratusza czy inne magiczne duperele ze starych, a nie jarych przepowiedni.
Po pierwsze: jak wszystkie znaki na ziemi, niebie i ogonie wskazywały – z tej perspektywy i tak nikt go nie widział. Po drugie: zaklęcie było banalnie łatwe i zanim ktokolwiek by się zorientował, mógł je wykreślić w trymiga.
Nie myśląc wcale więcej (a może nie myśląc wcale), podziękował sobie w duchu, iż nie rzucił tego wszystkiego w diabły, kiedy docent Serpentus Snake już na pierwszych zajęciach dał mu do zrozumienia, że takich jak on, to zjada na śniadanie. Wyciągając z rękawa różdżkę (z tego, w którym to nie trzymał asów, a inne karty, kostki i szpargały) zaczął odmawiać tajemną mantrę:
– O, wielka, Magiczno Auro Uniwersytetu! Nie zawiedź swego Mistrza, jak i Opiekuna, gdy potrzebuje ciebie i kiedy zwraca się ku tobie!... Bo jak zawiedziesz, to osobiście dopilnuję by się ciebie pozbyli i wymienili na nowszy model.
Magiczna Aura Uniwersytetu okazała się być faktycznie bardzo dobrą aurą (a przede wszystkim bardzo posłuszną i tchórzliwą) i niespełna sekundę po wykreśleniu symbolu cała sala wypełniła się kumkającymi płazami.
Nie przejmując się zbyt długo faktem, iż nie mógł w pełni dokonać swej zemsty, Spielmauster spostrzegł, że zmęczone krótkim snem i pewnie niespokojnym, pełnym wrażeń życiem oczy Burektora spoglądają milcząco właśnie na niego. Oczywiście, nie było w tym nic dziwnego, jako, że był teraz jedyną osobą na sali przekraczającą wzrostem cztery centymetry i że oczy, zwyczajowo, raczej nie mówią.
Podjąwszy zapewne słuszną decyzję, by nie próbować zagaić towarzyskiej pogawędki o jednej z rzekomych plag egipskich, które to się właśnie rozegrały, Spielmauster ruszył dziarskim krokiem przed siebie. Niezbyt starając się o bezpieczeństwo nie tak dawnych studentów, doczłapał się wreszcie do schodów, w międzyczasie obserwując, jak profesor Gulguldryk Gryfindyk raz po raz z przejęciem przeciera to oczy, to okulary, najwyraźniej szukając odpowiedzi na niezadane pytania i starając się sobie przypomnieć wczorajszą noc.
Zanim jednak Spielmauster zdołał postawić ten jeden mały krok dla myszy… Ach, nie czarujmy się (tak na ironię): dla myszy to i tak był wielki krok – by odebrać zasłużone mu zaszczyty i – nareszcie – jakieś normalne szaty godne czarodzieja, zamiast tych brudnych, brunatnych peleryn i kapturów, czyli czerwoną sukienkę w gwiazdki (wspominaliśmy już o najnowszej modzie w Krainie Czarów?... Nie?), z boku dało się usłyszeć niczym - jeszcze - niezmącone (no, tylko jakimś kumkaniem, ale kto by tam zwracał uwagę) wiwaty Chrumburaka.
Spielmauster uśmiechnął się promiennie, ściskając ciepłą łapę Mateusza. Chrumburak ochoczo zaklaskał.
– Chwileczkę – zagrzmiał głos Serpentusa.
Wszyscy ucichli. Nawet żaby przestały rechotać. Chrumburak opanował się dopiero wtedy, kiedy Serpentus własnoręcznie… Własno… Nie no, własnoogonowo może?... Eeeeee… Osobiście zatkał mu buzię kulą budyniu.
Wykładowca magii drugiego poziomu wśliznął się na sam środek auli.
– Czy naprawdę NIKT nie zauważył, co się właśnie wydarzyło?
– Ty też to widzisz – Gulguldryk załamał skrzydła.
– Niewątpliwie przepowiednia zaczyna się spełniać – dramatycznie orzekł Snake.
– Nigdy więcej nie będę próbować tworzyć zaklęć z galaretką, nigdy… Trop z budyniem był dobry, ale wiedziałem, że z galaretką jest coś nie tak!... Serpentusie, błagam, powiedz mi, że nie próbowałeś jej jeść…
Serpentus strategicznie postanowił zignorować Gryfindyka.
Spielmauster z największym w życiu uśmiechem na pyszczku przełknął nerwowo ślinę, kiedy docent skierował na niego swój wzrok godzien samej meduzy. To instynkt przetrwania. Burektor nerwowo podrapał się po nosie.
– Zgubiłem okulary – przyznał Mateusz pokornie. – A bez nich jestem ślepy jak kret i wcale nie widzę w ciemnościach. Jeśli mogę zapytać, drogi Serpentusie, czy wydarzyło się coś ważnego?
Serpentus zasępił się nieprawdopodobnie, biorąc pod uwagę, że do sępa mu raczej daleko.
– Od przeszło stu lat nie widzę – wyznał Waldi.
– A nic nie słyszysz?
Zapanowała cisza.
Żaby natychmiastowo podchwyciły zabawę i założyły się, że ta, która najdłużej będzie milczała, dostanie największą porcję much z ostatnich ćwiczeń z panem nieśmiałym lwem. Stawka była wysoka, więc wszystkie konkurowały w niezgodnym milczeniu.
Waldemar Mors, ku rozpaczy wykładowcy, pokręcił przecząco głową.
– Widzieć… Co znaczy widzieć? – rozpoczął dotąd milczący Barandalf, z tylko sobie znaną manierą filozofa. – Wydarzyć, ach, wydarzyć, wiatr z każdą sekundą mocniej uderza o ściany, a każda chwila przybliża nas do klęski…
– Kiedyś to moje gapiostwo sprowadzi na nas nieszczęście – westchnął gorzko Burektor do Spielmaustera, nie wsłuchując się zanadto w monologi opiekuna Bobroru. – Tyle już rzeczy przepiłem! A wszystko na mojej głowie, laboga, zgubię jeszcze kiedyś jakiś ważny artefakt, magiczną kość, nie daj łosiu…
Spielmaustera tak bardzo poruszył żywy lament Mateusza, że aż nabrał ochoty, by pocieszająco poklepać go po plecach czy po ramieniu – ale zważywszy na swój niezbyt imponujący wzrost, łapka zamarła mu w połowie drogi. Pokiwał za to w pełni zrozumienia gło…
– JA NIC NIE WIEM! – przez cały uniwersytet przemknął z siłą dwustu decybeli dramatyczny krzyk Chrumburuka.
Serpentus Snake zwinął się nerwowo. Pod nosem zaczął mamrotać jakieś zaklęcia, zapewne, aby uratować biednych studentów, roztargnionych czarodziejów i całą Krainę Czarów od zagłady… A może tylko klął jak zdziwaczały gbur, czy kierował inne, niemniej niecenzuralne słowa pod adresem winowajcy Spielmaustera.
– Przepraszam – Mistrz Gry pociągnął za szatę przejętego Burektora. – Ale wydaje mi się, że dobrze już byłoby skończyć tę farsę.
– Oj, słusznie prawisz… – przyznał Mateusz z powagą. – Wiedziałem, że decyzja o przyjęciu cię do Rady była właściwą, jako jedyny zachowałeś głowę w tym całym rozgardiaszu!… Nie przejmuj się Serpentusem, nigdy cię specjalnie nie lubił…
– Po prostu nie wierzę! Ta buda schodzi na psy – wyrzucił Snake, tracąc cierpliwość.
– Wybacz mi, mój drogi, ale czy „buda” albo „psy” są dla ciebie problemem? – zagrzmiał Burektor.
Serpentus od niechcenia machnął ogonem.
– E, wracam do swojego arrasu. Miłej zabawy.
Spielmauster odetchnął z ulgą, po czym ze stoickim spokojem odprowadził go wzrokiem – licząc po cichu na to, żeby po drodze nie zechciał odwrócić głowy.
Czując w sobie, że największy wyczyn w swoim życiu ma już za sobą (a przy okazji może i największy problem), spojrzał z nostalgią na swoje niechlubne dzieło.
– Kiedyś – westchnął cicho. – Kiedyś być może was odczaruję… Wykorzystam zaklęcie ***… Jak tylko przypomnę sobie jego wzór (2)...
Spielmauster jednak po sekundzie zapomniał o swojej wielkoduszności, a może raczej o swoim sumieniu, gdy wpadł na pomysł, że tekst „miłej zabawy” świetnie nadałby się do jakiejś gry przygodowej.
– Spielmausterze – Burektor odchrząknął, skupiając na sobie spojrzenia jeszcze pozostałych Czarodziejów z Rady, – pełnienie tej funkcji to niezwykle ważne i trudne zadanie. Nieraz będziesz świadkiem ekscesów Krainy Czarów i kaprysów jej Twórców. Zdajemy sobie sprawę, że nadszedł dla nas trudny czas, czas, kiedy wypełnić się może tragiczna przepowiednia, kiedy studnie magiczne wysychać zaczną, a deszcz żab z niebios spadnie… A jeden z nas stanie się zdrajcą. Liczymy tylko na to, że jeśli te czasy nadejdą, zdrajcą nie będziesz ty i dokonasz wszelkich starań w pokonaniu Tego, Który To Będzie Tak Potwornie Mącić…
1) Zanim zaczniecie oceniać biednego Spielmaustera zbyt pochopnie, musicie wiedzieć, że podstępny alchemik sprzedał mu wcześniej felerny eliksir wzrostu i od tamtej pory nieszczęsny czarodziej nie urósł ani cala – w przeciwieństwie do uszu, które zaczęły niesfornie wystawać ponad tiarę. Pokładamy nadzieje, że jeśli nawet nie odczuwacie w tej chwili współczucia dla niewątpliwej ofiary reklamowej manipulacji, to zrozumiecie, iż odzyskanie dużej ilości marnie przepuszczonego złota – w czasach, w których Kraina Czarów podobno w przepaść upada – co za tym idzie, kupcy podnoszą ceny, a już pierwsze co znika w Magixie to prawa o wypłacaniu odszkodowań – było dla Spielmaustera absolutnym minimum.
2) Jako, że zaklęcie, którego tak bardzo pragnął użyć Spielmauster (zgłębianie prawdy, czy rzeczywiście tak bardzo tego pragnął, nie leży w naszych kompetencjach) zostało wycofane z oficjalnych pism i nie jest dostępne dla przeciętnych zjadaczy budyniu, a obecnie jedyne źródło znajduje się w dziale ksiąg tajemnych, szerzej znanym jako „Pliki Gry” – naszym zadaniem jako Naczelnego Komitetu Edytorskiego było jego ocenzurowanie. Przy okazji tego przypisu: wiemy, że nasi przełożeni są zbyt leniwi, by czytać przypisy: nie polecamy tej fuchy, płacą pięć sztuk złota za korektę tego typu „dzieł” i dają mało wolnego.


